Wielkanocny poranek był dla mnie synonimem szczęścia.
Leżałam pod wspaniałą, puchową pierzyną, która otulała mnie jak puchaty kokon. To był ten jeden szczególny dzień w roku, kiedy czas płynął inaczej, a dom wypełniało radosne oczekiwanie na wspólne świętowanie.
Z kuchni dobiegały stłumione odgłosy i cichy szum radia, gdzie babcia przygotowywała wielkanocne śniadanie.
Niespecjalnie kochała stać w przy garnkach, ale jako córka restauratorów radziła sobie w kuchni. I przede wszystkim umiała piec ciasta, czego ja nie umiem i nie lubię. Słodka woń pieczonej baby mieszała się z ostrym zapachem świeżo tartego chrzanu. Wiedziałam, że tam, za drzwiami, trwa to uroczyste krzątanie, które było dla mnie najpiękniejszą melodią dzieciństwa.
Nagle drzwi skrzypnęły, wpuszczając do pokoju smugę światła i zapach wielkanocnych pyszności. Babcia weszła po cichu, niosąc talerz, który był dla mnie najwspanialszym prezentem. Nie musiałam nawet wychodzić z ciepłej pościeli; wystarczyło, że się podniosłam, a ona postawiła przede mną ten świąteczny skarb.
Na talerzu lśniła świeżo ugotowana szynka, jeszcze parująca i krucha, a obok niej pyszniła się gęsta, domowa sałatka jarzynowa. Nie mogło zabraknąć kawałka białej, aromatycznej kiełbasy i intensywnie czerwonej ćwikły, która barwiła wszystko dookoła. Brałam pierwszy kęs, czyjąc w ustach smaki, których nie da się podrobić. Babcia uśmiechała się, patrząc jak jem, a ja czułam, że te Święta Wielkanocne pod jej dachem to najbezpieczniejsze i najszczęśliwsze miejsce na świecie.
