Etykiety

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KOBIETY W MOJEJ RODZINIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KOBIETY W MOJEJ RODZINIE. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 października 2025

Maria Wiewiórkowska (1915–2001)

 Tekst powstał z okazji prelekcji w bibliotece w Opatówku z okazji  obchodów 80-tej rocznicy zakończenia II wojny 

Maria Wiewiórkowska (1915–2001)

Wspomnienie wnuczki Dominiki Pawlikowskiej

   Kiedy myślę o mojej babci, Marii Wiewiórkowskiej, widzę kobietę niezwykłej siły, cichej odwagi, żelaznych zasad, wierności ideałom według których została wychowana.

Urodziła się 10 kwietnia 1915 roku w Noskowie – dziś dzielnicy Kalisza – w rodzinie Ludwika Semperskiego i Józefy z Rupotackich. Dorastała w świecie, który po odzyskaniu niepodległości budował Polskę od nowa. Młodość Marii przypadła na lata wolnej II Rzeczypospolitej – czas wiary w naukę, kulturę i rozwój.

   Ukończyła Państwowe Gimnazjum im. Anny Jagiellonki w Kaliszu na kierunku matematyczno-przyrodniczym, zdając tzw. „dużą maturę”, która otwierała drogę do pracy w administracji lub na uczelni. Znała biegle język francuski, a po wojnie ukończyła studia matematyczne. Była z pokolenia, które koleżanki szkolne wspominało ze łzą spływającą po policzku, ponieważ wiele z nich nie przeżyło wojny.

   Była dla mnie wzorem pracowitości. Połowę Opatówka uczuła matematyki. Umiała robić na szydełku i drutach, a po wojnie tym właśnie dorabiała do nauczycielskiej pensji – robiąc swetry dla połowy miasteczka. Przez wiele lat była cenionym metodykiem przedmiotów ścisłych i dzieliła się wiedzą i doświadczeniem, aby pomóc innym pedagogom w osiąganiu lepszych wyników w pracy z uczniami.

 

Maria Wiewiórkowska (1915–2001)
Zdjęcie dedykowane przyjaciółce Zofii Wiewiórkowskiej
- żonie Tadeusza Wiewiórkowskiego, zamordowanego przez komunistów


Młodość i małżeństwo

   W kwietniu 1938 Maria wyszła za mąż za Mariana Wiewiórkowskiego, naczelnika poczty w Opatówku. Byli młodzi, szczęśliwi i pełni planów. Zamieszkali w służbowym mieszkaniu przy ulicy Kościelnej, w urzędzie pocztowym. Dom był pięknie urządzony – z meblami i porcelaną ćmielowską, które podarowali jej rodzice, Szalińscy, znani w Opatówku restauratorzy i właściciele kamienicy w centrum miasteczka.

   W 1939 roku przyszła na świat ich pierwsza córka, Beata. Marian żartował wówczas: „Marysiu, gdybym wiedział, że będzie nam razem tak dobrze, wcześniej poprosiłbym Cię o rękę.”
Szczęście młodej rodziny trwało jednak krótko. Maria przez dwa lata była mężatką, a przez 60 lat wdową.

Wojna

   Wrzesień 1939 roku przyniósł nie tylko wojnę, lecz także koniec ich wspólnego życia. Gdy Niemcy zajęli Opatówek, Marian – jak wielu urzędników państwowych – pozostał na stanowisku do końca. Z rodziną próbował ewakuować się na wschód. Planował zostawić rodzinę u Wiewiórkowskich z Warszawy a sam udać się do punktu mobilizacji. Kolumny uciekinierów bombardowane przez niemieckie samoloty zamieniły drogi w śmiertelne pułapki. 

   Po powrocie babcia została wysiedlona z kamienicy rodziców, uczynił to osobiście niemiecki Amstkomissar Brake. Była wówczas w zaawansowanej ciąży i opiekowała się małą córką w wózku. Trzymając w ramionach dziecko i próbując znieść wózek po schodach, została gwałtownie popchnięta i kopnięta. W ostatniej chwili zdołała chwycić się poręczy i uniknąć upadku. Przerażenie i bezradność sparaliżowały ją tak, że przez długą chwilę nie mogła się ruszyć. Pomoc przyszła od sąsiadów, którzy zareagowali na jej krzyk i uratowali ją oraz dziecko przed tragedią.

   Kolejnego schronienia udzielił rodzinie Konrad Wünsche, administrator majątku w Józefowie. To właśnie tam, 15 kwietnia 1940 roku, Niemcy aresztowali Mariana Wiewiórkowskiego w ramach akcji Intelligenzaktion, wymierzonej w polską inteligencję i lokalną kadrę kierowniczą. Miesiąc później, już samotnie, urodziła drugą córkę – Aleksandrę, moją mamę która nigdy nie poznała swojego ojca.

   Nie pogodziła się z losem. Próbowała ratować męża, pisała do gestapo w Łodzi, powołując się na znajomość z osobami niemieckiego pochodzenia, które mogłyby potwierdzić jego niewinność. W jednym z listów prosiła: „Jestem młodą kobietą z dwojgiem dzieci, rok i pół roku. Drugie urodziło się podczas nieobecności mojego męża, a mój mąż znajduje się od kwietnia 1940 r. w obozie koncentracyjnym w St. Georgen Gusen. Był spokojnym, nieposzlakowanym człowiekiem, nie angażującym się politycznie. Wstrząsnęło mną, że cierpi niewinnie.” A pod spodem własną ręką dopisała: „Matkę mam niezdolną do pracy, którą wysiedlono z domu i interesu. Zostałam bez środków utrzymania, wyprzedałam wszystko, co mogłam, żyję z tego, co mi dobrzy ludzie dadzą.”

Ten list nigdy nie został wysłany – zanim znalazła pośrednika, nadeszła wiadomość o śmierci Mariana.

List, który wrócił

Do końca życia babcia przechowywała Jego listy z obozu Mauthausen-Gusen. Zawierały zaledwie kilka zdań, bo więźniowie nie mogli pisać sami. Wszystkie zaczynały się od słów: „Jestem zdrów, powodzi mi się dobrze.” W ostatnim liście, który Maria wysłała 30 kwietnia 1941 roku – nie wiedząc, że mąż już nie żyje – napisała:

„Kochany Marianie! Twój list z 25 marca 1941 otrzymałam. Cieszymy się, że jesteś zdrowy, to jest naszą największą troską. Sklep prowadzę tak dobrze, jak potrafię, zadaję sobie wiele trudu, ale mam nadzieję, że osiągnę swój cel. Nie stracę odwagi ani nadziei. Nie martw się i nie myśl źle. Dajemy sobie radę i tylko Ciebie nam brakuje. Beatka ciągle mówi o Tobie. Mówi już Ojcze Nasz i prosi o zdrowie dla tatusia i dla Olesi. Mówi także, że kocha tatusia bardzo. Jesteśmy wszyscy zdrowi. Życzymy Ci szczęśliwych Świąt Wielkanocnych. Pozdrawiamy i całujemy Cię. Marysia z dziećmi i rodziną.”

List wrócił nieotwarty, z pieczęcią obozową. Marian został zamordowany 6 kwietnia 1941 roku, w Niedzielę Palmową. 

Po wojnie

  Po wojnie Maria nie pozwoliła, by rozpacz ją złamała. Już w styczniu 1945 roku rozpoczęła pracę przy organizowaniu szkoły w Opatówku. Przez pierwsze miesiące uczyła bez wynagrodzenia, z pasją i przekonaniem, że edukacja jest najskuteczniejszym lekarstwem na biedę i wojenne rany. Początkowo zajęcia odbywały się w dawnej preparandzie nauczycielskiej, później w pałacu Schlössera. Materiały na nowy budynek szkolny pochodziły z rozbiórki poniemieckich budynków w Borowie. Dzięki ofiarności mieszkańców, którzy podczas „Tygodnia budowy szkół” zebrali niemal 20 tysięcy złotych, 1 grudnia 1951 roku oddano do użytku nową szkołę. 

Maria Wiewiórkowska została jej wicedyrektorem. Gdy w późniejszych latach przyszło podpisać deklarację przynależności do PZPR – odmówiła. „Do żadnej partii nie należałam i należeć nie będę” – napisała. Złożyła inną – deklarację uczciwości wobec siebie, z przekonania.
Przeżyła wojnę, widziała upadek wartości i cierpienie niewinnych ludzi. Straciła męża, który zginął w obozie za wierność Polsce, a teraz od niej samej żądano podpisu pod lojalnością wobec systemu, który odrzucał tę Polskę, za jaką on oddał życie. Komunizm uważała za taki sam totalitarny, zniewalający system jak faszyzm. 

Dom otwarty

   Jej mieszkanie przy Placu Wolności było miejscem, do którego zawsze można było wejść bez zapowiedzi. Przychodzili dawni uczniowie, sąsiedzi, kobiety z okolicznych wsi. Czasem po poradę, czasem pożyczyć cukier, czasem tylko porozmawiać, zwierzyć się lub zatelefonować, bo wówczas nieliczni mieli telefon. Na stole zawsze czekała herbata, mleko, ser, a czasem fruwało pierze kur przywiezionych na targ przez matki uczniów. Babcia doradzała, pisała podania, udzielała korepetycji z matematyki, robiła swetry i czapki.

   Nie przywiązywała wagi do rzeczy. Wojna nauczyła ją, że to, co trwałe, mieści się w głowie i w sercu. W domu, obok prostych mebli, stała biblioteka pełna książek. Gdy pożyczała komuś książkę i ta nie wracała, tylko się uśmiechała: „Znaczy, potrzebna była bardziej jemu niż mnie.”

Pamięć

   Nigdy nie mówiła o sobie jako o bohaterce. A przecież nią była. W obliczu wojny zachowała spokój, w biedzie – godność, w żałobie – nadzieję. Uczyła, że najważniejsze to „nie stracić odwagi ani nadziei” – tak, jak napisała do męża w ostatnim liście. Odeszła w 2001 roku, mając 86 lat. Do końca życia pozostała wierna swoim zasadom: pracy, uczciwości, wierności i pomocy ludziom.

   Kiedy dziś patrzę na jej zdjęcie z 1937 roku, młodą, uśmiechniętą, z błyskiem w oku – widzę kobietę, która przeżyła wszystko, co najtrudniejsze. Była dla mnie i dla wielu – przyjaciółką, powierniczką, cichą bohaterką. Kobietą, która w trudnych czasach potrafiła ocalić w sobie człowieczeństwo.

 


Autor: Dominika Pawlikowska


Leokadia Wiewiórkowska (1885–1968)

 Tekst powstał z okazji prelekcji "Ciche bohaterki II wojny światowej. Historia odwagi i przetrwania" w bibliotece w Opatówku z okazji  obchodów 80-tej rocznicy zakończenia II wojny. 

Dlaczego musiałam o Niej napisać?


Wspomnienie prawnuczki Dominiki Pawlikowskiej


   Bo w każdej rodzinie jest ktoś, kto niesie w sobie powinność przypomnienia — tego, że za każdym domem, za każdym nazwiskiem, za każdym starym zdjęciem kryje się żywy los człowieka.
Pisząc o Niej, przywracam głos kobiecie, której historia mogła zniknąć w cieniu wielkich wydarzeń i męskich biografii.
Kiedy pisałam biogram mojego dziadka, Jej syna, Mariana Wiewiórkowskiego, zamordowanego przez Niemców w ramach akcji "Inteligencja", na prośbę Klubu Byłych Więźniów Politycznych Obozu Koncentracyjnego Mauthausen-Gusen w celu zamieszczenia jej w księdze pamięci, uderzył mnie bezmiar Jej straty i cierpienia jako Matki.
 
   Jej życie nie mieściło się w podręcznikach historii – ale to właśnie z takich żyć – cichych, codziennych, zbudowana jest historia Polski.
Musiałam o Niej napisać, bo nikt inny by tego nie zrobił. Bo tylko ja, Jej prawnuczka, mogłam usłyszeć w rodzinnych opowieściach ton Jej głosu, zrozumieć ból i siłę, które płyną z bycia matką w czasach, gdy Polska znów się rodziła i umierała na oczach swoich dzieci. 
Opisując Jej los – ocaliłam Ją od zapomnienia.

   Leokadia Wiewiórkowska nie ma pomnika ani orderów. Jej pomnikiem są żyjące pokolenia – ci, którzy wiedzą, że Jej łzy nie były oznaką słabości, lecz siły.
Była kobietą z krwi i kości, a dla mnie postacią niemal mityczną – Niobe, Demeter i Hekate w jednej osobie, która przetrwała wszystko: stratę, śmierć, ruinę. I mimo to pozostała wierna sobie, Bogu i rodzinie.
   Jak mityczna Niobe, matka boleści, traciła z biegiem wojny swoje dzieci i członków rodziny – jednych zabrała wojna, innych obozy i choroby. I choć prawie skamieniała w żalu, Jej serce biło dalej – dla wnuków, dla pamięci o tych, którzy odeszli, lecz żyli we wspomnieniach.
   Była w Niej – siła i łagodność, rozpacz i nadzieja. W Jej codziennym trudzie można było dostrzec cień Demeter, która po utracie córki nie przestała troszczyć się o ziemię i o życie innych.
   Jak bogini urodzaju, Leokadia pielęgnowała w ludziach wiarę i dobro – choć sama przeżyła zgliszcza.
W późnych latach przypominała Hekate, strażniczkę domowego ogniska i pamięci zmarłych. Codziennie modliła się – za tych, których już nie było. W jej sercu wciąż trwało to, co najważniejsze: miłość.


Leokadia Wiewiórkowska (1885–1968)
Leokadia Wiewiórkowska (1885–1968)


Dzieciństwo i młodość

W Opatówku w roku 1885, w domu, którego już nie ma,  przyszła na świat Leokadia Sowa – córka Łukasza Sowy i Marianny z Muszyńskich. Były to czasy zaboru rosyjskiego, gdy Opatówek znajdował się w granicach tzw. Królestwa Polskiego, zwanego potocznie Kongresówką, podporządkowanego carowi Mikołajowi II. W domach takich jak ten, w którym dorastała Leokadia, wciąż mówiono po polsku, uczono dzieci pacierza i historii ojczystej, choć w szkołach obowiązywał język rosyjski. Wychowana w duchu pracowitości, religijności i szacunku do tradycji, wyrastała w przekonaniu, że obowiązek wobec rodziny i wiara są najpewniejszym oparciem w trudnych czasach.

Małżeństwo i działalność społeczna


W październiku 1907 roku, mając dwadzieścia dwa lata, stanęła przed ołtarzem w kościele św. Doroty w Opatówku. Jej wybrankiem był Stanisław Wiewiórkowski (ur. 1883 w Cieksynie – zm. 1941) – młody działacz społeczny i patriota, przybyły z Warszawy.

Do Opatówka uciekł przed zsyłką na Sybir za udział w strajku szkolnym 1905 roku. Był członkiem Narodowego Związku Robotniczego, organizacji narodowo-chrześcijańskiej, która przeciwstawiała się rusyfikacji. Zamieszkali w Opatówku, w domu przy ulicy Starokaliskiej, w którym wkrótce pojawiły się dzieci: Stanisław (1908–1990), Marian (1910–1941), Helena (1912–1943), Jan (1915–1979), Zygmunt (1917–1948) i Zofia (1923–1987). Stanisław działał aktywnie w życiu społecznym miasteczka: uczestniczył w zebraniach wojewódzkich NZR, współorganizował Macierz Szkolną, bibliotekę i straż pożarną. W jego domu często odbywały się spotkania z innymi działaczami.

Opatówek
Akt ślubu Stanisława i Leokadii. Tłumaczenie: „Stało się w miasteczku Opatówek dnia [nieczytelne] listopada 1878 roku, o godzinie trzeciej po południu. Oświadcza się, że w obecności świadków Teodora Wiewiórkowskiego i Aleksandra Wiewiórkowskiego, mieszczan z Opatówka, został zawarty prawny religijny związek małżeński pomiędzy: Stanisławem Wiewiórkowskim, kawalerem, kamieniarzem, lat 25, urodzonym we wsi Cieksyn, powiat płoński, gubernia płocka, a zamieszkałym w Opatówku, synem Macieja i Marianny Wiewiórkowskich, robotników; oraz Leokadią Sowa, panną, lat 22, urodzoną i zamieszkałą w Opatówku, córką zmarłego Łukasza i żyjącej jeszcze jego żony Marianny z Milewskich, małżonków Sowa, rolników. Trzy zapowiedzi ogłoszone zostały w kościele parafialnym w dniach: 7, 14 i 21 października oraz 3, 10 i 17 listopada bieżącego roku. Nowożeńcy intercyzy nie zawierali. Obrzędu religijnego dopełnił ksiądz Adam Marczewski. Akt odczytano i podpisano.” Parafia rzymskokatolicka Opatówek,
Księga małżeństw 1878, akt nr 33, s. 230.
Archiwum Państwowe w Kaliszu / Archiwum Diecezjalne we Włocławku
(oryginał w języku rosyjskim)



W latach dwudziestych XX wieku Leokadia włączyła się w prace Narodowej Organizacji Kobiet (NOK) – organizacji kobiecej o profilu katolickim, związanej ze Stronnictwem Narodowym. Jej siedziba mieściła się w tzw. Domku Gotyckim przy ulicy Kościelnej.
Tu opatowianki zbierały fundusze na rzecz ochronki dla dzieci, ubogich rodzin i działań oświatowych. Dzięki ich pracy w 1923 roku powstała w Opatówku ochronka, którą NOK utrzymywała z własnych składek.
Leokadia była kobietą przedsiębiorczą. Wraz z mężem prowadziła sklep galanteryjno-pasmanteryjny z artykułami mleczarskimi przy Placu Wolności 13 (później sklep GS-owski, obecnie prywatny). W sklepie sprzedawano materiały, wstążki, nici i tkaniny oraz artykuły spożywcze – wszystko, co potrzebne w gospodarstwie i domu.
W domu dbała o wychowanie i naukę dzieci. Wszyscy synowie uczęszczali do kaliskich gimnazjów: Gimnazjum Humanistycznego im. Adama Asnyka i Gimnazjum Handlowego (późniejsze Liceum im. T.Kościuszki). Edukacja była dla niej świętością. Choć każde czesne i szkolny mundurek wymagały od rodziców wyrzeczeń, powtarzała, że „wykształcenie to jedyne, czego człowiekowi nie można odebrać.”


Czas wojny

We wrześniu 1939 roku na rodzinę Wiewiórkowskich spadła tragedia, jakich tysiące przeżywały polskie rodziny. Już 3 września przyszła wieść, że Jan Wiewiórkowski, strzelec pokładowy w 34 Eskadrze Rozpoznawczej Armii „Poznań”, zginął zestrzelony przez Niemców nad Brzezinami.
Leokadia przywdziała żałobę, nie wiedząc, że syn żyje i dostał się do niewoli.

Wkrótce potem, 15 kwietnia 1940 roku, Niemcy aresztowali kolejnego syna Leokadii – Mariana Wiewiórkowskiego, naczelnika poczty w Opatówku, oraz jej zięcia Zygmunta Gadzinowskiego (1909–1941), sekretarza gminy w Liskowie. Obaj trafili do obozu koncentracyjnego Mauthausen-Gusen w Austrii, z którego nigdy nie wrócili. Leokadia miała świadomość że zginęli śmiercią męczeńską, kąsani 30-stopniowym zimnem, bici i gryzieni przez esesmańskie psy.
W 1941 roku zmarł Stanisław Wiewiórkowski, mąż Leokadii – przeziębił się w drodze, szukając towaru do sklepu, tak lichego, że nawet Niemcy go nie odebrali. W tym czasie handel był reglamentowany i prywatne sklepy ledwie funkcjonowały.
Rok później zmarła córka Helena Gadzinowska, której serce nie wytrzymało, gdy w małej urnie otrzymała prochy męża z Gusen.

„Jak u Wiewiórkowskich zaczęto wynosić trumny, to nie było końca” – wspominali po latach mieszkańcy Opatówka.
Leokadia zajęła się osieroconymi wnukami – Teresą i Leszkiem Gadzinowskimi, którzy nie mieli już ani ojca, ani matki. Wychowywała ich z czułością, jak własne dzieci. Każdego dnia modliła się z nimi przy łóżku, a w niedziele prowadziła na cmentarz.

Podczas wojny Niemcy zburzyli dom Wiewiórkowskich przy ulicy Starokaliskiej (obecnie skrzyżowanie ulicy Łódzkiej i św. Jana), przebudowując drogę z Łodzi do Kalisza. Rodzina została wysiedlona, pozbawiona dachu nad głową i środków do życia. Przez kolejne lata tułali się po wynajmowanych izbach.


Ostatnie lata

Po wojnie Leokadia nie odzyskała już dawnej siły. Czas i cierpienie odcisnęły na jej twarzy głębokie ślady.
Wciąż miała sklep przy Placu Wolności z zapleczem. Tam umieściła najmłodszego syna Zygmunta, o którym mówiono, że był najzdolniejszy. Ogrywał wszystkich w szachy, dużo czytał, a w lipcu 1939 roku ukończył kurs podchorążych w Poznaniu. W 1945 roku powrócił z obozu koncentracyjnego Buchenwald, dokąd trafił za działalność w Armii Krajowej. Po wyjściu z obozu ciężko zachorował na gruźlicę i inne choroby poobozowe. Pielęgnowany przez matkę, skonał na Jej rękach.

Kiedy w 1945 roku ucichły ostatnie strzały, Leokadia Wiewiórkowska miała sześćdziesiąt lat – wiek, w którym człowiek powinien już zbierać owoce swojego życia: patrzeć, jak dorastają wnuki, cieszyć się spokojem w domu, który zbudował.
Tymczasem Ona nie miała już ani domu, ani męża, ani większości dzieci. Straciła niemal wszystkich mężczyzn swojego rodu – synów, męża, zięcia. Przeżyła to, co dla matki jest niewyobrażalne: pochować własne dzieci, jedno po drugim, czasem nawet bez trumny, bez pożegnania.
Jej dom – ten przy ulicy Starokaliskiej, tętniący życiem – zniknął. Na jego miejscu ciągnęła się nowa droga, szeroka, pusta i obca. Jakby ktoś wymazał nie tylko Jej adres, ale i całe życie, jakie tam przeżyła.

Władza, która przyszła po wojnie, mówiła o równości i sprawiedliwości, ale dla takich jak Ona – Dla kobiet, które całe życie spędziły w domu, w sklepie, w gospodarstwie, nie przewidziano miejsca w systemie. Nie miała emerytury ani pracy. Państwo, za które Jej synowie walczyli, nie dało nic w zamian: ani wsparcia, ani pociechy, ani zrozumienia. Niebawem sklep przy Placu Wolności przejęła Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska”, w ramach upaństwowienia prywatnego handlu. Podobnie, jak wielu dawnych właścicieli, straciła źródło utrzymania.

W 1957 roku sprzedała działkę po wyburzonym przez Niemców domu nowym właścicielom, by kupić chleb swoim wnukom i opłacić ich edukację. Dopiero wówczas, po tzw. „odwilży gomułkowskiej”, pojawiła się możliwość regulowania prywatnych własności i sprzedaży działek po zburzonych posesjach.

Schyłek życia spędziła otoczona troską i opieką rodziny.
Zmarła w 1968 roku. Spoczęła na cmentarzu w Opatówku – wśród tych, których kochała najbardziej. Pozostała w pamięci rodziny jako kobieta silna, wierna, ofiarna – matka, która przetrwała wszystko: wojnę, biedę i śmierć swoich dzieci.


Przypisy

1. Kościół parafialny w Opatówku – neogotycka świątynia wzniesiona w latach 1905–1912 z inicjatywy ks. Antoniego Marczewskiego, konsekrowana w 1912 r.

2. Narodowy Związek Robotniczy (NZR) – legalna organizacja polityczna i społeczna założona w 1905 r. w Warszawie. Jej celem była obrona praw robotników w duchu katolickim i narodowym.

3. Domek Gotycki – zabytkowy budynek w centrum Opatówka, należący pierwotnie do rodziny Schlösserów, właścicieli miejscowej fabryki sukna. Od 1923 r. mieściła się tam siedziba Narodowej Organizacji Kobiet i ochronka dla dzieci.

4. Gimnazjum im. Adama Asnyka i Gimnazjum Handlowe w Kaliszu – renomowane szkoły średnie w okresie międzywojennym, wychowujące młodzież w duchu patriotyczno-religijnym.

5. W 1939 r., podczas budowy nowej szosyŁódź–Kalisz, Niemcy dokonali przebudowy centrum Opatówka, wyburzając m.in. domy przy dzisiejszej ul. Kaliskiej i Św. Jana.

6. Po II wojnie światowej tysiące kobiet takich jak Leokadia Wiewiórkowska — żon, matek i wdów — znalazło się poza systemem pomocy państwowej. Nie miały prawa do emerytur, bo nie były zatrudnione etatowo ani objęte ubezpieczeniem społecznym. Państwo ludowe przyznawało świadczenia głównie pracownikom instytucji państwowych, robotnikom i urzędnikom. Dla kobiet, które całe życie spędziły w domu, w sklepie, w gospodarstwie, nie przewidziano miejsca w systemie.


piątek, 4 maja 2018

Zofia Wiewiórkowska - Walecka.

Zofia Wiewiórkowska -Walecka.
Urodzona w maju 1923 roku w Opatówku.

Najmłodsze dziecko Stanisława i Leokadii Wiewiórkowskich.

Zosia Wiewiórkowska stoi pomiędzy rodzicami Stanisławem i Leokadią. Zdjęcie z ok.1926 roku
Poprosiłam Marię, córkę Zosi, najmłodszej dziewczynki z tego zdjęcia, by opisała losy swojej mamy.

" 20 lat różnicy miedzy Zosią i najstarszym bratem Stasiem, który na tym zdjęciu stoi pierwszy z lewej. Pierwszy z prawej-Marian.
Rozpieszczana w dzieciństwie pamiętała jak mówiła: Zosia jest najmłodsza, Zosi wszystko wolno.
Lata wczesnej młodości, między 16-22 rokiem życia zabrała jej wojna, przerwała naukę w szkole ekonomicznej w Kaliszu.
Uciekała z Opatówka przed Niemcami wozem drabiniastym wraz ze swoimi szwagierkami: Erną, Marią i ich malutkimi dziećmi, ze straszą siostrą Helą. Bracia, ojcowie rodzin,  tj. Stanisław i Marian  w drodze się odłączyli i została sama do powożenia końmi, opieką nad reszta rodziny, a miała tylko 16 lat.
Reszta okupacji przepleciona rodzinnymi tragediami upłynęła na pomocy babci Lodzi w ogarnięciu potrzebujących w rodzinie, opiece nad sierotami po Helenie - Leszkiem i Teresą i podobno czasami Bożeną, córką Zygmunta, który znajdował się w obozie.
Aby uniknąć wywiezienia do Niemiec na roboty, pracowała u Niemca rzeźnika Fajchta.
   Trzej bracia byli już w obozach, więc rodzice robili wszystko, żeby Zosia nie została wywieziona gdzieś w głąb Niemiec. Wykorzystując znajomość z Feichtem, wręczyli mu łapówkę, aby zatrudnił Zosię, lat 15, w swoim sklepie. Niebawem właściciel sklepu pokazał swą prawdziwą twarz i zachował się niegodnie wobec dziewczynki, za co dostał w twarz, a jego okulary spadły na podłogę.
  Do końca wojny musiała się ukrywać. Za uderzenie Niemca trafiało się do obozu. Do końca wojny ukrywała się z grupa przyjaciół na tzw. wądołach przed wywiezieniem na roboty do Niemiec.

Zosia pracowała u pracowała u Niemca rzeźnika Fajchta


       Po wojnie chwilę była nauczycielką w szkole, zrobiła maturę i wyjechała z Opatówka wraz z bratem Zygmuntem na tzw. Ziemie Odzyskane szukać pracy.
Wspominała tez jak po wojnie pojechała do Liskowa do domu opuszczonego przez Hele i Zygmunta Gadzinowskich w poszukiwaniu pozostawionych przez nich rzeczy, argumentując ze dzieci zostały sierotami i wszystko było rozkradzione. Odzyskała od sąsiadów komplet mebli, które sobie "pożyczyli".

Zosia na pierwszym planie


       Wracając do mamy - wyjechali z bratem Zygmuntem Wiewiórkowskim do Żar, była świadkiem na jego ślubie z Renią, tam poznała męża Henryka Waleckiego. Rodzice przeprowadzali się kilka razy, ja urodziłam się w Koninie.
W końcu, mając już troje dzieci, osiedlili się w Wierzbicy k/Radomia, bo tam dostali prace i mieszkanie.
Mama była księgową, a ojciec mechanikiem w nowo powstałej cementowni "Przyjaźń".
Mama zawsze tęskniła za Opatówkiem, zawsze chciała wrócić do Opatówka. Większość wakacji spędzaliśmy u babci Leokadii Wiewiórkowskiej.
Mama chciała być pochowana w Opatówku, ale stało się inaczej.

Zmarła w wieku 64 lat w 1987 roku i pochowana jest w Radomiu."




Posty powiązane

Gdy Opatówek został Spatenfelde

A było to tak...Konrad Wuensche

Listy proskrypcyjne dla okręgu Kalisza




sobota, 24 marca 2018

Pierwszy dzwonek. Szkoła powszechna w Opatówku.

Z pisma wystosowanego w sierpniu 1945 roku do burmistrzów o wójtów powiatu kaliskiego dowiadujemy się jak przebiegało tworzenie szkół po wojnie. Gminy ponosiły koszt budowy w 50% a budżet państwa w pozostałych 50%.
Ponadto ludność miała opodatkować się na ten cel.
Materiały budowlane na budowę szkoły podstawowej w Opatówku miały zostać pozyskane z rozbiórki budynku poniemieckiego w Borowie.(*dokument 1)

W listopadzie 1946 roku Zarząd Gminy donosi do Starostwa Powiatowego w Kaliszu, że zorganizowany "Tydzień budowy szkół" przyniósł kwotę 19.769,50 zebraną w wyniku ofiarności społeczeństwa (zbiórka prowadzona przez sołtysów oraz dwie zbiórki uliczne: 27 października i 3 listopada 1946).(*dokument 2)

Pierwsze nauczanie ruszyło w budynku dawnej preparandy nauczycielskiej.
Babcia opowiadała mi, że zima była sroga, szyby powybijane, ale w ławkach zasiedli wszyscy, którzy marzyli o nauce czytania i pisania. O kwestii opału wspomina dokument nr. 3 
Mieszkańcy Opatówka ofiarnie zebrali się na utworzenie szkoły, uzyskano sumę ponad 2 tys.(*dokument 4, 5)

Wójt gminy Franciszek Gaweł w piśmie skierowanym do inspektora szkolnego w Kaliszu informuje o wyborze i wydzieleniu parceli na budowę szkoły im.Pierwszego Prezydenta Odrodzonej Rzeczypospolitej Polskiej Bolesława Bieruta, w miejscu dawnego majątku Schlössera i Wuenschego. (*dokument 6)
Miejsce wybrano ze względu na reprezentację oraz bezpieczeństwo dzieci idących do szkoły. 1 grudnia 1951 roku odbyła się uroczystość oddania do użytku budynku szkolnego.

Pawlikowska
1 grudnia 1951 roku odbyła się uroczystość oddania do użytku budynku szkolnego.

Zanim wybudowano nowy budynek szkoły naukę kontynuowano w Pałacu dawnego właściciela Opatówka Schlössera. Dyrektorem szkoły był w latach 1945 – 1969 Jan Jaśkiewicz.

Po 1900 roku na fundamentach pałacyku Zajączka Schloesserowie ufundowali nową rezydencję, zaprojektowaną w oparciu o wzorce rdzennie-niemieckich zabudowań podmiejskich. W stylu norymbersko-tyrolskim
lata 50-te Opatówek
Zanim wybudowano nowy budynek szkoły naukę kontynuowano w Pałacu dawnego właściciela Opatówka Schlössera. Kadra nauczycielska.Maria Wiewiórkowska stoi trzecia od prawej.
Kadra nauczycielska na schodach Pałacu dawnego pałacu Schlössera w Opatówku-powojennej siedziby szkoły powszechnej od 1945-do 1951 roku.


8 maja 1975 roku szczególnie zapisał się w historii szkoły w Opatówku. Tego dnia nadano Zbiorczej Szkole Gminnej imię wielkiego Polaka i sportowca Janusza Kusocińskiego.


Moja babcia Maria Wiewiórkowska otrzymała już w styczniu 1945 roku propozycję podjęcia prac zmierzających do zorganizowania szkoły w Opatówku. Zadanie to podjęła bez większego wahania. Biblioteka w Opatówku zamieściła na swoich stronach informacje o jej pracy na rzecz szkoły.
Maria Wiewiórkowska.


Dokumenty:

Materiały budowlane  miały zostać pozyskane z rozbiórki budynku poniemieckiego w Borowie.(*dokument 1)

Opatówek. "Tydzień budowy szkół" przyniósł kwotę 19.769,50 zebraną w wyniku ofiarności społeczeństwa (zbiórka prowadzona przez sołtysów oraz dwie zbiórki uliczne).(*dokument 2)
zima była sroga, szyby powybijane, ale w ławkach zasiedli wszyscy,
którzy marzyli o nauce czytania i pisania.
O kwestii opału dla szkoły wspomina dokument nr. 3


Mieszkańcy Opatówka ofiarnie zebrali się na utworzenie szkoły.(*dokument 4)

Dokument 5. Protokół zbiórki 3 listopada 1946r.
Wójt gminy Franciszek Gaweł w piśmie skierowanym do inspektora szkolnego
 w Kaliszu informuje o wyborze i wydzieleniu parceli na budowę szkoły


Post powiązany
https://historiawsepii.blogspot.com/2017/10/biogram-mariana-wiewiorkowskiego.html


Podobne posty

Poczta polska, telegraf, telefon. Opatówek.

A było to tak. Konrad Wuensche.

Matka Niobe. Leokadia Wiewiórkowska.

Listy proskrypcyjne. Aresztowania w Opatówku 1940



poniedziałek, 20 listopada 2017

Dawna kamienica Szalińskiego w Opatówku.

Autor: Dominika Pawlikowska

O kamienicy stojącej w Rynku ul. Łódzka 2, dawniej ulica Piłsudskiego, przy skrzyżowaniu z dawną ul. Błaszkowską mówiło się potocznie kamienica Szalińskiego.

Opatówek, Spatenfelde, Kamienica Szalińskich, róg Łódzkiej i Placu Wolności, zdjęcie z początków okupacji niemieckiej. Niemcy rozbierają budynek straży na placu i budują drogę. DK12 – Mapy Google Kamienica Szalińskich, róg Łódzkiej i Placu Wolności, zdjęcie z początków okupacji niemieckiej. Niemcy rozbierają budynek straży na placu i budują drogę.
DK12 – Mapy Google
Kamienica Szalińskich, róg Łódzkiej i Placu Wolności, zdjęcie z początków okupacji niemieckiej.
Niemcy rozbierają budynek straży na placu i budują drogę.


Kamienica została zakupiona przez moją prababcię Józefę i jej drugiego męża Bolesława Szalińskiego w 1934 roku i pozostawała ok. 50 lat w rękach mojej rodziny. 
Prababcia Józefa Szalińska de domo Rupotacka (1890-74) była osobą bardzo energiczną i pracowitą. Dzisiaj powiedzielibyśmy "kobietą biznesu". Przedwojenne pokolenia nie znały ZUS-u, emerytur ani żadnego innego systemu ubezpieczeń, więc pracowało się bez świąt i wolnych sobót do późnej starości, odkładając grosz do grosza i żyło później z oszczędności lub pozostając na utrzymaniu dzieci.
Józefa po tragicznej śmierci pierwszego męża poślubiła Bolesława Szalińskiego. Zajmowali się restauratorstwem. Najpierw prowadzili restauracje w Kaliszu. Później postanowili dokupić kamienicę i przeprowadzili się do Opatówka. Zdjęcie poniżej ukazuje całą rodzinę, być może w roku zakupu kamienicy tj. 1934 r. Na zdjęciu Józefa Szalińska de domo Rupotacka, secundo voto Semperska z córką Marią Wiewiórkowską, późniejszą długoletnią nauczycielką szkoły w Opatówku  i mężem Bolesławem.

Józefa, Bolesław Szalińscy, z córką Marią później Wiewiórkowską, moją babcią, długoletnią nauczycielką matematyki w szkole w Opatówku, ok.1934 r.
Józefa, Bolesław Szalińscy, z córką Marią później Wiewiórkowską,
moją babcią, długoletnią nauczycielką matematyki w szkole w Opatówku, ok.1934 r.


Kaliski ślad prababci Józefy odnalazłam w książce p. Kazimierza Rogackiego "Tak było 1929-2013".
Pan Kazimierz Rogacki opisuje Kalisz z okresu międzywojennego, wspominając i opisując ulice, którymi maszerował jak młody chłopak. I wspomina restaurację Szalińskich: 
"Skręcając w ulicę Franciszkańską widać było podświetloną reklamę restauracji pani Szalińskiej. Wchodziło się do niej po kilku schodkach. Miała ona dość duże wzięcie. Pamiętam, że byłem tam z bratem i tatą na flakach z pulpetami".
Po wielu latach ciężkiej pracy, prababcia miała wtedy ok. 40 lat, w 1934 Szalińscy kupili  kamienicę i przeprowadzili się do Opatówka.
Przeanalizowałam historię domu. Kamienica należała do Stefanii z Ordzińskich Kościańskiej, która z kolei odziedziczyła ją po ojcu Stefanie.

Władysława Ordzińska, siostra właścicielki.

Za J. Miluśka-Stasiak:  Stefan Ordziński był członkiem Zarządu Ochotniczej Straży Ogniowej i przy jego restauracji mieściła się siedziba straży. Mogła być tam jakaś wozownia dla gości i  miejsce na wóz konny strażacki. W 1907 r. wybudowano remizę na rynku i odtąd tam  mieściła się straż, a konie obok u p.Jaskuły.
W archiwum kaliskim znalazłam dokumenty dotyczące historii własności tej kamienicy. W 1929 roku kamienice podzielono na dwie części (dok. 2) i wydzielono dwa osobne budynki. Druga część przeszła w posiadanie Polaka niemieckiego pochodzenia Hermana Feichta (dok. 3). Feicht i jego rodzina, licząca 10 osób, znajduje się na folksliście, czyli na liście osób, które po wybuchu wojny zadeklarowały swoją niemieckość. Feicht otrzymał kategorię B  czyli – Deutschstämmige (niem. pochodzenia niemieckiego) – osoby przyznające się do narodowości niemieckiej, posługujące się na co dzień językiem niemieckim, kultywujące kulturę niemiecką.
Post o folksdojczach w Opatówku tutaj.
Hermann Feicht też wynajmował mieszkania w swojej kamienicy, w jego księdze dochodów wpisane są na rok 1929 osoby o polskich i żydowskich nazwiskach. O tym napiszę w osobnym poście.
Do czasów nadbudowy piętra dom wyglądał tak, jak na zdjęciu poniżej.

Opatówek, kamienica Ordzińskich, później Szalińskich,
ze zbiorów biblioteki w Opatówku. Lata 20-30-te dziewiętnastego wieku.

Właścicielka kamienicy Stefania Kościańska zwróciła się 10.02.1931 roku podaniem do Towarzystwa Kredytowego o przyznanie jej pożyczki na rozbudowę nieruchomości. Niestety później zmuszona była napisać prośbę o wstrzymanie licytacji: "Tak materialnie się wyczerpałam..."
Komisja Sprawdzająca złożona z dyr. J. Klotza, członka Kom. Nadz. J. Kurdwanowskiego oraz obywateli m. Opatówka: St.Wiewiórkowskiego oraz I. Pawłowskiego przy współudziale technika Tow. Czyżewskiego przybyła na miejsce 16 lutego 1931 i ustanowili szacunek techniczny budowli na sumę 41.128 zł a wartość sprzedażną szacując na 36 tysięcy.
Z archiwum dowiadujemy się, że małżonek pani Kościańskiej prowadził w kamienicy restaurację, wynajmowano także mieszkania ( dok. 4). Ciekawą lekturą jest lista nazwisk lokatorów, pośród nich są Żydzi.

www.historiawsepii.blogspot.com, Dominika Pawlikowska
Dochody z kamienicy Kościańskich, Opatówek 1931 rok (1). Mieszkańcy: Szablewski, Świdnicki, Ambroziakowa (nauczycielka), Adler (Żyd), Ostojska.

Kredyt został udzielony. Niestety, biedna pani Kościańska nie była w stanie spłacać rat kredytu i napisała prośbę do Towarzystwa Kredytowego o wstrzymanie egzekucji długu w postaci licytacji kamienicy (dok. 5).
14 lutego 1933 r. Emil Sztark Dyrektor Towarzystwa Kredytowego miasta Kalisza  wyznaczył kamienicę na przymusową sprzedaż za zaległe raty. Ogłoszono, że sprzedaż ma się odbyć 16 lutego 1933. przed rejentem Szymonem Tułeckim.
Wadium wpłacił i kamienicę nabył  Stanisław Czerepak, Przedsiębiorca i właściciel hurtowni wód mineralnych w Kaliszu 
Jednak rok później, w 1934 r. kamienica należy już do mojej prababci Józi. Świadczy o tym podanie do Towarzystwa Kredytowego (dok. 6) z 1934 roku  z prośbą o uznanie i przyjęcie listów zastawnych na częściową spłatę pożyczki na ową kamienicę.
Dlaczego nie mam żadnych pamiątek po tej restauracji? - Jedyny pocisk jaki spadł na Opatówek spadł właśnie na ten budynek i zakończył jego żywot w 1945 r. Nie było sensu go odbudowywać, ponieważ komuniści niszczyli prywatnych przedsiębiorców. Na szczęście kamienica ocalała. Przed wejściem Rosjan do Opatówka niemiecka rodzina osiedlona w naszym domu wywiozła wszystko, co znajdowało się w restauracji i mieszkaniu Szalińskich.
Pozostało kilka drobiazgów będących świadectwem tamtych czasów, m.in ponad stuletni obrus po mojej przedwojennej prababci Józefie. Być może sama go wyhaftowała ponieważ "prace  kobiece" szły w parze z wielkimi uzdolnieniami manualnymi kobiet w mojej rodzinie. Ciarki przechodzą mnie na myśl, ile czasu należało spędzić nad każdym milimetrem tego obrusu.
Gdy przeczytałam w biuletynie informacyjnym "Wiadomości Gminne" Nr 5 (575) / 2009 wspomnienia mieszkańców Opatówka fragment dotyczący Bolesława Szalińskiego zdałam sobie sprawę jakim był człowiekiem, jak ofiarnym i patriotycznym:

Aleja Józefiny 6, dzisiaj Aleja Wolności 6, autentyczna reklama restauracji Romana Szalińskiego  (chyba kuzyn Bolesława). Kalisz, Wielkopolskie – Mapy Google
Kalisz. Aleja Józefiny 6, dzisiaj Aleja Wolności 6, autentyczna reklama restauracji Romana Szalińskiego (rodzina Bolesława). Dzisiaj znajduje się tam Cafe Calisia.
Kalisz, Wielkopolskie – Mapy Google

 "30 marca 1939 r. odbyło się zebranie wszystkich organizacji i mieszkańców Opatówka w celu omówienia pożyczki na dozbrojenie polskiej armii. Tego dnia pierwsze ofiary pieniężne złożyła Akcja Katolicka Kobiet, drużyna harcerek pozaszkolnych i Ognisko Kolejowego Przysposobienia Wojskowego. 13 kwietnia powstał Komitet Pożyczki Przeciwlotniczej, którego przewodniczącym zostali ks. Piotr Kotarski - proboszcz parafii Opatówek, sekretarzem Kazimierz Sieradzan i skarbnikiem wójt gminy Józef Raszewski. Komitet przyjął normy pożyczki dla wszystkich warstw społecznych w gminie Opatówek: dla rolnictwa, przemysłu, nieruchomości, handlu i pracowników umysłowych. Od tej pory notowane były wpłaty na Pożyczki Lotnicze i Fundusz Obrony Narodowej (F.O.N.) oraz dobrowolne ofiary na dozbrojenie polskiej armii. Wpłaty pochodziły od organizacji i od indywidualnych osób, także Żydów mieszkających w Opatówku. Nauczyciele z gminy Opatówek wpłacili 1260 zł, pracownicy PKP - 800 zł, pracownicy poczty - 340 zł, właściciel majątku w Opatówku Konrad Wünsche - 5000 zł, Zofia Chrystowska ( żona przedwojennego właściciela pałacu w Tłokini Kościelnej) 2000 zł, Bolesław Szaliński (mój pradziadek) zadeklarował cały swój majątek wartości 15000 zł na rzecz Armii Polskiej, gdyby zaszła taka potrzeba".

Opatówek, kamienica Ordzińskich, później Szalińskich,
ze zbiorów biblioteki w Opatówku. Lata 20-te dziewiętnastego wieku.

W 1939 roku Bolesław Szaliński, podobnie jak wielu mężczyzn z mojej najbliżej rodziny, znalazł się na liście proskrypcyjnej tzn. liście osób wskazanych do aresztowania.
Napisano o nim:
"Był członkiem partii rządowej. W całej okolicy uchodzi za fanatycznego Polaka. Rodzaj jego działalności wpływa na to, że codziennie obcuje z dużym kręgiem ludności. Istnieje wiec możliwości, ze będzie działał wrogo wobec państwa niemieckiego".
1939 rok to dla Polski tragedia niewyobrażalna. Niemcy wyaresztowali elity centralne i elity lokalne, kadrę uniwersytecką, ziemian, księży, weteranów powstań, ale też miejscowych sołtysów we wsi, ludzi, którzy służyli gdzieś w wojsku, poznali obce kraje, coś widzieli i byli dla miejscowych autorytetem. 
Siadano, tak jak w restauracji mojego pradziadka, w długie jesienne lub zimowe wieczory, zbierało się towarzystwo, sąsiedzi, i on tłumaczył: są takie orientacje, takie partie, to będzie dla nas dobre. To dla nas będzie niedobre. Temu człowiekowi ufano, to on był autorytetem.
We wrześniu został wysiedlony ze swojego domu i ukrył się w Koluszkach, co opowiedziała mi jedna z najstarszych mieszkanek Opatówka pani Sieradzka. Zajmował się przerzutem uciekinierów z Wielkopolski - niem.  Warthegau do Generalnego Gubernatorstwa. Zmierzali tam wszyscy, którzy nie chcieli być wywiezieni na roboty w głąb Rzeszy.  Pani Sieradzka, wówczas mała dziewczynka, została przemycona przez Szalińskiego do Generalnej Guberni. Wraz z ojcem, panem Spiszem, który przyjaźnił się z Szalinskim, przez kilka dni gościła u niego.
Zdjęcie poniżej ukazuje kamienicę we wrześniu 1939 roku, w której już rządzą się Niemcy.
Wysiedlenie Szalińskiego z Opatówka uratowało mu życie, dzięki temu nie pojechał do obozu, a znalazł się na liście proskrypcyjnej, tj. liście Polaków przeznaczonych do wymordowania stworzonej przez lokalną żandarmerię i miejscowych folksdojczów. 

Wrzesień 1939, Opatówek, kamienica Szalińskich, na placu przy stacji benzynowej widać Niemców, motocykl niemiecki.
Wrzesień 1939, Opatówek, kamienica Szalińskich, na placu przy stacji benzynowej
widać Niemców, motocykl niemiecki. W prawym rogu wielka flaga Rzeszy.

Niemcy zaplanowali "Akcję Inteligencja", celem była likwidacja warstw przywódczych, innymi słowy likwidacji ludzi, którzy nie pozwoliliby zginąć idei państwa polskiego, którzy stanowili jądro polskości. Nazwisko Szalińskiego znalazło się na tej liście. 
Polacy byli wysiedlani. Naszą restaurację przejęła łotewska rodzina niemieckiego pochodzenia, która znalazła się w Opatówku w ramach przesiedleń tzw. Niemców etnicznych z terenów sowieckich, osiedlanych w okupowanej Polsce w ramach akcji „Heim ins Reich” (Powrót do Rzeszy). 
Otrzymali cały dorobek Szalińskich, ich dom, restaurację, zastawę, wyposażenie, wszystko. Restaurację nazwali Gasthaus Riga. Po II wojnie kamienica wróciła do Szalińskich, Niemcy się zdematerializowali zabierając wszystko, co mogli, wyposażenie domu i restauracji.

Widokówka propagandowa z Opatówka. Ok. 1940.
W prawym dolnym rogu Gasthaus "Riga" - restauracja Szalińskich.

Szalińscy nie mogli dalej żyć spokojnie i pracować. Funkcjonariusze PRL-u robili wszystko, aby odebrać ludziom ich własność. Prowadzenie restauracji w PRL nie było możliwe, komuniści wprowadzali przeróżne ustawy, aby zniechęcić i wyrugować "prywaciarzy". 2 czerwca 1947 wprowadzono ustawy „o zwalczaniu drożyzny i nadmiernych zysków w obrocie handlowym”, „o obywatelskich komisjach i lustratorach społecznych” i powołano Biuro Cen, które ustalało marże i wysokości opłat. Od tej pory nie można było po prostu założyć działalności – trzeba było mieć pozwolenie. Podczas gdy jeszcze w 1947 r. w Polsce było 134 tys. sklepów, już w 1949 r. było ich zaledwie 78 tys.
Powołano nawet specjalnie organ https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Komisja_Specjalna_do_Walki_z_Nadu%C5%BCyciami_i_Szkodnictwem_Gospodarczym
 Dzieci przedsiębiorców nie były przyjmowane na studia, zaś synowie rzemieślników byli przymusowo wcielani do wojska. Po śmierci Szalińskich kamienicę odziedziczyła ich córka, moja babcia Maria Wiewiórkowska. 
Jak wykańczano kamieniczników nieznacjonalizowanych? Wprowadzano do kamienicy lokatorów i "dawano" im mieszkania.
I posiłkując się Wikipedią: 21 grudnia 1945 roku wprowadzono dekretem przymusową gospodarkę lokalami. Był to pierwszy od zakończenia II wojny światowej akt prawny regulujący i ograniczający w sposób nieuzasadniony najem lokali mieszkalnych będących własnością osób prywatnych. Wprowadzał pojęcie „publicznej gospodarki lokalami”, tzn. w praktyce nacjonalizował mieszkania. Przydział do lokali mieszkalnych leżał w gestii władz kwaterunkowych, tj. prezydium miejskiej (gminnej) rady narodowej. W świetle przepisów tego dekretu decyzja administracyjna o przydziale lokalu mieszkalnego miała pierwszeństwo i była ważniejsza, niż umowa najmu zawarta z właścicielem tegoż lokalu.
W praktyce wyglądało to tak, że ja siedziałam pod stołem i obserwowałam, jak przychodzili do nas mieszkańcy płacić komorne. Babcia wyjmowała gruby zeszyt i zapisywała, kto i ile zapłacił.
Ponieważ tych ludzi było wielu, ja w końcu zapytałam: Babciu, to my jesteśmy bogaci? A babcia: nie dziecko, jesteśmy biedni. 
Państwo narzuciło wysokość komornego, które nie pokrywało nawet opłat ponoszonych na rzecz mieszkańców za: remonty, malowanie klatki, wywóz śmieci, odśnieżanie. Babcia dopłacała do tego z własnej nauczycielskiej pensji! Taka "sprawiedliwość".
Wiadomo, że wojenna wdowa z dwojgiem dzieci (jej mąż Marian Wiewiórkowski został zamordowany w obozie koncentracyjnym Mauthausen Gusen-link) nie mogła długo tak dokładać. Kamienica w latach 90-tych została sprzedana. I babcia po raz kolejny zawierzyła państwu. Pieniądze z transakcji wpłaciła na dwie książeczki mieszkaniowe z pełnym wkładem, na mieszkanie dla mamy i dla mnie. Nim doszło do realizacji tych książeczek PRL upadł. Początek lat 90. i transformacja ustrojowa spowodowały, że wartość pełnego wkładu na książeczce PKO wystarczyła na kupno kilku metrów kwadratowych mieszkania. Ograbiono nas  perfidnie, wszystko przepadło. Dlatego irytuje mnie nieuctwo i niewiedza ludzi, którzy zachwalają PRL, chwaląc, ile im "dała". Proszę pamiętać, że aby jednym dać, drugim zabrała. Komuniści łaskawie rozdawali to, co ukradli innym.

Dawna kamienica Szalińskiego dzisiaj. 2021.


W 1929 roku kamienice podzielono na dwie części (2)
Spatenfelde
Druga część przeszła w posiadanie Niemca Hermana Feichta. (3)

(4)
Prośba p. Kościańskiej do Towarzystwa Kredytowego o wstrzymanie
 postanowionej egzekucji długu w postaci licytacji kamienicy (5)

Podanie Józefy Szalińskiej (prababci) do Towarzystwa Kredytowego (6) z 1934 roku
 z prośbą o uznanie i przyjęcie listów zastawnych na częściową spłatę pożyczki.




Źródło:

  • Akta dot. nieruchomości Nr hip. 729 przy Rynku i ul. Błaszkowskiej w Opatówku Bolesława Szalińskiego, Zespół: Towarzystwo Kredytowe Miasta Kalisza, Sygnatura: 11/203/0/3/327
  • Archiwum rodzinne Dominiki Pawlikowskiej