Historie tu opisane dedykuję wszystkim, których pasjonuje historia. Blog to wehikuł czasu, który przenosi w przeszłość, do wielonarodowej Polski. Wspomnienia trudnych czasów, lokalnej historii.
Jestem autorką książek: "HISTORIA W SEPII. OPATÓWEK. WIEWIÓRKOWSCY", "AKCJA GESTAPO PRZECIWKO POLSKIEJ INTELIGENCJI NA TERENIE GMINY BLIZANÓW" i "OCALIĆ OD ZAPOMNIENIA.ZAPIS TERRORU LAT 1939-45 W GMINIE CEKÓW I KAMIEŃ"
14 czerwca obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Niemieckich Nazistowskich Obozów Koncentracyjnych i Obozów Zagłady.
W czwartek przypadła 78 rocznica przybycia pierwszego masowego
transportu polskich więźniów do KL Auschwitz.
14 czerwca 1940 r. Niemcy skierowali z więzienia w Tarnowie do obozu
Auschwitz grupę 728 Polaków. Wśród nich byli żołnierze kampanii
wrześniowej, członkowie podziemnych organizacji niepodległościowych,
gimnazjaliści i studenci, a także niewielka grupa polskich Żydów. Data
ta uznawana jest za początek funkcjonowania obozu.
O tym pierwszym transporcie pisze na swoim blogu dr Adam Cyra "Zginęła nawet połowa":
Zygmunt Wiewiórkowski.
"(...) Wśród więźniów pierwszego transportu byli m.in. żołnierze Września,
członkowie podziemnych organizacji niepodległościowych, gimnazjaliści i
studenci. Otrzymali numery od 31. do 758. Numery od 1 do 30 dostali
przywiezieni z KL Sachsenhausen do Auschwitz 20 maja 1940 r. niemieccy
więźniowie kryminalni, którym powierzono w obozie różne funkcje, m.in.
kapo i blokowych."
Wraz z rodzinami ofiar obozów koncentracyjnych, również z Kalisza, postanowiliśmy zapalić znicze pod Ściana Śmierci.
W obchodach rocznicy pierwszego transportu Polaków do Auschwitz,
które odbyły się w Oświęcimiu i w Harmężach wzięli udział przedstawiciele władz
Rzeczpospolitej Polskiej: premier RP Beata Szydło,
parlamentarzyści, przedstawiciele korpusu dyplomatycznego, władz
samorządowych, instytucji i stowarzyszeń współorganizujących obchody,
dyrekcja i pracownicy Muzeum Auschwitz, a także wszyscy pragnący
upamiętnić wydarzenia z 14 czerwca 1940 r.
Obchody rozpoczęły się od złożenia zniczy pod Ścianą Śmierci na
dziedzińcu bloku 11 w byłym obozie Auschwitz I oraz wieńców pod tablicą
poświęconą pierwszemu transportowi na budynku dawnego Polskiego Monopolu
Tytoniowego, nieopodal terenu dzisiejszego Muzeum Auschwitz.
złożenie zniczy pod Ścianą Śmierci na
dziedzińcu bloku 11 w byłym obozie Auschwitz I
oraz wieńców pod tablicą
poświęconą pierwszemu transportowi na budynku
dawnego Polskiego Monopolu
Tytoniowego, nieopodal terenu dzisiejszego Muzeum Auschwitz.
14 czerwca
1940 r. więźniów umieszczono tam na okres kwarantanny, a dziś mieści
się tam Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa im. rtm. Witolda Pileckiego.
12:30
Zapalenie zniczy pod Ścianą Śmierci w hołdzie Ofiarom
(były obóz Auschwitz I) 13:00
Zwiedzanie Bloku 11 – Bloku Śmierci
(były obóz Auschwitz I)
Zwiedzanie Bloku 11 – Bloku Śmierci
(były obóz Auschwitz I)
Publikacja związana jest z historią
bloku nr 11 i losami więźniów, którzy na jego ścianach, drzwiach,
parapetach okiennych i belkach stropowych pozostawili napisy i rysunki, wykonane niejednokrotnie przed straceniem. Streszczenie tutaj.
Zygmunt Wiewiórkowski to
najmłodszy z braci mojego dziadka.
Prawie nic o Nim nie wiedziałam, a okazało się, że życie miał ciekawe, tragiczne i ofiarne. Wszystko oddał Polsce.
Zygmunt Wiewiórkowski /02.06.1917- 13.01.1948/
Urodził się 2.06.1917 w Opatówku
jako ostatni syn Stanisława Wiewiórkowskiego i jego żony Leokadii de
domo Sowa. W chwili aresztowania przez Niemców 9.09.1943 roku miał 26 lat.
Uważany był za najzdolniejszego z braci. Podobno ogrywał wszystkich w szachy. Wspominany przez moja chrzestną Teresę Jaśkiewicz, wówczas kilkuletnie dziecko, jako skupiony, poważny, czytający dużo książek. Z serdecznością zwracający się do ludzi.
Bracia Wiewiórkowscy. W środku mój dziadek.
Po maturze wyjechał do siostry swojej matki do Hajnówki w poszukiwaniu pracy i został zatrudniony w Samorządzie Miejskim.
Od września 1937 do lipca 1939 odbywał kurs podchorążych w Poznaniu w Szkole Podchorążych Rezerwy (SPRez.) kształcącej kandydatów na oficerów.
Nazwa wywodzi się z okresu międzywojennego, kiedy to utworzono Szkoły Podchorążych Rezerwy. Do służby byli powoływani poborowi z cenzusem (absolwenci szkół średnich lub studiów). Służba trwała rok i składała się z okresu nauki w szkole, podczas której żołnierze posługiwali się tytułem szeregowego (strzelca, ułana, kanoniera). Szkolenie kończyło się egzaminem i absolwenci otrzymywali stopień kaprala i tytuł podchorążego (w wyjątkowych sytuacjach plutonowego podchorążego). Drugim okresem służby (już podchorążego) była praktyka dowódcza w jednostce wojskowej.
Zygmunt Wiewiórkowski otrzymał stopień plutonowego podchorążego.
KURS PODCHORĄŻYCH 14 DYWIZJI PIECHOTY w Poznaniu
Zabawa w klubie Piekiełko w sali kasyna oficerskiego. Zygmunt Wiewiórkowski siedzi drugi od prawej
Skreślona ręką Zygmunta informacja na odwrocie zdjęcia
Na kursie jego dowódcą był prawdopodobnie podporucznik Jan Grabiński.
19.09.1939 r.Zygmunt został zmobilizowany. Czy wyruszył z oddziałami 14 Dp? tego nie wiem. Dzwoniłam w tej sprawie do Centralnego Archiwum Wojskowego, gdzie od razu sprawdzono, ze w posiadaniu muzeum znajdują się dokumenty Zygmunta ze szkoły oficerskiej, natomiast dokumenty z kampanii wrześniowej nie przetrwały. Drogę bojową pułku opisuje strona Nadgoplańskie Towarzystwo Historyczne:
Na
wojnę 1939 r. pułk wyruszył pod dowództwem ppłk. Stanisława
Tomiaka. Po pierwszych bombardowaniach Poznania w nocy 3.IX – 58
pp. wycofuje się po osi Września, Słupca, Ślesin, Kłodawa i 8.IX
dociera do Kutna. Bierze udział w dniu 9.IX w forsowaniu Bzury,
następnego dnia z powodzeniem walczy o Orłów, Piątek, Balków. W
pościgu za nieprzyjacielem w dniach 11 i 12.IX pułk opanował
miejscowości: Witów, Pludwiny, Koźle, Sadówka i brał udział w
walkach o Mąkolice. Po wycofaniu dywizji w rejon Emilianów –
Szwarocin, kiedy w dniu 16.IX czołgi niemieckiej 1 dywizji pancernej
atakowały 55 i 57 pp. dowódca 14 DP gen. Fr. Wład na czele 58 pp.
próbowała na kierunku Kocierzew, Wicie, Litynek, odpierać atak
nieprzyjaciela – bezskutecznie. W czasie organizowania obrony
Białej Góry gen. Fr. Wład, został śmiertelnie ranny i po kilku
godzinach zmarł. Oddziały 14 DP nie zdołały przejść Bzury pod
Witkowicami i dostały się do niewoli. Tylko nieznaczna część
przebiła się do Warszawy.
Zygmunt Wiewiórkowski
Zygmunt dostał się do niewoli. Przebywał na terenie obozu
jenieckiego, nie wiadomo bliżej jakiego, w Schlezwik Holstein do 1942 r. Mapa obozów jest obszerna.http://apps.frontline.org/camps/
Aktualizacja: w dniu 13 marca 2019 otrzymałam dokumenty nt. Zygmunta z Arolsen i mogę uzupełnić informacje; okazuje się, ze tym obozem był od 2.04.1940 roku Lager Schleswig, w okręgu Nienburg, w miejscowości Heemsen.
od 2.04.1940 roku Lager Schleswig, w okręgu Nienburg, w miejscowości Heemsen.
W raporcie In Gefangenschaft... czytamy:" robotnicy przymusowi
byli wykorzystywani do produkcji uzbrojenia. Nie tylko
w fabryce prochu Liebenau, ale także w
Fabryce Ordnance Leese-Hahnenberg i the
Air Main Station (Muna) w Langendamm. Ponadto prawie każda produkcja i gospodarstwo rolnicze posiadało zagranicznych pracowników.
Przymusowi robotnicy byli wszechobecni w Nienburgu i in
wszystkich okolicznych wioskach".
z zeznań brata Jana Wiewiórkowskiego odnośnie Zygmunta,w Kuźnicy mieszkała siostra matki Jana -Sowa
W 1942 roku Zygmunt został zwolniony z obozu. Ten wątek opowieści, dlaczego zwolniono go z obozu jenieckiego uzupełniła córka jego siostry Zosi-Maria Walecka. Cytuję " Pamiętam z opowiadań mojej
mamy, ze Niemcy nie mogli uruchomić jakichś maszyn w cegielni Stenclów na Tyńcu i pracująca tam koleżanka
Zygmunta powiedziała, ze zna specjalistę, ale jest w obozie. Poprosili o
dane i zwolnili Zygmunta. Zygmunt wrócił, pewnie pomógł uruchomić te maszyny i znów zaczął działać w organizacji podziemnej. Szczegółów mama nie znała,
bo była mała. I wszystko było sekretem". Niektórzy Niemcy pomagali Polakom, w zamian za łapówkę, godzili się ich zatrudniać, aby uchronić przed śmiercią lub praca przymusową w głębi Rzeszy. Przypuszczam, że tak było w tym przypadku.
W dniu 09.09.1943 roku Zygmunt został aresztowany za działalność
konspiracyjną i przynależność do AK. Być może coś na ten temat znajdę w
książce Armia Krajowa: zarys historii wojennej kaliszan 1914-1945 Juranda Piotrowskiego; Wyd. Edytor, 2004r. Sądzę, ze historia aresztowania Zygmunta jest jeszcze niezbadana. Zostaje uwięziony, wysłany do KL Auschwitz.
następnie przewieziony do Buchenwaldu. W Buchenwaldzie zostaje osadzony w
dniu 27.04.1944./źródło: http://www.straty.pl/index.php/szukaj-w-bazie/
Z pociągu przewożącego go do Buchenwaldu wyrzuca gryps, który ktoś
dostarcza rodzinie. O grypsie opowiedziała mi córka jego starszego brata Jana- Zofia. Wynika z niego, że ma świadomość, że jedzie po
śmierć. Wszak już wie, co spotkało jego brata i szwagra w obozie
Mauthausen.
z wyroku sądu 1962 r.
Z KL Auschwitz został przewieziony do Buchenwaldu. Dlaczego? Ponieważ na terenie Niemiec potrzebna była siła robocza, a od początku KL
Buchenwald był obozem pracy.
Tam została wyprodukowana szacunkowo
jedna czwarta broni maszynowej dla niemieckiego wojska. Każdy wiezień
musiał przynieść zysk. Więźniowie pracowali również w komandach fabrycznych, m.in. na potrzeby spółek Gustloff z Weimaru
oraz Fritz-Sauckel produkujących sprzęt zbrojeniowy. W 1943 zostały
utworzone wielkie podobozy przy fabryce Erla-Maschinenwerk GmbH w
Lipsku, w fabryce samolotów Junkers w Schönebeck i fabryce Rautal w
Wernigerode. W 1945 Buchenwaldowi podlega prawie setka podobozów.
W samym tylko grudniu '44 więźniowie wypracowali zysk ponad 3 mln RM.(1)
W KL Buchenwald Zygmunt był przerzucany z jednego komanda pracy do drugiego. Z Arolsen otrzymałam dokładne informacje.
13.06.44 został przydzielony do komanda Leipzig, a 26 lipca do komanda Wansleben.
Informacje o obu komandach znalazłam na stronach IPN: " Jak ustalono, podobóz obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie o
nazwie Leipzig-Hasag lub Hasag-Leipzig został utworzony w mieście
Leipzig w dniu 8.06.1944 r., początkowo jako obóz kobiecy ze stanem ok.
800 więźniarek, w tym wiele Polek. Liczba ta stale rosła, osiągając
najwyższy stan 4600 więźniarek w listopadzie 1944 r. W listopadzie 1944
r. przy podobozie kobiecym powstał podobóz męski w liczbie ok. 150
więźniów, głownie Polaków. Więźniarki i więźniowie byli zatrudniani w
firmie Hugo Schneider Aktiongesellschaft w Leipzig. Pod ten podobóz
podlegały dodatkowo mniejsze komanda, a mianowicie komando
„Markkleeberg” (kobiecie), 4 km od Leipzig, „Schönau” (kobiece), 2 km na
zachód od Leipzig oraz „Thekla” (męskie), 2 km na północ od Leipzig.
Podobnie jak więźniowie głównego podobozu, więźniowie z tych komand byli
zatrudnieni w zakładach zbrojeniowych na terenie Leipzig: Junkers
Aktiongesellschaft , ATG Maschinenbau Gesellschaft i Erla -Werke
Leipzig-Thekla.
Z zeznań przesłuchanych świadków wynika, iż budynki, gdzie
umieszczono więźniów w podobozie Leipzig-Hasag były murowane,
dwupiętrowe. Na parterze jednego z nich znajdowała się kuchnia,
stołówka, gdzie wydawano posiłki, był rewir chorych i administracja. Na
piętrach obu budynków były duże sale na około 200 więźniarek i więźniów
każda. Prycze były drewniane z kocami. Teren obozu był otoczony płotem z
drutu kolczastego pod napięciem. Więźniowie pracowali przy produkcji
amunicji na dwie zmiany po 12 godzin z krótką przerwą na posiłek. Nadzór
nad pracą od strony fachowej sprawowali niemieccy cywilni majstrowie.
Więźniowie pilnowani byli przez strażników i strażniczki z podobozu.
Praca była bardzo ciężka, obliczona na wyniszczenie więźniów. Więźniowie
byli głodzeni, przez co słabli w pracy, za co wymierzano im kary w
postaci brutalnego bicia przez strażników co było powszechnym i
codziennym zjawiskiem. Inną formą szykan były wielogodzinne apele
niezależnie od warunków atmosferycznych kosztem czasu przeznaczonego na
odpoczynek po pracy." I również na stronach IPN o komandzie Wansleben:" Obóz Wansleben stanowiący filię obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie,
powstał w marcu 1944 r. i jako podobóz KL Buchenwald funkcjonował do 11
kwietnia 1945 r., kiedy to go ewakuowano. Znajdował się kilkanaście
kilometrów od miejscowości Halle. Był to obóz dla mężczyzn różnych
narodowości, w tym większości Polaków, którzy byli podzieleni na dwa
komanda. Jedno pracowało w kopali soli, pod ziemią i przy budowie
sztolni, drugie zaś pracowało przy rozbudowie i powiększaniu szybów
dawnej kopali potasu, celem jej przystosowania do podziemnej produkcji
części do samolotów. Część z tych robót została zakończona i więźniowie
pracowali bezpośrednio przy ich produkcji. Komendantem podobozu
Wansleben był Sturmscharführer SS Hermann Helbig, urodzony 07.06.1902 r.
w Mühlberg/Saksonia. Jego zastępca był Oberscharführer SS Rudolf
Suschitzky, ur. 19.02.1897 r. w Wiedniu. Jak ustalono obaj już nie żyją.
Herman Helbig został skazany na śmierć przez Amerykanów i stracony w
roku 1948, natomiast Rudolf Suschitzky zmarł w roku 1962. Nie ustalono
danych pozostałych członków składu osobowego straży obozowej. Obóz
średnio liczył około 2000 więźniów zakwaterowanych w kilku
wieloosobowych barakach otoczonych płotem z drutu kolczastego pod
strażą. Praca trwała codziennie na dwie zmiany przez ponad 12 godzin.
Więźniowie byli źle odżywiani, panowały fatalne warunki sanitarne.
Dochodziło do zabójstw więźniów w obozie. Szczególnie duża liczba ofiar
była w czasie ewakuacji obozu w kwietniu 1945"
11 kwietnia 1945, niespełna miesiąc przed niemiecką
kapitulacją Amerykanie dotarli do KL Buchenwald w Ettersbergu koło Weimaru
(Turyngia). Obóz był gigantyczny, pierwotnie 46-hektarowy.
Zygmunt dożył wyzwolenia.
Na ponad 2o tys więźniów przebywających 16 kwietnia 1945 w obozie było 3800 Polaków, 4380 Rosjan, 1240 Węgrów, 324 Holendrów, 1800 Niemców i inni. Jak podaje raport Głównej Kwatery Alianckiej do departamentu wojny USA jest to elita inteligencji i sił kierowniczych Europy, a także elementy demokratyczne oraz niemieccy wrogowie nazizmu i członkowie ich rodzin.(2) Za: E.Polak "Dziennik buchenwaldzki"
Zygmunt Wiewiórkowski, polski oficer, wiezień Auschwitz i Buchenwaldu nr 48034
Konzentrationslager Buchenwald, Konzentrationslager Buchenwald/Post
Weimar (KL Buchenwald, KZ Buchenwald), z początku nazywany
Konzentrationslager Ettersberg – niemiecki obóz koncentracyjny założony w
Ettersberg w pobliżu Weimaru (Turyngia, Niemcy). Funkcjonował od lipca
1937 do końca wojny. Wyzwolony
11 kwietnia 1945.
Z obozu zachował się jeden list Zygmunta do matki Leokadii.
Zygmunt Wiewiórkowski, list z KL Buchenwald, numer więźnia 48034, Block 55, rok 1944
Konzentrationslager Buchenwald, Konzentrationslager Buchenwald/Post
Weimar (KL Buchenwald, KZ Buchenwald), z początku nazywany
Konzentrationslager Ettersberg – niemiecki obóz koncentracyjny założony w
Ettersberg w pobliżu Weimaru (Turyngia, Niemcy). Funkcjonował od lipca
1937 do końca wojny.
Kochana mamo i rodzeństwo! Czuję się całkiem dobrze. List i dwie paczki nr.1 i nr. 2 otrzymałem. Mają wszystko, czego tutaj koniecznie potrzebuję. Mogę pisać tylko raz w miesiącu, ale wy możecie częściej pisać, ponieważ wszystko, co mnie z wami łączy to są słowa. Od Heli (siostra)w końcu dostałem list. Moje myśli są coraz częściej z wami i mam nadzieję, że przybędę aby was zobaczyć. Pozdrowienia dla dzieci, rodziny, Feli i Gieni ( koleżanki - rówieśniczki Zygmunta, przypisek autorki), cioci Janki i rodziny Budnik. Dzisiaj otrzymałem list z 5 czerwca. W międzyczasie przyjdzie pewnie paczka. Cieszy mnie, że dzieci dobrze się uczą. (dzieci Heleny-siostry, przyp.autorki) Chciałbym zobaczyć zdjęcia koleżanek. Mam prośbę do Erny ( szwagierka- żona najstarszego brata, Stanisława, Niemka, z jej pomocą pisano listy, ponieważ listy docierające do obozów musiały być w języku niemieckim, inaczej nie przeszłyby przez obozową cenzurę, przypisek autorki)
W Buchenwaldzie Zygmunt został osadzony w bloku 55. Na zdjęciu poniżej. Zdjęcie ukazuje uliczkę w obozie, z prawej siedzą uwolnieni jeńcy, z lewej blok 61 a na pierwszym planie z prawej blok 55, za nim blok 56.Cała seria zdjęć z obozu została wykonana po wyzwoleniu w 1945.
W Buchenwaldzie Zygmunt został osadzony w bloku 55. Pierwszy z prawej
Na bramie obozu wisiał napis: "Jedem das Seine”- Każdemu to, co mu się należy. W KL Buchenwald od 1937 do 1945 przebywało łącznie ok. 250 tys. osób ze
wszystkich krajów Europy, liczbę ofiar szacuje się na 56 tys.
Zygmunta osadzono w tzw."małym obozie", gdzie baraki były drewniane, a warunki gorsze niż w barakach murowanych.
Na północnym skraju obozu jenieckiego SS ustanowiono strefę "Kleine Lager", pod koniec 1942 r. Każdy z 12 drewnianych baraków zrobionych z dawnych stajni dla koni miał czterdzieści metrów długości i prawie dziesięć metrów szerokości. Wewnątrz nie było urządzeń sanitarnych ani łóżek
Oddzielono go od obozu głównego drutem kolczastym.
Deportowani ze wszystkich okupowanych przez Niemcy krajów przebywali w
małym obozie przez kilka tygodni, zanim zostali wysłani do podobozów
Wraz z nadejściem masowych transportów z Auschwitz, Groß-Rosen i innych
obozów na wschodzie 1944/45 r. mały obóz stał się miejscem śmierci i
umartwienia zamieszkujących go więźniów.
Gdy byłam w Buchenwaldzie w 1996 nikt nie wspominał o reliktach małego obozu i nie miałam pojęcia o jego istnieniu.
Dopiero po 90 roku wykonano prace archeologiczne i odkryto pozostałości małego obozu.
Zwiedzający Weimar zwykle podziwiają twórczość Goethego, który mieszkał tam w latach 1775–1832. Miasto było jednym z centrów niemieckiego oświecenia,
mieszkały w nim czołowe postacie gatunku literackiego zwanego klasyką
weimarską. Az ciarki przechodzą, że w mieście Goethego, usytuowano obóz, w którym zamordowano tylu ludzi.
Tzw."mały obóz". Miejsce pobytu dla Tysięcy. Pozbawiony podstawowych urządzeń sanitarnych. panowało ogromne zagrożenie epidemia, ponieważ brakowało miejsca dla więźniów,
To, co czytałam we wspomnieniach obozowych więźniów Buchenwaldu, daje podstawy by sądzić, że i Zygmuntowi pewnie nie raz wydawało się, że to już jego koniec, że nadchodzi kres
życia, że dalej nie da rady. A jednak doczekał
wyzwolenia i wrócił do rodziny. Dwa lata wyryły jednak swoje. Ból, głód,
tęsknota, choroby - towarzyszyły mu wiernie dzień po dniu. Nie raz
brakło sił, nadeszło zwątpienie, ale był młody, ciągle była nadzieja na koniec koszmaru, miał dla kogo żyć. Miał dopiero 28 lat. W domu, w Opatówku została jego matka Leokadia, z braci żył jeszcze tylko Janek i Stanisław. Marian już zginął w KL Mauthausen Gusen, podobnie jak szwagier Zygmunt Gadzinowski. Niedługo zachoruje i osieroci swoje dzieci - Leszka i Teresę siostra Helena. Zmarł ojciec Stanisław Wiewiórkowski. W domu czekała matka i mała siostra Zosia i dzieci, sieroty po Marianie, a niebawem i po Helenie.
Śmiertelnie chory i wycieńczony chorobami obozowymi wyjechał na ziemie
zachodnie, do Żar, poszukując pracy, a po piętach deptała mu UB. Tam poznał swoją żonę. Jednak stan zdrowia ciągle
się pogarszał. Zmarł na rękach matki, pielęgnowany przez Nią, w
13.01.1948 roku. Osierocił jedyną córkę Bożenę.
Fundamentalną dla poznania historii KL Buchenwald jest książka Dziennik buchenwaldzki Edmunda Polaka.
Zygmunt spoczął w rodzinnym grobowcu, na cmentarzu w Opatówku wraz z cała swoją najbliższą rodziną. Z braćmi: Janem Wiewiórkowskim, żołnierzem 34 Eskadry Armii Poznań, Marianem
Wiewiórkowskim, naczelnikiem pocztowym w Opatówku, zamordowanym przez Niemców w
Mauthausen Gusen w
1941r., siostrą Heleną i
jej
mężem Zygmuntem Gadzinowskim, przedwojennym sekretarzem gminy Lisków zamordowanym
w Mauthausen Gusen w 1941r., bratem Stanisław
oraz ze swoimi rodzicami: Stanisławem i Leokadią Wiewiórkowskimi.
tu spoczął Zygmunt Wiewiórkowski
Na rozkaz generała armii USA, która zajęła Weimar, burmistrz tego
miasta zarządził, aby co najmniej 1000 mieszkańców udało się na teren KL
Buchenwald, aby zobaczyć co tam się działo. W języku niemieckim
przygotowano ulotkę dla zwiedzających. Polecano zwiedzić szczególną
uwagę na kozioł do wymierzania kary chłosty i dziedziniec za stosami
ciał, na blok nr 46 na kamieniołomy, na "mały obóz". Obóz odwiedziło ok.
2000 tys. mieszkańców Weimaru.
O procesie załogi Buchenwaldu można przeczytać tutaj: Proces załogi Buchenwaldu (US vs. Jozjasz, książę Waldecku i Pyrmontu i inni)
17 May. German civilians of Namering ordered by Military Government with
Third Army to view bodies of the 800 murdered Russians, Czechs and
French who were inmates of Flossenberg prison camp. Bodies were exhumed
by townspeople of Namering from stream bank and reburied.
Komendantem obozu był Karl Otto Koch.
Jego żona Ilse Koch
była główną nadzorczynię obozu kobiecego, której podlegały wszystkie
strażniczki ze służb pomocniczych SS.
Przez więźniów była nazywana „Suką z Buchenwaldu” lub „Wiedźmą z
Buchenwaldu”. Więźniowie zeznawali po wojnie, iż Ilse Koch osobiście
wybierała więźniów z „ciekawymi” tatuażami, po czym nakazywała
wyrabianie rękawiczek, torebek, opraw książek i abażurów z ludzkiej
skóry (z tego względu zyskała także przydomek „Ilsa-Abażur”
Pradziadkowie Wiewiórkowscy- Stanisław i Leokadia wychowywali sześcioro
dzieci i posyłali do szkół. Dzieci dobrze się uczyły, były zdolne. Mój dziadek Marian /na zdjęcie poniżej/ urodził się w 1910 roku, na tym zdjęciu może mieć ok. piętnastu lat.
Mogli być dumni ze swoich dzieci, ze swoich sokołów. Rośli, grali w piłkę, byli
silni i zdrowi, koledzy wspominali, że ciężko było ich ograć na boisku.
Bracia dziadka i on sam chodzili do dwóch gimnazjów męskich w Kaliszu. Do Gimnazjum Humanistycznego A. Asnyka lub do Szkoły Handlowej. Po I wojnie światowej i kolejnych reformach oświaty Szkoła Handlowa została przekształcona w Gimnazjum im. Tadeusza Kościuszki, a następnie w II Liceum Ogólnokształcące.
Marian Wiewiórkowski, siedzi w środku. Opatówek, lata szkolne, ok. 1925
O Asnykowcach: "Wyglądali pięknie w swoich galowych mundurach. Spodnie zdobione na wzór oficerski, z lampasami bordo (szasery), z podwójnymi sprzączkami na które zapinało się gumki opasujące buciki ze złotym sznurkiem i metalowym znaczkiem w kształcie tarczy, na której z kolej znajdowały się trzy duże litery GHA (Gimnazjum Humanistyczne Asnyka)"
Jak dojeżdżali do szkół? wszak nie kursowały wtedy podmiejskie autobusy MZK.
We wspomnieniach pani Marianny Kocembowej odnalazłam taki fragment :
"Jeśli
zaś chodzi o młodzież, która ukończyła szkołę w Opatówku i pragnęła
dalej się kształcić, rodzice w miarę możliwości starali się, aby ich
posłać po dalszą wiedzę. W związku z kłopotem z dojazdem, wynajęli
wspólnie pana Albina Rogozińskiego, który wozem konnym z umieszczonymi
na nim siedzeniami odwoził ich codziennie do kaliskich szkół.
Na zdjęciu poniżej brat dziadka, Jan Wiewiórkowskich, w latach powojennych na wozie konnym.
Taka podróż bywała wesoła latem, ale zimą chyba nie było lekko.
Ileż wysiłku finansowego rodziców (czesne) i poświęcenia dzieci kosztowało dawniej zdobycie wykształcenia?
Pradziadkowie wszystko poświecili dla dzieci. A później 3 zabrała im niemiecko-austriacka barbaria.
Jan Wiewiórkowski (1915-1979)
Cała rodzina spoczęła na cmentarzu w Opatówku, w rodzinnym grobowcu.
Bracia: Jan Wiewiórkowski, żołnierz 34 Eskadry Armii Poznań, Marian Wiewiórkowski, naczelnik pocztowy w Opatówku, zamordowany przez Niemców w Mauthausen Gusen w
1941r., Zygmunt Wiewiórkowski zamęczony w Auschwitz, siostra Heleną i jej
mąż Zygmunt Gadzinowski, przedwojenny sekretarz gminy Lisków zamordowany w Mauthausen Gusen w 1941r., brat Stanisław
oraz ich rodzice: Stanisław i Leokadia Wiewiórkowscy.
" Świat powinien wiedzieć, ile nas, Polaków kosztowało prawo do swojego miejsca na ziemi "Jan Paweł II
Kilka lat
temu postanowiłam poznać historię mojej rodziny.
Dorastałam w wielopokoleniowym domu,
w którym były same kobiety: wdowy i sieroty. Na gruzach świata, który odszedł. Prababcia Józefa Szalińska, mama mojej babci, babcia
Maria, Aleksandra, moja mama i ja. W tej samej kamienicy w Opatówku pod Kaliszem przy Placu Wolności 13 mieszkała jeszcze
druga prababcia Leokadia Wiewiórkowska, mama mojego dziadka. Zmarła, gdy byłam bardzo mała i nie zdążyłam jej poznać. Wychowywała osierocone dzieci swojej córki Heleny Teresę i Leszka Gadzinowskich. Później Teresa, wówczas już Jaśkiewicz opiekowała się nią. Teresa Jaśkiewicz była długoletnią nauczycielką szkoły
podstawowej i technikum w Opatówku, syn Leszek lekarzem internistą w
Stawie i Kaliszu.
Leokadia Wiewiórkowska była
matką sześciorga dzieci, w tym mojego dziadka Mariana. Prawie wszystkich mężczyzn w
tej rodzinie zabrała II wojna światowa.
ok 1938 - 39 r. Cała rodzina Wiewiórkowskich.
Prababcia Leokadia pierwsza z lewej. Zdjęcie zrobione w Liskowie przed budynkiem gminy, gdzie zamieszkała jej córka Helena z mężem Zygmuntem Gadzinowskim z rodziną / stoi pierwszy od lewej/. Zdjęcie z chrztu ich córki Teresy
Gdy byłam dzieckiem, nie mówiono przy mnie o tych wydarzeniach, o wojnie. Nigdy. Ci ludzie zamilkli na zawsze i byli niemi. Sama stopniowo poznawałam prawdę. Znajdowałam w szufladach sepiowe zdjęcia, pożółkłe listy, teczki z dokumentami, przysłuchiwałam się fragmentom rozmów. Czasami zadawałam bezpośrednie pytania, jednak dorośli niechętnie opowiadali, odpowiadali półsłówkami. Teraz rozumiem, że wspomnienia sprawiały im nieopisany ból.
Dzisiaj wiem, że przepaść oddzielająca rodziny, których bliscy doświadczyli obozów koncentracyjnych, od tych, którym takie doświadczenie zostało oszczędzone, jest nie do przebycia. Nikt bowiem nie jest w stanie wczuć
się w to, co oni przeżyli. Ich przeżycia są poza granicami ludzkiego
zrozumienia.
A kiedy już poznałam prawdę, zastanowiłam się, jak po tych wszystkich nieszczęściach i zbrodniach popełnionych przez Niemców na mojej rodzinie można było żyć dalej, w tym samym miejscu, patrzeć na zrabowany majątek, zdewastowana kamienicę, odebrany sklep.
Te wydarzenia miały wpływ także na moje życie, stały się moim dziedzictwem. Wpłynęły na wybór mojej drogi życiowej. Postanowiłam uczyć się języka niemieckiego, spróbować zrozumieć, poznać historię rodziny i znaleźć odpowiedz na pytania, na które wcześniej nie znajdowałam odpowiedzi. Po latach studiów, lektur, podróży i zgłębiania historycznego kontekstu tych wydarzeń postanowiłam spisać tę historię.
Moim najbliższym wojna zabrała wszystko. Bliskich, ojców rodzin, dom, szanse, spokój, szczęście, przyszłość, wszystkie materialne dobra, stabilizację. Prababci Leokadii Wiewiórkowskiej, matki mojego dziadka, nie pamiętam. Zmarła w 1968 roku, gdy miałam dwa lata. Nazywam ją w myślach Matką Niobe. Podczas wojny straciła synów Mariana i Zygmunta, córkę Helenę, zięcia Zygmunta Gadzinowskiego, następnie męża, a kolejny syn Jan przebywał w obozie jenieckim.
Kiedy zaczęłam zbierać i gromadzić informacje na temat historii i genealogii rodziny wstrząsnął mną los Leokadii, pieszczotliwie nazywanej w rodzinie Lodzią i ogrom cierpienia, który spadł na nią i na pozostałe kobiety w rodzinie.
Najstarsze zdjęcie w rodzinnym archiwum datuję na rok 1925.Zdjęcie przedstawia szczęśliwą rodzinę moich
protoplastów z Wielkopolski.
Leokadia Wiewiórkowska, ok. 1925 Opatówek, prababcia,
nazywana pieszczotliwie Lodzią,
wraz z mężem Stanisławem i matką (pierwsza z lewej)
siedzi w otoczeniu swoich sześciorga dzieci.
Prababcia Leokadia Wiewiórkowska
(1885-1968) siedzi w środku, obok niej jej mama, a moja praprababcia Marianna
Sowa, z drugiej strony mąż Leokadii – Stanisław Wiewiórkowski (1883- 1941), mój
pradziadek. Leokadia i Stanisław siedzą w otoczeniu swoich sześciorga dzieci. Akt ślubu Leokadii i Stanisława tutaj.
Leokadia urodziła się w
Opatówku, małym miasteczku pod Kaliszem w Wielkopolsce, w dniu ślubu ze Stanisławem miała 22 lata, była córką nieżyjącego
Łukasza Sowy i jego małżonki Marianny z Muszyńskich. Stanisław Wiewiórkowski, jej mąż,
przybył tu wraz z bratem spod Warszawy, byli budowniczymi, być może
przybyli tu wraz z księdzem Blizińskim, który rozbudowywał leżący nieopodal
Lisków. W każdym bądź razie udzielali się w Liskowie.
Lisków, krótko przed wybuchem II wojny. Stanisław Wiewiórkowski, po jego lewej syn Jan, syn Zygmunt w
ostatnim rzędzie pierwszy z lewej
Pradziadek Stanisław (1883- 1941), mąż Leokadii, podobnie jak jego starszy brat Teodor, był
budowniczym, a także kimś w rodzaju rzeczoznawcy budowlanego. Jego
podpis widnieje na dokumencie szacującym wartość kamienicy Ordzińskiego w
Opatówku. .
Stanisławowi udzieliła
się idea zakładania sklepów spółdzielczych forsowana przez księdza Blizińskiego
w Liskowie i założył podobny w Opatówku. Zakładanie sklepów
spółdzielczych to była inicjatywa ks.Blizińskiego; miała na celu wyeliminowanie pośrednika, udzielanie wzajemnej
pomocy w dostarczaniu mieszkańcom dobrego i taniego towaru, a przez to
wzmocnienie rolnika i jego gospodarstwa.
Sklepem w centrum Opatówka przy Pl. Wolności 13 zajmowała się Leokadia.
Pradziadkowie Wiewiórkowscy wychowywali sześcioro
dzieci i posyłali do szkół. Wszystko poświęcili wykształceniu sześciorga dzieci, które bardzo dobrze się uczyły, były zdolne. Mogli być dumni z nich dumni. Pomagali matce w sklepie, rośli, grali w piłkę, byli
silni i zdrowi, koledzy wspominali, że ciężko było ich ograć na boisku. Wszyscy bracia chodzili do
dwóch gimnazjów męskich w Kaliszu. Do Gimnazjum Humanistycznego A.Asnyka
lub do Państwowego Gimnazjum im. Tadeusza Kościuszki. Ileż wysiłku finansowego rodziców, ze względu na czesne, dojazd, mundurki szkolne i poświęcenia dzieci kosztowało dawniej zdobycie wykształcenia ! We wrześniu 1939 sklep Leokadii przejęli Niemcy, a na drzwiach zawieszono tabliczkę "Polakom i Żydom wstęp wzbroniony". Wraz z utratą sklepu rodzina utraciła możliwość zaspokajania potrzeb materialnych. Dom, w którym mieszkali moi
pradziadkowie znajdował się przy dzisiejszej ulicy Kaliskiej, przed wojną - Starokaliskiej/, a ściślej u zbiegu Kaliskiej i Św.
Jana, na wprost dzisiejszej pasmanterii. Tak opisana jest na stronach biblioteki opatóweckiej:
"Przed wojną nazywała się ulicą Starokaliską. Wąska, nieprzelotowa,
zaczynała się przy kamienicy p. Walentego Pawłowskiego, a kończyła na
wysokości domu pp. Żarneckich i parkanu okalającego ogród poczty. Z
ulicy Starokaliskiej wjechać można było na ul. Poprzeczną i Św. Jana. W
czasie okupacji Niemcy budując drogę z Łodzi do Kalisza wyburzyli
wszystkie domy po prawej stronie wybrukowanej drogi (na wysokości
obecnej wysepki przystanku autobusowego), aż do ul. Św. Jana." "Opatowianin", marzec 1992, J.Kowalkiewicz.
W 1939 roku rodzina została wysiedlona z domu ze względu na budowę
drogi i zmianę układu architektonicznego Opatówka przez Niemców. Dom
został zburzony, w czasie wojny tułali się po wynajmowanych
pomieszczeniach.
SPATENFELDE
Opatówek został nazwany przez okupantów "Spatenfelde". Hitler podzielił jego mieszkańców. Niemcy, którzy mieszkali tuż za ścianą, mili sąsiedzi, okazali się ,,nadludźmi" (Übermenschen) lub ,,narodem panów"
(Herrenvolk), Polacy i Żydzi zaś zostali określeni jako ,,podludzie" (Untermenschen) lub niewolnicy.
Pojawiła się jeszcze inna kategoria ludzi - folksdojcze. Tak od 4 marca 1940 roku nazywano osoby pochodzenia niemieckiego, które zamieszkiwały poza terenem Niemiec, nie posiadały niemieckiego obywatelstwai zostały wpisane na niemiecką listę narodowościową – folkslistę.
Koncepcja folkslisty dla terenów polskich wcielonych do Rzeszy powstała w Poznaniu
jesienią 1939 r. w urzędzie Namiestnika Rzeszy w Kraju Warty.
Potocznie mówi się, że ktoś "podpisywał" folkslistę. Jednak aby znaleźć
się na folksliście, po niemiecku: DVL czyli ,,Deutsche Volkslistę"
zainteresowany musiał złożyć wniosek i przejść postępowanie
administracyjne, udowadniając swoje niemieckie pochodzenie oraz
ewentualną działalność w organizacjach niemieckich i proniemieckich, teoretycznie wymaganej do przyznania wyższych klasyfikacji.
Wpis na niemiecka listę narodowościową miał charakter dobrowolny,
chociaż obywateli różnego rodzaju odezwami wzywano do urzędów ds.
niemieckiej
volkslisty, w celu pobrania formularza wniosku o wciągnięcie na
niemiecką listę narodowościową "O
prawdziwości tezy dotyczącej braku przymusu wpisu na niemiecką listę
narodowościową, a więc również specjalnego charakteru realizowanej
polityki narodowościowej, świadczyć może znaczna liczba wniosków
oddalonych, obliczana na około 50 000 osób. Przykładowo, na terenie
powiatu kaliskiego, według zachowanych dokumentów kaliskiej komórki DVL,
oddalono 992 wnioski" 1/źródło/
Artur Greiser - namiestnik Kraju Warty był przez całą okupację przeciwny wpisywaniu Polaków na
niemiecką listę narodowościową. Jego zdaniem, powinny znajdować się na niej jedynie te
osoby, które posiadały minimum 50% niemieckiej krwi.
Polacy uważali folksdojczów za zdrajców, kolaborantów.
Na zdjęciu widzimy fragment listy folksdojczów z Opatówka. Widać
skreślenia, poprawki - lista była na bieżąco poprawiana i uzupełniana. W
początkowym okresie wojny niemieccy obywatele w Kraju Warty podzieleni
byli na pięć grup: A, B, C, D, E i ten podział obowiązywał aż do wiosny
1941 r. Później zastosowano określenie obywatelstwa za pomocą grup I-IV.
Do grupy I zaliczano osoby osoby czynnie walczące o niemieckość przed
1939 rokiem; osoby II grupy to osoby uważające się za Niemców; osoby
pochodzenia niemieckiego spolonizowane, osoby z małżeństw mieszanych,
Ślązacy, Mazurzy i Kaszubi (III grupa). Ich jedyną wadą według władz
nazistowskich była częściowa polonizacja. Do tej grupy zaliczono ponadto
osoby które zawarły związki małżeńskie z Niemcami lub Niemkami.
Osoby całkowicie spolonizowane stanowiły grupę IV. Według władz
hitlerowskich były to osoby współpracujące przed wybuchem II wojny
światowej z władzami polskimi, używające języka polskiego, ale
przyznające się do niemieckiego pochodzenia. Nie mieli prawa aby służyć w
wojsku niemieckim. Gdy zgłaszali się do Wehrmachtu byli wydalani z
wojska.
Przynależność do I i II grupy oznaczała uzyskanie niemieckiego
obywatelstwa i obowiązek służby wojskowej w armii niemieckiej. Zaliczeni
do grupy III i IV otrzymywali tymczasową niemiecką przynależność
państwową na 10 lat i w ciągu tych 10 lat mieli udowodnić swoje oddanie
dla Rzeszy.
Tablica administracyjna dla Opatówka, nazwanego Spatenfelde. Lata 1939-45. Źródło nieznane.
WOJENNA GEHENNA
Prababcia Leokadia nie
spodziewała się, że spokojne życie jej rodziny już wkrótce zmieni koszmar
wojny.
Helena Wiewiórkowska
Helenka, Jej najstarsza córka, miała piękne warkocze, poślubiła
Zygmunta Gadzinowskiego z Wilamowa pod Uniejowem. Zamieszkali w pobliskim Liskowie, gdzie Zygmunt był sekretarzem gminy. Na wiosnę 1940 został aresztowany przez gestapo. Zamordowany w obozie Mauthausen/Gusen. Helenka też nie przeżyła wojny.
Z czterech synów Leokadii i Stanisław najstarszy był Stanisław, dostał imię po ojcu. Ożenił się z Erną z Schumannów i odszedł z domu.
Najmłodszy syn Zygmunt
ukończył kaliskie liceum Adama Asnyka, zgodnie z rodzinną tradycją. Świetnie grał
w szachy i wszystkich ogrywał. Został księgowym. Od września 1937 do lipca 1939 odbywał kurs podchorążych w Poznaniu w Szkole Podchorążych Rezerwy (SPRez.) kształcącej kandydatów na oficerów. Wziął udział w bitwie pod Bzurą i dostał się do niewoli. Zmarł na rękach matki dwa lata po wojnie, przeżywszy Auschwitz i Buchenwald, wycieńczony chorobami obozowymi. Kolejny syn Janek we wrześniu '39 znalazł się w 34
Eskadrze Rozpoznawczej Armii Poznańi już
3 września 1939 został ciężko ranny.
15 kwietnia 1940 r. gestapo przychodzi po średniego syna - Mariana,
naczelnika poczty w Opatówku. Marian
Wiewiórkowski (1910-1941) - to mój dziadek. W chwili aresztowania miał
niespełna 30 lat. Aresztowany w ramach "Intelligenzaktion" na wiosnę 1940 roku, uwięziony w Dachau, później w Gusen. Zamordowany w kwietniu 1941r.
Kilka miesięcy
po śmierci syna Mariana do domu Leokadii przychodzi w październiku 1941 wiadomość
o śmierci jej zięcia Zygmunta Gadzinowskiego zamęczonego w Mauthausen Gusen. Córka Helena na wieść o śmierci męża
zachorowała na serce i zmarła w
1943 roku, nie
doczekawszy końca wojny. Osierocone dzieci Heleny i Zygmunta wychowywała prababcia Leokadia. Teresa Jaśkiewicz, córka Heleny, z którą pod koniec jej życia wiele rozmawiałam o naszej rodzinie, zacytowała słowa mieszkańców Opatówka: "Jak u Wiewiórkowskich zaczęto wynosić trumny, to nie było końca"
Synowie Leokadii. Bracia Wiewiórkowscy. W środku mój dziadek.
W 1941 r. zmarł ojciec rodziny Stanisław,
prababcia Lodzia została wdową. Serce Stanisława pękło na skutek wiadomości o śmierci jego
ukochanych dzieci.
BRACIA
ZYGMUNT WIEWIÓRKOWSKI (2.06.1917-13.01.1948)
Zygmunt Wiewiórkowski to
najmłodszy z synów Leokadii.
Prawie nic o Nim nie wiedziałam, ale dzięki pozyskaniu obszernej dokumentacji, okazało się, że życie miał ciekawe, tragiczne i ofiarne. Wszystko oddał Polsce.
Zygmunt Wiewiórkowski /02.06.1917- 13.01.1948/
Urodził się 2.06.1917 w Opatówku
jako ostatni syn Stanisława Wiewiórkowskiego i jego żony Leokadii de
domo Sowa.
W chwili aresztowania przez Niemców 9.09.1943 roku miał 26 lat.
Uważany był za najzdolniejszego z braci. Podobno ogrywał wszystkich w
szachy. Wspominany przez moja chrzestną Teresę Jaśkiewicz, wówczas
kilkuletnie dziecko, jako skupiony, poważny, czytający dużo książek. Z
serdecznością zwracający się do ludzi.
Po maturze wyjechał do siostry swojej matki do Hajnówki w poszukiwaniu pracy i został zatrudniony w Samorządzie Miejskim.
Od września 1937 do lipca 1939 odbywał kurs podchorążych w Poznaniu w Szkole Podchorążych Rezerwy (SPRez.) kształcącej kandydatów na oficerów.
Nazwa wywodzi się z okresu międzywojennego, kiedy to utworzono Szkoły
Podchorążych Rezerwy. Do służby byli powoływani poborowi z cenzusem
(absolwenci szkół średnich lub studiów). Służba trwała rok i składała
się z okresu nauki w szkole, podczas której żołnierze posługiwali się
tytułem szeregowego (strzelca, ułana, kanoniera). Szkolenie kończyło
się egzaminem i absolwenci otrzymywali stopień kaprala i tytuł
podchorążego (w wyjątkowych sytuacjach plutonowego podchorążego). Drugim okresem służby (już podchorążego) była praktyka dowódcza w jednostce wojskowej.
Zygmunt Wiewiórkowski otrzymał stopień plutonowego podchorążego.
Na zdjęciu zrobionym w kantynie widzimy uśmiechniętego Zygmunta w otoczeniu wesołej kompanii. Jeszcze nie wiedzieli co za chwilę stanie się ich udziałem.
KURS PODCHORĄŻYCH 14 DYWIZJI PIECHOTY w Poznaniu
Zabawa w klubie Piekiełko w sali kasyna oficerskiego. Zygmunt Wiewiórkowski siedzi drugi od prawej
Skreślona ręką Zygmunta informacja na odwrocie zdjęcia
19.09.1939 r.Zygmunt został zmobilizowany. Czy wyruszył z oddziałami 14
Dp? tego nie wiem. Dzwoniłam w tej sprawie do Centralnego Archiwum
Wojskowego, gdzie od razu sprawdzono, ze w posiadaniu muzeum znajdują
się dokumenty Zygmunta ze szkoły oficerskiej, natomiast dokumenty z
kampanii wrześniowej nie przetrwały. Drogę bojową pułku opisuje strona Nadgoplańskie Towarzystwo Historyczne:
Na
wojnę 1939 r. pułk wyruszył pod dowództwem ppłk. Stanisława
Tomiaka. Po pierwszych bombardowaniach Poznania w nocy 3.IX – 58
pp. wycofuje się po osi Września, Słupca, Ślesin, Kłodawa i 8.IX
dociera do Kutna. Bierze udział w dniu 9.IX w forsowaniu Bzury,
następnego dnia z powodzeniem walczy o Orłów, Piątek, Balków. W
pościgu za nieprzyjacielem w dniach 11 i 12.IX pułk opanował
miejscowości: Witów, Pludwiny, Koźle, Sadówka i brał udział w
walkach o Mąkolice. Po wycofaniu dywizji w rejon Emilianów –
Szwarocin, kiedy w dniu 16.IX czołgi niemieckiej 1 dywizji pancernej
atakowały 55 i 57 pp. dowódca 14 DP gen. Fr. Wład na czele 58 pp.
próbowała na kierunku Kocierzew, Wicie, Litynek, odpierać atak
nieprzyjaciela – bezskutecznie. W czasie organizowania obrony
Białej Góry gen. Fr. Wład, został śmiertelnie ranny i po kilku
godzinach zmarł. Oddziały 14 DP nie zdołały przejść Bzury pod
Witkowicami i dostały się do niewoli. Tylko nieznaczna część
przebiła się do Warszawy.
Zygmunt Wiewiórkowski
Zygmunt dostał się do niewoli. Przebywał od 2.04.1940 roku na terenie obozu
jenieckiego Lager Schleswig, w okręgu Nienburg, w
miejscowości Heemsen.
od 2.04.1940 roku Lager Schleswig, w okręgu Nienburg, w miejscowości Heemsen.
W raporcie In Gefangenschaft... czytamy:"
robotnicy przymusowi
byli wykorzystywani do produkcji uzbrojenia. Nie tylko
w fabryce prochu Liebenau, ale także w
Fabryce Ordnance Leese-Hahnenberg i the
Air Main Station (Muna) w Langendamm. Ponadto prawie każda produkcja i
gospodarstwo rolnicze posiadało zagranicznych pracowników.
Przymusowi robotnicy byli wszechobecni w Nienburgu i in
wszystkich okolicznych wioskach".
z zeznań brata Jana Wiewiórkowskiego odnośnie Zygmunta,w Kuźnicy mieszkała siostra matki Jana -Sowa
W 1942 roku Zygmunt został zwolniony z obozu. Ten wątek opowieści,
dlaczego zwolniono go z obozu jenieckiego uzupełniła córka jego siostry
Zosi-Maria Walecka. Cytuję "Pamiętam z opowiadań mojej
mamy, ze Niemcy nie mogli uruchomić jakichś maszyn w cegielni Stenclów
na Tyńcu i pracująca tam koleżanka
Zygmunta powiedziała, ze zna specjalistę, ale jest w obozie. Poprosili o
dane i zwolnili Zygmunta. Zygmunt wrócił, pewnie pomógł uruchomić te
maszyny i znów zaczął działać w organizacji podziemnej. Szczegółów mama
nie znała,
bo była mała. I wszystko było sekretem".
Niektórzy Niemcy pomagali Polakom, w zamian za łapówkę, godzili się ich
zatrudniać, aby uchronić przed śmiercią lub praca przymusową w głębi
Rzeszy. Przypuszczam, że tak było w tym przypadku. Rodzina chciała, aby Zygmunt był bliżej domu.
W dniu 09.09.1943 roku Zygmunt został aresztowany za działalność
konspiracyjną i przynależność do AK. Wiem to z sentencji wyroku sądu, który posiadam, jaki zapadł w Sądzie Ubezpieczeń Społecznych w 1968 odnośnie renty rodzinnej dla osieroconej przez niego jedynej córki.
Zostaje zakwalifikowany jak więzień polityczny, wysłany do KL Auschwitz.
następnie przewieziony do Buchenwaldu. W Buchenwaldzie zostaje osadzony w
dniu 27.04.1944.
Z pociągu przewożącego go do Buchenwaldu wyrzuca gryps, który ktoś
dostarcza rodzinie. O grypsie opowiedziała mi córka jego starszego brata
Jana Zofia. Wynika z niego, że ma świadomość, że jedzie po
śmierć. Wszak już wie, co spotkało jego brata i szwagra w obozie
Mauthausen.
Fragment z wyroku sądu 1962 r.
Z KL Auschwitz został przewieziony do Buchenwaldu, ponieważ na
terenie Niemiec potrzebna była siła robocza, a od początku KL
Buchenwald był obozem pracy.
Tam została wyprodukowana szacunkowo
jedna czwarta broni maszynowej dla niemieckiego wojska. Każdy wiezień
musiał przynieść zysk. Więźniowie pracowali również w komandach fabrycznych, m.in. na potrzeby spółek Gustloff z Weimaru
oraz Fritz-Sauckel produkujących sprzęt zbrojeniowy, w fabryce Erla-Maschinenwerk GmbH w
Lipsku, w fabryce samolotów Junkers w Schönebeck i fabryce Rautal w
Wernigerode. W 1945 Buchenwaldowi podlega prawie setka podobozów. W samym tylko grudniu '44 więźniowie wypracowali zysk ponad 3 mln marek.
W KL Buchenwald Zygmunt był przerzucany z jednego komanda pracy do drugiego. Z Arolsen otrzymałam dokładne informacje.
13.06.44 został przydzielony do komanda Leipzig, a 26 lipca do komanda Wansleben.
Informacje o obu komandach znalazłam na stronach IPN: " ...W listopadzie 1944
r. przy podobozie kobiecym powstał podobóz męski w liczbie ok. 150
więźniów, głownie Polaków. Więźniarki i więźniowie byli zatrudniani w
firmie Hugo Schneider Aktiongesellschaft w Leipzig. Pod ten podobóz
podlegały dodatkowo mniejsze komanda, a mianowicie komando
„Markkleeberg” (kobiecie), 4 km od Leipzig, „Schönau” (kobiece), 2 km na
zachód od Leipzig oraz „Thekla” (męskie), 2 km na północ od Leipzig.
Podobnie jak więźniowie głównego podobozu, więźniowie z tych komand byli
zatrudnieni w zakładach zbrojeniowych na terenie Leipzig: Junkers
Aktiongesellschaft , ATG Maschinenbau Gesellschaft i Erla -Werke
Leipzig-Thekla.
Z zeznań przesłuchanych świadków wynika, iż budynki, gdzie
umieszczono więźniów w podobozie Leipzig-Hasag były murowane,
dwupiętrowe. Na parterze jednego z nich znajdowała się kuchnia,
stołówka, gdzie wydawano posiłki, był rewir chorych i administracja. Na
piętrach obu budynków były duże sale na około 200 więźniarek i więźniów
każda. Prycze były drewniane z kocami. Teren obozu był otoczony płotem z
drutu kolczastego pod napięciem. Więźniowie pracowali przy produkcji
amunicji na dwie zmiany po 12 godzin z krótką przerwą na posiłek. Nadzór
nad pracą od strony fachowej sprawowali niemieccy cywilni majstrowie.
Więźniowie pilnowani byli przez strażników i strażniczki z podobozu.
Praca była bardzo ciężka, obliczona na wyniszczenie więźniów. Więźniowie
byli głodzeni, przez co słabli w pracy, za co wymierzano im kary w
postaci brutalnego bicia przez strażników co było powszechnym i
codziennym zjawiskiem. Inną formą szykan były wielogodzinne apele
niezależnie od warunków atmosferycznych kosztem czasu przeznaczonego na
odpoczynek po pracy." I również na stronach IPN o komandzie Wansleben:" Obóz Wansleben stanowiący filię obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie,
powstał w marcu 1944 r. i jako podobóz KL Buchenwald funkcjonował do 11
kwietnia 1945 r., kiedy to go ewakuowano. Znajdował się kilkanaście
kilometrów od miejscowości Halle. Był to obóz dla mężczyzn różnych
narodowości, w tym większości Polaków, którzy byli podzieleni na dwa
komanda. Jedno pracowało w kopali soli, pod ziemią i przy budowie
sztolni, drugie zaś pracowało przy rozbudowie i powiększaniu szybów
dawnej kopali potasu, celem jej przystosowania do podziemnej produkcji
części do samolotów. Obóz
średnio liczył około 2000 więźniów zakwaterowanych w kilku
wieloosobowych barakach otoczonych płotem z drutu kolczastego pod
strażą. Praca trwała codziennie na dwie zmiany przez ponad 12 godzin.
Więźniowie byli źle odżywiani, panowały fatalne warunki sanitarne.
Dochodziło do zabójstw więźniów w obozie. Szczególnie duża liczba ofiar
była w czasie ewakuacji obozu w kwietniu 1945"
11 kwietnia 1945, niespełna miesiąc przed niemiecką
kapitulacją Amerykanie dotarli do KL Buchenwald w Ettersbergu koło Weimaru
(Turyngia). Obóz był gigantyczny, pierwotnie 46-hektarowy.
Zygmunt dożył wyzwolenia.
Na ponad 20 tys. więźniów przebywających 16 kwietnia 1945 w obozie było
3800 Polaków, 4380 Rosjan, 1240 Węgrów, 324 Holendrów, 1800 Niemców i
inni. Jak podaje raport Głównej Kwatery Alianckiej do departamentu wojny USA była to elita inteligencji i sił kierowniczych Europy, a także elementy demokratyczne oraz niemieccy wrogowie nazizmu i członkowie ich rodzin. 2/Żródło E.Polak "Dziennik buchenwaldzki"
Zygmunt Wiewiórkowski, polski oficer, wiezień Auschwitz i Buchenwaldu nr 48034
Konzentrationslager Buchenwald, Konzentrationslager Buchenwald/Post
Weimar (KL Buchenwald, KZ Buchenwald), z początku nazywany
Konzentrationslager Ettersberg – niemiecki obóz koncentracyjny założony w
Ettersberg w pobliżu Weimaru (Turyngia, Niemcy). Funkcjonował od lipca
1937 do końca wojny. Wyzwolony
11 kwietnia 1945.
Z obozu zachował się jeden list Zygmunta do matki Leokadii.
Zygmunt Wiewiórkowski, list z KL Buchenwald, numer więźnia 48034, Block 55, rok 1944
Konzentrationslager Buchenwald, Konzentrationslager Buchenwald/Post
Weimar (KL Buchenwald, KZ Buchenwald), z początku nazywany
Konzentrationslager Ettersberg – niemiecki obóz koncentracyjny założony w
Ettersberg w pobliżu Weimaru (Turyngia, Niemcy). Funkcjonował od lipca
1937 do końca wojny.
Kochana mamo i rodzeństwo! Czuję się całkiem dobrze. List i dwie paczki nr.1 i nr. 2 otrzymałem.
Mają wszystko, czego tutaj koniecznie potrzebuję. Mogę pisać tylko raz w
miesiącu, ale wy możecie częściej pisać, ponieważ wszystko, co mnie z
wami łączy to są słowa. Od Heli (siostra)w końcu dostałem list. Moje
myśli są coraz częściej z wami i mam nadzieję, że przybędę aby was
zobaczyć. Pozdrowienia dla dzieci, rodziny, Feli i Gieni ( koleżanki -
rówieśniczki Zygmunta, przypisek autorki), cioci Janki i rodziny Budnik.
Dzisiaj otrzymałem list z 5 czerwca. W międzyczasie przyjdzie pewnie
paczka. Cieszy mnie, że dzieci dobrze się uczą. (dzieci Heleny - siostry,
przyp. autorki) Chciałbym zobaczyć zdjęcia koleżanek. Mam prośbę do Erny (
szwagierka- żona najstarszego brata, Stanisława, Niemka, z jej pomocą
pisano listy, ponieważ listy docierające do obozów musiały być w języku
niemieckim, inaczej nie przeszłyby przez obozową cenzurę, przypisek
autorki)
W Buchenwaldzie Zygmunt został osadzony w bloku 55. Zdjęcie ukazuje uliczkę w obozie, z prawej siedzą uwolnieni jeńcy, z
lewej blok 61 a na pierwszym planie z prawej blok 55, za nim blok
56.Cała seria zdjęć z obozu została wykonana po wyzwoleniu w 1945.
W Buchenwaldzie Zygmunt został osadzony w bloku 55. Pierwszy z prawej
Na bramie obozu wisiał napis: "Jedem das Seine”- Każdemu to, co mu się należy. W KL Buchenwald od 1937 do 1945 przebywało łącznie ok. 250 tys. osób ze
wszystkich krajów Europy, liczbę ofiar szacuje się na 56 tys.
Zygmunta osadzono w tzw."małym obozie", gdzie baraki były drewniane, a warunki gorsze niż w barakach murowanych.
Na północnym skraju obozu jenieckiego SS ustanowiono strefę "Kleine Lager", pod koniec 1942 r. Każdy
z 12 drewnianych baraków zrobionych z dawnych stajni dla koni miał
czterdzieści metrów długości i prawie dziesięć metrów szerokości. Wewnątrz nie było urządzeń sanitarnych ani łóżek
Oddzielono go od obozu głównego drutem kolczastym.
Deportowani ze wszystkich okupowanych przez Niemcy krajów przebywali w
małym obozie przez kilka tygodni, zanim zostali wysłani do podobozów
Wraz z nadejściem masowych transportów z Auschwitz, Groß-Rosen i innych
obozów na wschodzie 1944/45 r. mały obóz stał się miejscem śmierci i
umartwienia zamieszkujących go więźniów.
Byłam w Buchenwaldzie w 1996, nikt nie wspominał o reliktach małego obozu i nie miałam pojęcia o jego istnieniu.
Dopiero po 1990 roku wykonano prace archeologiczne i odkryto pozostałości małego obozu.
Zwiedzający Weimar zwykle podziwiają twórczość Goethego, który mieszkał tam w latach 1775–1832. Miasto było jednym z centrów niemieckiego oświecenia,
mieszkały w nim czołowe postacie gatunku literackiego zwanego klasyką
weimarską. Az ciarki przechodzą, że w mieście Goethego, usytuowano obóz, w którym zamordowano tylu ludzi. Fundamentalną dla poznania historii KL Buchenwald jest książka Dziennik buchenwaldzki Edmunda Polaka
Tzw."mały obóz".
Miejsce pobytu dla tysięcy.
To, co czytałam we wspomnieniach obozowych więźniów Buchenwaldu, daje
podstawy by sądzić, że i Zygmuntowi pewnie nie raz wydawało się, że to
już jego koniec, że nadchodzi kres
życia, że dalej nie da rady. A jednak doczekał
wyzwolenia i wrócił do rodziny. Dwa lata wyryły jednak swoje. Ból, głód,
tęsknota, choroby - towarzyszyły mu wiernie dzień po dniu. Nie raz
brakło sił, nadeszło zwątpienie, ale był młody, ciągle była nadzieja na koniec koszmaru, miał dla kogo żyć. Miał dopiero 28 lat. W domu, w Opatówku została jego matka Leokadia, z braci żył jeszcze
tylko Janek i Stanisław. Marian już zginął w KL Mauthausen Gusen,
podobnie jak szwagier Zygmunt Gadzinowski. Niedługo zachoruje i osieroci
swoje dzieci - Leszka i Teresę siostra Helena. Zmarł ojciec Stanisław
Wiewiórkowski.
W domu czekała matka i mała siostra Zosia i dzieci, sieroty po Marianie, a niebawem i po Helenie.
Śmiertelnie chory i wycieńczony chorobami obozowymi wyjechał na ziemie
zachodnie, do Żar, poszukując pracy, a po piętach deptała mu UB. Tam poznał swoją żonę. Jednak stan zdrowia ciągle
się pogarszał. Zmarł na rękach matki, pielęgnowany przez Nią, w
13.01.1948 roku. Osierocił jedyną córkę Bożenę.
Zygmunt spoczął w rodzinnym grobowcu, na cmentarzu w Opatówku wraz z cała swoją najbliższą rodziną. Z braćmi: Janem Wiewiórkowskim, żołnierzem 34 Eskadry Armii Poznań, Marianem
Wiewiórkowskim, naczelnikiem pocztowym w Opatówku, zamordowanym przez Niemców w
Mauthausen Gusen w
1941r., siostrą Heleną i
jej
mężem Zygmuntem Gadzinowskim, przedwojennym sekretarzem gminy Lisków zamordowanym
w Mauthausen Gusen w 1941r., bratem Stanisław
oraz ze swoimi rodzicami: Stanisławem i Leokadią Wiewiórkowskimi.
Rodzinny grobowiec Wiewiórkowskich w Opatówku
Na rozkaz generała armii USA, która zajęła Weimar, burmistrz tego
miasta zarządził, aby co najmniej 1000 mieszkańców udało się na teren KL
Buchenwald, aby zobaczyć co tam się działo. W języku niemieckim
przygotowano ulotkę dla zwiedzających. Polecano zwiedzić szczególną
uwagę na kozioł do wymierzania kary chłosty i dziedziniec za stosami
ciał, na blok nr 46 na kamieniołomy, na "mały obóz". Obóz odwiedziło ok.
2000 tys. mieszkańców Weimaru. Komendantem obozu był Karl Otto Koch.
Jego żona Ilse Koch
była główną nadzorczynię obozu kobiecego, której podlegały wszystkie
strażniczki ze służb pomocniczych SS.
Przez więźniów była nazywana „Suką z Buchenwaldu” lub „Wiedźmą z
Buchenwaldu”. Więźniowie zeznawali po wojnie, iż Ilse Koch osobiście
wybierała więźniów z „ciekawymi” tatuażami, po czym nakazywała
wyrabianie rękawiczek, torebek, opraw książek i abażurów z ludzkiej
skóry (z tego względu zyskała także przydomek „Ilsa-Abażur”
O procesie załogi Buchenwaldu można przeczytać tutaj: Proces załogi Buchenwaldu (US vs. Jozjasz, książę Waldecku i Pyrmontu i inni)
JAN WIEWIÓRKOWSKI (1915-1979)
Jan Wiewiórkowski urodził się w Opatówku 14.04.1915r. w rodzinie
Stanisława Wiewiórkowskiego i Leokadii z domu Sowa, jako jedno z
sześciorga dzieci.
Uczęszczał
do szkoły podstawowej w Opatówku, naukę kontynuował w Kaliszu w Szkole
Handlowej, którą ukończył w 1935r. na prawach dużej matury. W tym samym roku zaczął pracę w Zarządzie Gminy Lisków.
W 1937 roku został powołany do wojska, wcielony do 3-go Pułku Lotniczego w Poznaniu.
We wrześniu 1939 znalazł się w 34 Eskadrze Rozpoznawczej Armii Poznań.
Jan Wiewiórkowski
3
września 1939 roku samolot PZL.23B Karaś w obsadzie kpr. pilot
Orlikowski, por.obs. Sławomirski, kpr. strz. Wiewiórkowski wykonywał lot
rozpoznawczy w rejonie Żmigrodu-Milicza. PZL.23B Karaś ostrzelał
dostrzeżoną kolumnę niemieckiej podczas niskiego lotu koszącego,
powodując starty i panikę w siłach wroga.
Podczas
dalszego lotu, nad kompleksem leśnym w rejonie Brzezin na płd.
wschód od Kalisza samolot otrzymał serie pocisków w płaty i kadłub z ckm
umieszczonego na niemieckim stanowisku
przeciwlotniczym Samolot ze strzelcem Janem Wiewiórkowskim
na pokładzie otrzymał serię i zapalił się. Kapral Jan Wiewiórkowski
został ciężko ranny.
Z pola walki został zabrany przez Niemców do
szpitala, a potem do obozu jeńców wojennych w Łambinowicach, w którym
przebywał do 1943r.
Powrócił
do Opatówka, gdzie podjął pracę w Zarządzie Gminy, jako pracownik
umysłowy. W 1946r. był pracownikiem Centrali Ogrodniczej w Kaliszu. W
1947 r. został powołany do organizacji Państwowego Domu Towarowego w
Kaliszu jako dyrektor ds.handlowych. Od 1952 pełnił funkcje kierownicze w
Państwowej Spółdzielni Spożywców, Gminnej Spółdzielni Samopomoc
Chłopska i innych placówkach handlowych.
W 1974 r. ze względu na pogarszający się stan zdrowia odszedł na rentę inwalidzką. Zmarł w 1979 i został pochowany na cmentarzu w Opatówku.
Jan Wiewiórkowski, dyr. ds. handlowych
Państwowego Domu Towarowego w
Kaliszu
Jan Wiewiórkowski spoczął na cmentarzu w Opatówku wraz ze swoimi braćmi:
Marianem Wiewiórkowskim zamordowanym przez Niemców w Mauthausen Gusen w
1941r., bratem Zygmuntem, zamęczonym w Ąuschwitz, siostrą Heleną i jej
mężem Zygmuntem Gadzinowskim zamordowanym w Mauthausen Gusen w 1941r.
oraz ze swoimi rodzicami: Stanisławem i Leokadią Wiewiórkowskimi.
MARIAN WIEWIÓRKOWSKI (1910-1941)
Kolejny syn Leokadii. Mój dziadek. To zdjęcie przedstawia klasę mojego dziadka Mariana Wiewiórkowskiego w 1926 roku.
Był
uczniem Szkoły Handlowej, późniejszego Gimnazjum im. T. Kościuszki w Kaliszu. To zdjęcie
znalazłam w bogatym rodzinnym archiwum.
Szkoła Handlowa w Kaliszu, obecnie liceum Kościuszki
Uczniowie Szkoły Handlowej w Kaliszu około roku 1926.
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to elegancja w ubiorze nauczycieli i uczniów.
W
latach 20-30 tych chodzenie do szkoły nie było oczywistością. Wielu
ludzi nie było stać na posłanie dzieci do szkół. Olbrzymia ilość dzieci
nie kończyła nawet szkoły powszechnej.
Po odzyskaniu niepodległości przez II Rzeczpospolitą kluczową sprawą
było wprowadzenie obowiązku szkolnego na poziomie szkolnictwa
podstawowego, powszechnego. Programy nauczania podporządkowano potrzebom
odradzającej się Polski naznaczonej długim okresem wynaradawiania przez
zaborców. Cechą charakterystyczną II Rzeczpospolitej, było ogromne
zróżnicowanie poziomu wykształcenia. Spis powszechny z 1921 roku
wykazał, że 33 procent ogółu obywateli polskich było analfabetami.
Marian Wiewiórkowski, born in 1910, was a student at the Commerce School in Kalisz around 1926. He is the second from the left in the back row.
Moi dziadkowie przyszli na świat w II Rzeczypospolitej. Nie trwała długo, bo były to tylko lata 1918–1945.
Przed odrodzonym państwem stanęły poważne wyzwania. Należało stworzyć
polską armię, która mogłaby skutecznie walczyć o kształt granic i
stworzyć jeden ośrodek władzy. Palącym problemem była kwestia
opuszczenia ziem polskich przez armię niemiecką.
Jacy byli wówczas Polacy i Polska?
Był to zlepek terenów porozbiorowych poddawany przez studwudziestoletni
okres zaborów germanizacji i rusyfikacji. Na obszarze kraju obowiązywało
5 walut, 5 systemów administracji, 3 języki w armii, w sądownictwie
obowiązywały 4 kodeksy karne, panował bałagan w bankowości.
Bardzo ważne było uczynienie z tego zlepka jedności, narodu, wspólnoty. Ważne było wychowanie i edukacja.
Istotna była rola i pozycja nauczyciela. Była to ceniona posada. Wykwalifikowany nauczyciel np. gimnazjum otrzymywał pensję w wysokości
równej wynagrodzeniu starszego inspektora Policji Państwowej lub
pułkownika Wojska Polskiego. Niestety po
wojnie w kwestii nauczycieli sporo się zmieniło. Władze komunistyczne
powoli zwalczały pewne przyzwyczajenia Polaków. W czasach PRL większymi
przywilejami i uposażeniem cieszyła się klasa robotnicza, to spowodowało pauperyzację zawodu nauczyciela, oświata
została podporządkowana do celów politycznych. Osłabiło to bardzo
pozycję nauczyciela w społeczeństwie i tak trwa do dzisiaj.
Marian Wiewiórkowski, uczeń Szkoły Handlowej w Kaliszu ok.1926 r.
W czasach uczniowskich i późniejszych dziadek był członkiem Towarzystwa Gimnastycznego
„Sokół” - najstarszej polskiej organizacji łączącej cele niepodległościowe z
działalnością sportową i wychowawczą, obchodzącą niedawno swoje 130-lecie.
Idea
sokola, hasła i praca wychowawczo-sportowa przyciągała szerokie rzesze
młodzieży polskiej w okresie międzywojennym, budząc też zainteresowanie
mojego dziadka.
W pracy z młodzieżą podkreślano potrzebę pracy nad sobą, łączności i braterstwa, karności, czyli tego wszystkiego, co" wedle pojęć sokolich nazywa się zdrowiem".
Członkowie Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół" 1930r.
Nie
zaniedbywano też szkolnictwa średniego, ponieważ uznano, że
najważniejszą kwestią jest utworzenie matecznika przyszłej elity
intelektualnej kraju. Naukę w szkole średniej podzielono na dwa szczeble
programowe: pięcioletni o charakterze przygotowawczym oraz pięcioletni
tzw. systematyczny. Pierwszy nazwano gimnazjum niższym, drugi gimnazjum
wyższym. Tygodniowy wymiar nauki w szkole średniej wynosił ok.32 godzin.
Nauczyciele mieli stosować heurezę. I był to chyba jedyny czas w
polskiej oświacie, kiedy nie naginano programów nauczania ideologicznie i
propagandowo.
Wydatki na oświatę do czasów wielkiego kryzysu ciągle rosły i w 1928
roku wynosiły ponad 15 procent budżetu państwa, co stawiało ją w
czołówce krajów europejskich.
Mój dziadek ma na tym zdjęciu około 20 lat
Regulamin ZTG „Sokół” z 1929 r. określił i wprowadził jednolity mundur
sokoli w Polsce. Jak widać na zdjęciu składał się on ze spodni wpuszczonych do butów z
cholewami, krótkiej szamerowanej kurtki (z możliwością noszenia na
jednym ramieniu), amarantowej koszuli oraz czapki rogatywki z piórem
sokolim.
Niektórzy członkowie opatowskiego Sokoła posiadają regulaminowe mundury zarzucone na jedno ramię.
W 1932 roku odbył służbę wojskową w Chełmie Lubelskim.W Chełmie stacjonował 7 Pułk Piechoty Legionów i 2 Pułk Artylerii Ciężkiej.
M.Wiewiórkowski stoi w środku, zasadnicza służba w Chełmie Lubelskim
Marianowi Wiewiórkowskiemu powierzono funkcję naczelnika poczty w grudniu 1937 roku.
Na zdjęciu poniżej widać jak pięknie prezentowały się przedwojenne mundury pocztowców. Przypominały mundury wojskowe.
pracownicy poczty, Marian Wiewiórkowski siedzi drugi z lewej
Próbuję wyobrazić sobie nastrój tamtych przedwojennych dni, zbliżającej się wojny, gdy na młodego człowieka spadła tak dużą odpowiedzialność.
W przeddzień jej wybuchu na pewno miał dużo pracy. Świadczy o tym ten krótki komunikat wydany przez Prezydenta miasta Kalisza inż. I.Bujnickiego wydany w dniu 31 sierpnia.1939, który ukazał się w lokalnej gazecie, w Gazecie Kaliskiej R.47, nr 240 (31 sierpnia 1939) Prezydent prosi mieszkańców, żeby korzystali z rozmów telefonicznych tylko w szczególnych przypadkach, ponieważ personel jest przeciążony z powodu nawału pracy. To że zbliża się wojna mieszkańcy wiedzieli już z gazet: "Rzesza niemiecka prowadzi od szeregu miesięcy agresywną politykę w stosunku do Rzeczypospolitej. Ostatnie działania na terytorium Wolnego Miasta zwrócone przeciw niezaprzeczalnym prawom i interesom Rzeczypospolitej oraz jawne pretensje terytorialne Niemiec wobec państwa polskiego nie pozostawiają wątpliwości, że istnieje zagrożenie Rzeczypospolitej" Gazeta Kaliska, czwartek 31 sierpnia 1939r.
Centrale telefoniczne nie były wówczas elektroniczne lecz ręczne.
Na zdjęciu dziadek przy centrali telefonicznej w Opatówku w mundurze pocztowca.
Syn Leokadii, Marian Wiewiórkowski, mój dziadek, siedzi w środku
w otoczeniu współpracowników, poczta Opatówek
Pytałam babcię dlaczego oni, ludzie wykształceni i światli, mający środki po temu nie wsiedli na statek i nie popłynęli np do Stanów? Babcia Maria odpowiedziała, że dziadek nawet w chwili aresztowania powiedział: Marysiu, ja za parę tygodni wrócę, bo my damy Niemcom łupnia ! Wierzyli propagandzie.
Wiele osób nie było do końca świadomych, że polskie wojsko jest znacznie
słabiej uzbrojone niż niemieckie.
Z jednej strony uspokajano ludność komunikatami o podpisanych sojuszach, a z drugiej przybywało szkoleń obrony przeciwlotniczej czy zajęć prowadzonych przez
Polski Czerwony Krzyż, z których chętnie korzystano. Jeszcze mocniej
niż wcześniej władze RP propagowały ideę „narodu z armią, armii z
narodem”, a wyrazem tego była m.in. działalność Funduszu Obrony
Narodowej (przyjmowano pieniądze, nieruchomości, kosztowności, a nawet –
zboże) czy Funduszu Obrony Morskiej, przeznaczonego na rozbudowę
Marynarki Wojennej. Kupowano dodatkowy sprzęt dla wojska. Mieszkańcy Opatówka i cała rodzina Wiewiórkowskich aktywnie uczestniczyła w tych zbiórkach.
"Wiadomości Gminne" Nr 5 (575) / 2009 cytują wspomnienia mieszkańców
Opatówka.
(...) "30 marca 1939 r. odbyło się zebranie wszystkich organizacji i
mieszkańców Opatówka w celu omówienia pożyczki na dozbrojenie polskiej
armii. Tego dnia pierwsze ofiary pieniężne złożyła Akcja Katolicka
Kobiet, drużyna harcerek pozaszkolnych i Ognisko Kolejowego
Przysposobienia Wojskowego. 13 kwietnia powstał Komitet Pożyczki
Przeciwlotniczej, którego przewodniczącym zostali ks. Piotr Kotarski -
proboszcz parafii Opatówek, sekretarzem Kazimierz Sieradzan i
skarbnikiem wójt gminy Józef Raszewski. Komitet przyjął normy pożyczki
dla wszystkich warstw społecznych w gminie Opatówek: dla rolnictwa,
przemysłu, nieruchomo ci, handlu i pracowników umysłowych. Od tej pory
notowane były wpłaty na Pożyczki Lotnicze i Fundusz Obrony Narodowej
(F.O.N.) oraz dobrowolne ofiary na dozbrojenie polskiej armii. Wpłaty
pochodziły od organizacji i od indywidualnych osób, także Żydów
mieszkających w Opatówku. Nauczyciele z gminy Opatówek wpłacili 1260 zł,
pracownicy PKP - 800 zł, pracownicy poczty - 340 zł, właściciel majątku
w Opatówku Konrad Wünsche - 5000 zł, Zofia Chrystowska ( żona
przedwojennego właściciela pałacu w Tłokini Kościelnej)- 2000 zł, Bolesław Szaliński /mój pradziadek/zadeklarował cały swój majątek wartości 15000 zł na rzecz Armii Polskiej, gdyby zaszła taka potrzeba".
2 sierpnia Wielka Brytania przyznała Polsce pożyczkę na wypadek wojny. Dwa
tygodnie później (17 sierpnia) także Republika Francuska udzieliła
Polsce pożyczki na zakup materiałów i surowców w wysokości 430 mln
franków (66 mln zł). Władze RP wiedziały, że trzeba zadbać o zaopatrzenie i rezerwy z
racji prawdopodobnego konfliktu. Polska prasa i radio nie mówiły jednak
regularnie np. o tym, że Francuzi budują schrony. Nikt nie chciał „siać
defetyzmu” w kraju. Nawet jeśli niepokojących wieści z Niemiec w
polskich gazetach i tak było coraz więcej.
13 sierpnia zarządzono częściową mobilizację alarmową rezerwistów
Wojska Polskiego, tego samego dnia Marszałek Edward Rydz–Śmigły
zmobilizował dwie dywizje piechoty, które skierowano w rejon Bydgoszczy.
Korpus interwencyjny pod dowództwem gen. Skwarczyńskiego miał wkroczyć
do Wolnego Miasta Gdańska na wypadek niemieckiego ataku.
Polskie władze odrzuciły także w tym czasie „ofertę” Związku Sowieckiego
w sprawie wejścia jego wojska na teren naszego kraju w przypadku
wybuchu wojny. Kilka dni później niemiecka policja na Śląsku opieczętowuje polskie
biblioteki i drukarnie, a po 20 sierpnia w wielu miastach Polski
mieszkańcy kopią rowy przeciwlotnicze, by cywile na ulicach mieli gdzie
się chronić w razie nalotu.
"Kopiemy rowy" Gazeta Kaliska 31 sierpnia 1939
Wezwał do tego m.in. prezydent Warszawy
Stefan Starzyński. Jak czytamy w relacjach z tego czasu, „do prac
stanęli mężczyźni, kobiety i dzieci, ludzie wszystkich stanów i zawodów.
Uderzała zwłaszcza olbrzymia ilość kandydatów spośród młodzieży. Wielu
stanęło do pracy z własnymi kilofami i łopatami”.
30 sierpnia trzy najcenniejsze okręty Polskiej Marynarki Wojennej ORP
„Błyskawica”, „Grom” i „Burza” dostały rozkaz natychmiastowego wyjścia w
morze. Odpłynęły do Wielkiej Brytanii. Wojna była tuż tuż.
Ludność polska, zarówno na terytorium związanym z III Rzeszą, jak i w
Generalnym Gubernatorstwie znajdowała się w bardzo trudnej sytuacji od
pierwszych dni wojny.
Polityka okupanta niemieckiego była skierowana przede wszystkim na
zniszczenie intelektualnej i wiodącej elity narodu polskiego, a
następnie na zniewolenie, maksymalne wyzyskiwanie i germanizację
polskiego społeczeństwa. Terror był powszechny. Egzekucje, deportacje,
aresztowania, deportacje do obozów koncentracyjnych, naloty uliczne były
integralną częścią codziennego życia Polaków w latach wojny. W miastach
zarządzono racjonowanie żywności. Racje żywnościowe pokrywały około
jednej trzeciej dziennego zapotrzebowania człowieka. Na wsi istniały
kontyngenty - stałe obowiązkowe dostawy niektórych ilości wybranych
produktów rolnych (z powodu nieprzestrzegania chłopi musieli ponieść
ciężkie represje, w tym karę śmierci). Zmniejszenie realnej wartości
pieniądza i trudności w znalezieniu zatrudnienia były przyczyną ubóstwa
dla większości Polaków i stresu codziennego życia związanego z podażą
podstawowych produktów. Najeźdźca ograniczył także dostęp do opieki
medycznej.
Od września 1939r. każdemu napotkanemu Niemcowi w uniformie Polak musiał
się ukłonić i ustąpić miejsca na chodniku. Uniformy nosiło wielu
Niemców, również cywili, istniały rożne uniformy partyjne. Polak, który
tego nie uczynił był bity, a czasami więziony.
W sklepach Niemcy mieli pierwszeństwo w obsłudze. Wszyscy Polacy
otrzymywali niższe przydziały żywności niż Niemcy, a dokładnie tylko
połowę z tego. Jeżeli Niemcowi wg. kartki żywnościowej przysługiwało na
tydzień 250 gram masła lub margaryny, to Polakowi wyłącznie 125 gram
margaryny.
Racje żywnościowe pokrywały jedynie ok.45 procent dziennego
zapotrzebowania człowieka. Polacy nie mogli dokonywać uboju zwierząt,
ani nawet posiadać mięsa.
Moja babcia Maria Wiewiórkowska opowiedziała mi, że pewnego razu
otrzymała kawałek mięsa dla siebie i dzieci. W tym momencie zapukali
żandarmi. Babcia, zachowując przytomność umysłu, wrzuciła płat mięsa do
nocnika, na którym posadziła roczną córkę. Modliła się, żeby tylko
dziecko nie wstało. Za taką „zbrodnię” Niemcy stawiali pod ścianą. Dla
Polaka niebezpieczeństwo czyhało na każdym kroku, do obozu można było
trafić z dnia na dzień.
Od 1941 roku Polacy nie mogli otrzymywać butów ani odzieży. Napędzało to rozwój czarnego rynku, co było oczywiście srogo karane.
W Opatówku, w centrum miasteczka znajdowały się stodoły, w których
Niemcy urządzili magazyny z odzieżą wysyłaną na front. Mieszkańcy
Opatówka czasami handlowali z pilnującymi magazynów żołnierzami tzw.
”własowcami”. Jedna z mieszkanek umówiona była właśnie na taki handel.
Niestety zaistniało jakieś nieporozumienie. Słyszałam wersję z dwóch
źródeł. Jedno mówi, że w tym czasie zmieniła się warta i pilnujący
wartownik uznał skradającą się osobą za osobę usiłującą coś ukraść, a
druga wersja mówi, że wartownik nie była sam w tym momencie miał jakąś
kontrole i musiał się wykazać. W każdym bądź razie kobieta została
postrzelona i zmarła.
W 1939 r. podobnie jak inni mieszkańcy Opatówka, ciężarną żonę z malutkim dzieckiem zapakował na wóz i wyruszył w drogę na wschód do Warszawy.
Niekończące się kolumny uciekinierów z Kalisza i całej Wielkopolski utrudniały ruchy polskiego wojska i były łatwym celem dla niemieckich bomb i strzelców pokładowych niemieckich samolotów. Największe masakry uciekinierów miały miejsce w okolicach Uniejowa i Łęczycy(..) Za: Wrzesień 1939 r. w Opatówku, Jadwiga Miluśka-Stasiak.
Babcia też wspominała bombardowanie w drodze, ostrzał z myśliwców, skok do rzeki, który uratował jej życie. Zapamiętałam jeszcze, że dziecku dawała do ssania kostkę cukru przez płótno, żeby na dłużej starczyło i żeby nie płakało.
MARIA
Urodziła się w Noskowie/ dzielnica Kalisza/ 10.04.1915 roku w rodzinie Ludwika Semperskiego i Józefy z Rupotackich.
Była ich jedynym dzieckiem. Młodość Marii przypadła na lata wolnej Polski - II Rzeczypospolitej. Jej rodzice byli restauratorami, w 1934 roku zakupili w Opatówku kamienicę państwa Ordzińskich przy Placu Wolności 10, z zamiarem kontynuowania działalności restauratorskiej.
1934r. - Józefa Szalińska de domo Rupotacka, secundo voto Semperska z
córką Marią Wiewiórkowską, późniejszą długoletnią nauczycielką szkoły i mężem Bolesławem.
Mama Marii Józefa Szalińska de domo Rupotacka (1890-74) była osobą bardzo energiczną i pracowitą. Dzisiaj powiedzielibyśmy "kobietą biznesu".
Przedwojenne pokolenia nie znały ZUS-u, emerytur ani żadnego innego systemu
ubezpieczeń, więc pracowało się bez świąt i wolnych sobót do późnej
starości, odkładając grosz do grosza i żyło później z oszczędności lub
pozostając na utrzymaniu dzieci.
Józefa po tragicznej
śmierci pierwszego męża poślubiła Bolesława Szalińskiego. Zajmowali się
prowadzeniem restauracji w Kaliszu na ul.Franciszkańskiej, a później w
Opatówku.
Zdjęcie ukazuje całą rodzinę być może w roku zakupu kamienicy
tj. 1934r. - Józefa Szalińska de domo Rupotacka, secundo voto Semperska z
córką Marią Wiewiórkowską, późniejszą długoletnią nauczycielką szkoły i mężem Bolesławem.
Na zdjęciu poniżej Maria /pierwsza z prawej/ trzyma pod rękę swoją mamę Józefę.
Maria spędziła w Kaliszu młodość, ukończyła Państwowe
Gimnazjum im.Anny Jagiellonki. Często wspominała szkołę, koleżanki i
psikusy, jakie robiło się nauczycielom. Na kolejnym zdjęciu Maria z koleżankami.
Kalisza. Lata 30-te./zbiory własne.Moja babcia i prababcia
na zdjęciu z lat trzydziestych.
"Jagiellonki" czyli uczennice Państwowego Gimnazjum im. A.Jagiellonki w Kaliszu. Rok ok 1935/ zbiory własne
Po odzyskaniu niepodległości przez II Rzeczpospolitą kluczową sprawą
było wprowadzenie obowiązku szkolnego na poziomie szkolnictwa
podstawowego, powszechnego. Programy nauczania podporządkowano potrzebom
odradzającej się Polski naznaczonej długim okresem wynaradawiania przez
zaborców. Cechą charakterystyczną II Rzeczpospolitej, było ogromne
zróżnicowanie poziomu wykształcenia. Spis powszechny z 1921 roku
wykazał, że 33 procent ogółu obywateli polskich było analfabetami.
Nie zaniedbywano też szkolnictwa średniego, ponieważ uznano, że
najważniejszą kwestią jest utworzenie matecznika przyszłej elity
intelektualnej kraju. Naukę w szkole średniej podzielono na dwa szczeble
programowe: pięcioletni o charakterze przygotowawczym oraz pięcioletni
tzw. systematyczny. Pierwszy nazwano gimnazjum niższym, drugi gimnazjum
wyższym. Tygodniowy wymiar nauki w szkole średniej wynosił ok.32 godzin.
Nauczyciele mieli stosować heurezę.
Wydatki na oświatę do czasów wielkiego kryzysu ciągle rosły i w 1928
roku wynosiły ponad 15 procent budżetu państwa, co stawiało ją w
czołówce krajów europejskich. Kryzys roku 1929 spowodował obniżenie
dotacji, co mocno odbiło się na oświacie.
świadectwo gimnazjum im. Anny Jagiellonki 1935 rok / zbiory własne
W domowym archiwum zachowało się świadectwo dojrzałości mojej babci i
świadczy o zdaniu końcowych egzaminów. Zdanie tzw. dużej matury dawało
możliwość pracy w administracji na wyższych szczeblach oraz
kontynuowanie nauki w szkołach wyższych.
Funkcjonowały dwa rodzaje szkół: o podstawie matematyczno-przyrodniczej i
humanistycznej.Moja babcia ukończyła, jak widać z listy przedmiotów, to
o kierunku matematycznym.
Przedwojenny egzamin maturalnym nie był łatwy, a nauczyciele nie
wykazywali zrozumienia dla jakichkolwiek braków wiedzy. Tematy egzaminów
były bardzo trudne, a egzamin ustny wymagał żelaznych nerwów, trwał
bowiem przeszło godzinę.W spisie lektur szkolnych dawnego gimnazjum
znajdowali się tacy twórcy jak: Corneille, Racine, Molier, Goethe. I to w
oryginale. Babcia biegle posługiwała się francuskim.Niektórzy uważają,
że osoba, która zdała maturę przed '39 rokiem mogła równać się pod
względem posiadanej wiedzy z dzisiejszym magistrem.
Dawna matura zdaniem historyków i pedagogów współczesnych dawała pełną
wiedze o świecie i wymagała udowodnienia posiadanych wiadomości nie
tylko w 30% zakresie jak to jest dziś.
Odpowiedzi na pytania maturalne wymagały umiejętności samodzielnego myślenia.
Elitarność przedwojennego egzaminu wynikała też z małej liczby uczniów
uczęszczających do szkól. Dynamicznie rozwijały się szkoły żeńskie,
dzięki czemu kobiety mogły się kształcić.
Kalisz, Jagiellonki, 1935r.Absolwentki.
Kalisz, Jagiellonki, 1935, podpisy na odwrocie zdjęcia, Marianna Semperska
Posada nauczyciela była ceniona w okresie II Rzeczypospolitej jako
dająca stałe zatrudnianie i dochody. Wykwalifikowany nauczyciel
gimnazjum otrzymywał pensję w wysokości równej wynagrodzeniu starszego
inspektora Policji Państwowej lub pułkownika Wojska Polskiego.
Studia wyższe babcia kontynuowała już po wojnie, została nauczycielką.
Maria Wiewiórkowska pierwsza z lewej. Lata 1926-34/ zbiory własne
To pokolenie bardzo brutalnie zostanie potraktowane przez historię.
Babcia często wspominała szkołę, koleżanki, wiele z nich nie przeżyło
wojny, zwykle przy tym płakała.
Lata 30-te to czas tworzenia systemu szkół, radia, prasy, kultu
literatury oraz czerpania pełnymi garściami z życia towarzyskiego. Moja
babcia /na zdjęciu po prawej/ została nauczycielką i po wojnie
likwidowała analfabetyzm.
LATA DWUDZIESTE, LATA TRZYDZIESTE...
Zarówno babcia jak i prababcia słynęły z dbałości o strój. Ludzie byli
wówczas dość mobilni, rodzina podróżowała, wyjeżdżano do Zakopanego, do
Warszawy, do "wód".
Zdjęcie poniżej ukazuje trendy lat 30-tych, popularne były małe
bereciki oraz toczki, które ozdabiano kwiatkami i woalką, najczęściej
nosiło się je na bakier. Wielka szkoda, że te zdjęcia są czarno-białe,
nie pokazują bowiem kolorów, a w tamtych czasach kobiety nie bały się
odważnych barw. Do mody weszły kołnierze zrobione z futra, które noszone
były do żakietu, a także eleganckie futrzane peleryny, które zakładano
do sukienek. Obowiązkowy dodatek to sztuczne kwiaty, które wpinano do
każdego rodzaju stroju. Jak widać dbano o elegancję, o schludny makijaż,
fryzurę. O szyk.
Wśród popularnych stylizacji najmodniejsza była „na chłopczycę”, która
odznaczała się krótko ściętymi włosami, maskowaniem biustu oraz
opuszczeniem tali sukienki na biodra, aby zlikwidować wcięcie w pasie.
Charakterystycznymi dodatkami były małe kapelusze tzw. kaski wzorowane
na wojskowych hełmach. Były mocno naciągane na oczy oraz przylegały do
głowy.
Najważniejszym elementem zimowego odzienia było ciepłe futro. Moja babcia i prababcia na zdjęciu poniżej.
Kalisz/ Moda lat 30-tych. Babcia i prababcia.
Czasami mówiła, że człowiek jest za biedny, żeby kupować byle
co. Dlatego zawsze kupowała dobre materiały, buty zamawiała u szewca. W
tamtych czasach porządne odzienie było czymś w rodzaju lokaty kapitału.
Wówczas handlem futrami zajmował się ojciec kaliskiego podróżnika Stefana Szolc-Rogozińskiego. Za porządne futro żądał 150 rubli srebrem, tyle
zarabiał rocznie nauczyciel.Może babcia tam kupowała futra?
W latach 30. fasony damskich strojów były bardzo kobiece. Zaczęto
podkreślać ramiona, biust, wcięcie w talii. Stąd suknie zyskały
dopasowaną górę, pasek w talii i rozkloszowaną spódnicę, sięgającą do
połowy łydek. Stroje popołudniowe szyto z kwiecistych, cienkich tkanin,
takich jak żorżeta czy jedwab.
Kalisz, lata 30- te. Uczennice "Jagiellonek". Ulica. Park
Zdjęcie, które przedstawiam powyżej to bezcenne fotostory z lat trzydziestych z kaliskiej ulicy.
Dużo rzeczy panie robiły własnoręcznie. Babcia umiała robić na szydełku, drutach, maszynie. Wyczarowywała piękne rzeczy.
MARIANNA I MARIAN NA ŚLUBNYM KOBIERCU
ZACZĘŁO SIĘ W OPATÓWKU...
24 kwietnia 1938 Marianna Semperska, córka Ludwika oraz Józefy z Rupotackich roku młoda para staje na ślubnym kobiercu. Panna młoda ma 23 lata, pan młody 28. Marianna była pełną życia optymistką. Z
pewnością miała swoje plany i marzenia. A te o przystojnym mężu i
szczęśliwej rodzinie właśnie się spełniają:
Wszelkie znaki na niebie i ziemi świadczą o tym, że czeka ich długie i
szczęśliwe życie. Dziadek Marian ma stabilną i dobrze płatną państwową
posadę, jest naczelnikiem pocztowym w Opatówku.
Dziadek Marian był uczniem Szkoły Handlowej, dzisiejszego liceum im.T.Kościuszki.
Bracia dziadka i on sam chodzili do dwóch gimnazjów męskich w Kaliszu.
Do Gimnazjum Humanistycznego A.Asnyka lub do Państwowego Gimnazjum im.
Tadeusza Kościuszki.
"Asnykowców" tak wspomina pani Marianna Kocembowa: "Wyglądali pięknie w swoich galowych mundurach.
Spodnie zdobione na wzór oficerski, z lampasami bordo (szasery), z
podwójnymi sprzączkami na które zapinało się gumki opasujące buciki ze
złotym sznurkiem i metalowym znaczkiem w kształcie tarczy, na której z
kolej znajdowały się trzy duże litery GHA (Gimnazjum Humanistyczne
Asnyka)"
Jak dojeżdżali do szkół? wszak nie kursowały wtedy podmiejskie autobusy MZK.
We wspomnieniach pani Marianny Kocembowej odnalazłam taki fragment :
"Jeśli
zaś chodzi o młodzież, która ukończyła szkołę w Opatówku i pragnęła
dalej się kształcić, rodzice w miarę możliwości starali się, aby ich
posłać po dalszą wiedzę. W związku z kłopotem z dojazdem, wynajęli
wspólnie pana Albina Rogozińskiego, który wozem konnym z umieszczonymi
na nim siedzeniami odwoził ich codziennie do kaliskich szkół.
Wiewiórkowscy
Na ślubnym zdjęciu babcia jest smutna i zamyślona. Zawsze zastanawiało mnie to - dlaczego? To
niesłychane, bo na co dzień była energiczną, wesołą, pełną pomysłów i
lubiącą się śmiać dziewczyną. Czyżby przypuszczała, co zgotował dla niej
los ?
Po hucznym ślubie i weselu
dziadkowie udali się w podróż poślubną. Nie przypuszczali, że to
ostatnia wspólna podróż w ich życiu.
Dziadek kochał życie, wędrówki po górach… zdjęcie zrobione nad Morskiem Okiem w 1938r.
Przez półtora roku wspólnego życia są szczęśliwi jak każda młoda para. Na świat przyszła pierwsza córka.
Babcia wspominała słowa dziadka, które są pięknym wyrazem miłości:
"Marysiu, gdybym wiedział, że będzie nam razem tak dobrze, to wcześniej
poprosiłbym Cię o rękę". To szczęście trwa tylko 1,5 roku.
W tym czasie modzi posag panny młodej oraz pierwsze oszczędności
odłożyli na książeczce oszczędnościowej, którą mam po dziś dzień. O tym tutaj
Nie
przypuszczali, że to ostatnia wspólna podróż w ich życiu.
Marian Wiewiórkowski. W Zakopanym.
W wolnych
chwilach na poczcie
gościli przyjaciół i bliskie osoby, bywali u nich często księża z położonej
naprzeciwko plebanii.Wraz z dziadkiem i Konradem Wuensche umilali sobie czas grając w karty.
1939. Chrzciny córki. Marian i Maria Wiewiórkowscy w środku.
Pierwszy z lewej p. Strycharski, fryzjer.
Drugi od lewej ks.Perczak. Drugi od prawej ks Bekier.
Zdjęcie zrobione na poczcie.
Księża
zostali przez Niemców wywiezieni do obozu koncentracyjnego w Dachau, a kościół został zamknięty dla Polaków. Ksiądz Edmund Perczak ur.23.X.1909 r. był prefektem w Opatówku w latach 1937-41. Został zamordowany 2.VIII. 1942r. w Dachau. Miał numer obozowy 28109. Bardzo przyjaźnił się z moim dziadkiem, babcia opowiadała, że wraz z Konradem Wunsche grywali sobie w karty. Jesienią 1943 Niemcy w budynku
plebanii umieścili żandarmerię. W organistówce znajdował się areszt, gdzie przez jakiś czas trzymano mojego dziadka.
MAMA MARII. PRABABCIA JÓZEFA Z RUPOTACKICH ...
Mama babci Marii, Józefa Rupotacka poślubiła Ludwika Semperskiego. Maria była ich jedyną córką.
Cała rodzina Semperskich na zdjęciu poniżej. Józefa przeżyła dwie wojny, w tym tragiczne w skutkach dla miasta bombardowanie w 1914, podczas którego miasto zostało praktycznie zrównane z ziemią.
Na zdjęciu powyżej babcia Józefa de domo Rupotacka
z mężem Ludwikiem Semperskim i córką - komunia Marii
Pytałam babcię Marię, dlaczego ma taką naburmuszoną minę na tym zdjęciu. A to
dlatego, że fotograf kazał jej stać a mamie siedzieć. Cóż, dzieci w każdej
epoce zawsze miały swoje humorki !
Nie wiem, kiedy urodził się pradziadek Ludwik Semperski, ale datuję rok urodzin na mniej więcej 1890 rok. Nie
wiem też, gdzie się urodził.
W XIX wieku dystyngowani mężczyźni nosili brody lub starannie
wypielęgnowane wąsy. Zakłady fryzjerskie przeżywały dobre czasy,
oferując nie tylko cięcie ale i fryzowanie zarostu. Na pewno nie jest to
wąs ludowy ani kmiecy czy chłopski. To jest wąs zadbany, filuterny.
Pradziadek jest dla mnie zagadką, próbowałam już coś wstępnie ustalić w
archiwum ale nazwisko jest bardzo rzadko spotykane i nie pojawiło się w żadnym rekordzie. Maria wspominała, ze jej ojciec miał włoskie korzenie.
Może nas to dziwić, ale w XIX w i początkach XX ludzie byli bardzo
mobilni. Cała moja rodzina wędrowała. Za pracą, zajęciem, pokojem,
spokojem.
Pradziadek Ludwik pięknie się prezentuje na zdjęciu, był bardzo przystojnym
mężczyzną, miał też głowę na karku.
Z dumą nosi zadbane wąsy. Wąsy barwiono, usztywniano, pomadowano specjalną pomadą, a nawet prasowano żelazkiem.
Państwo młodzi zamieszkali w Kaliszu. W mieście nie dzieje się dobrze,
Kalisz jest zniszczony, panuje głód. W 1914 roku Niemcy ustawiają
haubicę i bombardują miasto. Z 70 tysięcy mieszkańców zostaje 5 tys.
Po bombardowaniu miasto wygląda tak:
za "Kalisz w internecie"
Wydarzenia te opisała M. Dąbrowska w powieści Noce i Dnie.
W 1919 zamieszkują w nowo powstałej kamienicy przy ulicy Dworcowej w Kaliszu.
Ta kamienica jest właśnie na sprzedaż, wystawiono ją za 750 tys.
Kamienica przy Dworcowej
Prababcia Józefa mieszkała z nami. Dom był wielopokoleniowy. Ludzie
"przedwojenni" nie mieli emerytur ani żadnych świadczeń, w tamtych
czasach nie było systemu ubezpieczeń społecznych i ludzie starsi musieli
sami zabezpieczyć sobie byt na starość lub po prostu mieszkali ze
swoimi dziećmi.
Po śmierci pierwszego męża Ludwika Semperskiego prababcia ponownie wyszła za mąż za Bolesława Szalińskiego. Wspólnie z mężem prowadziła restauracje.
Niedawno w książce Kazimierza Rogackiego "Tak było 1929-2013" znalazłam
wspomnienie o mojej prababci jako właścicielce kaliskiej restauracji
przy ulicy Franciszkańskiej.
W okresie międzywojennym, który stanowi obszar mojego szczególnego
zainteresowania, była kobietą w sile wieku, mająca mniej więcej 40 lat.
Kazimierz Rogacki :Tak było 1929-2013
Pan Kazimierz Rogacki opisuje Kalisz z okresu międzywojennego,
wspominając i opisując ulice, którymi maszerował jak młody chłopak. I
pisze tak, cytuję fragment: "Skręcając w ulicę Franciszkańską widać było
podświetloną reklamę restauracji pani Szalińskiej. Wchodziło się do
niej po kilku schodkach. Miała ona dość duże wzięcie. Pamiętam, że byłem
tam z bratem i tatą na flakach z pulpetami"
Dzisiejsza Franciszkańska
PRZED WYBUCHEM WOJNY...
Cała rodzina Wiewiórkowskich aktywnie działała w organizacjach społecznych i
kulturalnych, organizowała akcje na rzecz wzmocnienia obronności kraju. Dlatego
padła ofiarą pierwszej fali niemieckiej inwazji.
W
Opatówku osadnictwo niemieckie było bardzo nasilone, szczególnie od czasów
generała wojen napoleońskich Józefa Zajączka, który zabiegał o to, by do
Opatówka ściągnąć kapitał i dać impuls do rozwoju gospodarczego. Już od czasów
Królestwa Polskiego polityka rządu sprzyjała takim działaniom, poprzez politykę
protekcyjną wobec przemysłu, zapewnianie wielu udogodnień i ulg w postaci nadań
parcel, udzielania kredytów, zwalniania od ceł oraz szereg innych. Dzięki
inicjatywie generała powstałą tu wielka fabryka sukna Adolfa Gottlieba
Fiedlera. Na podstawie kontraktu zawartego w 1826r. Fiedler zbudował 3 budynki:
farbiarnię, folusz i tkalnię z sortownią i suszarnią suknia. Sprowadził 500 niemieckich
tkaczy.
Praktycznie w każdej wielkopolskiej miejscowości zamieszkiwali Niemcy, przez co Selbstschutz (organizacja nazwana "piątą kolumną", założona 26 września 1939 roku na rozkaz Himmlera, zrzeszająca bojówki paramilitarne) posiadał dokładne rozpoznanie w stosunkach lokalnych. Wiedziano dokładnie, którzy Polacy byli członkami
patriotycznych organizacji polskich i jaki mieli stosunek do Niemców.
Było to bardzo niebezpieczne i już jesienią 1939 roku przyniosło
negatywne rezultaty w postaci wielu mordów w Polsce, których de facto dokonywali
na sobie przedwojenni sąsiedzi. Doprowadzało to również wielokrotnie do
nadużyć w tym względzie, bo członkowie Selbstschutzu, chcąc zagarnąć
mienie Polaków bądź załatwić stare sąsiedzkie porachunki, mścili się na
dawnych sąsiadach.
Niektórzy
mieszkańcy Opatówka narodowości niemieckiej wyjeżdżali, miedzy innymi do Łodzi,
na szkolenia organizacji antypolskich i we wrześniu 1939 r. byli przygotowani
do organizowania administracji niemieckiej na okupowanych terenach. Sporządzano
listy Polaków "szczególnie niebezpiecznych" dla III Rzeszy. Znaleźli
się na nich głównie działacze społeczni i kulturalni oraz uczniowie gimnazjów i
studenci, określani często jako
"fanatyczni Polacy".
W
czasie wojny wielu Niemców pisanie donosów uważało za obowiązek wobec ojczyzny,
bez zważania na zażyłości lokalne czy więzy rodzinne. Tak też było w Opatówku. Listy proskrypcyjne tworzyli miejscowi, pisząc donosy do władz niemieckich.
Dzięki gorliwości konfidentów powstawały lokalne listy w całej Polsce, czego
wynikiem była ostatecznie publikacja 61 tysięcy nazwisk w "Specjalnej księdze Polaków ściganych listem gończym" po
niem. Sonderfahndungbuch Polen.
Do podstawowych kryteriów stosowanych przy wyborze Polaków
przeznaczonych do eksterminacji należały: przedwojenna aktywność
polityczna, zdolność do pełnienia roli przywódców lub członków
konspiracji niepodległościowej, przynależność do inteligencji, posiadany
majątek, miejsce zamieszkania, opinia miejscowych Niemców.
Marian
Wiewiórkowski wraz ze swoim szwagrem Zygmuntem Gadzinowskim, mężem Helenki,
znalazł się na liście osób przeznaczonych do aresztowania.
ZYGMUNT GADZINOWSKI (17.02.1909-26.10.1941)
Był mężem Heleny, najstarszej z córek Leokadii i Stanisława Wiewiórkowskich.
Helena w dniu wybuchu wojny była młodą mężatką. Na świecie było już
dwoje dzieci: Tereska i Leszek. Zygmunt Gadzinowski był
sekretarzem gminy Lisków. Ukończył Studium Administracji Komunalnej przy Wolnej Wszechnicy Polskiej w Warszawie w 1931 r.
Z.Gadzinowski stoi pierwszy od prawej z absolwentami Studium Administracji Komunalnej przy Wolnej Wszechnicy Poslkiej w Warszawie
Założycielem Studium. Administracji Komunalnej przy Wydziale Prawa i Nauk Ekonom.Społ. Wolnej Wszechnicy Polskiej w Warszawie był prof. Tadeusz Hilarowicz, dziekan wydziału Nauk Politycznych i Społecznych w Warszawie. Na owe czasy była to najlepsza uczelnia w Polce kształcąca pracowników administracji. Została utworzona w 1918 roku w Warszawie.
Placówka powstała z działającego w 1916 w czasie I wojny światowej na terytorium Królestwa Polskiego Towarzystwa Kursów Naukowych. Szkoła formalnie prowadziła działalność naukowo-dydaktyczną w latach 1918–1952.
Od 1928 roku uczelnia posiadała oddział zamiejscowy w Łodzi, z którego po II wojnie światowej powstał Uniwersytet Łódzki. Od 1929 roku została ustawą sejmową zaliczona do uczelni wyższych. Nadawane przez Wolną Wszechnicę Polską dyplomy ukończenia studiów i tytuły naukowe były równoważne z uniwersyteckimi.
Posiadam książkę wydaną z okazji dziesięciolecia jej istnienia, która zwiera program studiów. Daje to interesujący wgląd w poziom studiów a jednocześnie pracowników zatrudnionych na terenie Gminy Lisków. Zawiera tez informację, że przez okres 10 lat działalności wykształcono ponad 1000 pracowników administracji w Polsce. Podkreśla zasługi uczelni w "przysposabianiu gminom organu administracyjnego oraz zastępu zdolnych do wytwarzania czyny zbiorowego". Wskazuje korzyści, jakie z wysokiej wiedzy profesorów czerpią studiujący, stosując ją później na terenie gminy"
Lisków stał się wsią wzorcową.
Z
zacofanej wsi stal się wyjątkową wsią w Polsce międzywojennej za sprawą ksiądza
Blizińskiego, który doszedł do wysokich stanowisk państwowych. Jako poseł (1919–1922) i
senator (1938–1939) mógł jeszcze więcej dokonać dla swoich parafian.
Był osobą bardzo wpływowa. Był w Prezydium Organizacji Wiejskiej Obozu
Zjednoczenia Narodowego, a potem wRadzie Głównej OZON-u.
Jedno w wydań Kuriera Warszawskiego dokumentuje wystawę "Praca i kultura wsi"
w 1937 roku zorganizowaną przez księdza Blizińskiego pod protektoratem
premiera RP generała Felicjana Sławoj-Składkowskiego. Poniżej prezentuję
scan z gazety Kurjer Warszawski. Tydzień w ilustracjach z 1937 roku.
Dzięki księdzu Blizińskiemu liskowianie obcowali z "wielką polityką" na
co dzień i gościli prezydenta Mościckiego oraz marszałka Rydza-Śmigłego
podczas zorganizowanej tu przez księdza wystawy: „Wieś Polska Lisków”
(1925 r.) i „Kultura i praca wsi w Liskowie” 1937 r..
Ks.Bliziński jako poseł brał aktywny udział w pracach pięciu Komisji:
Ochrony Pracy, Opieki Społecznej (przewodniczący), Skarbowo-Budżetowej,
Spółdzielczej i Zdrowia Publicznego. Był przedstawicielem Sejmu w
Obywatelskim Komitecie Wykonawczym Obrony Państwa.
W Liskowie bywali tez hierarchowie kościelni. Ks. Prymas Kardynał August Hlond powiedział w 1935 roku o księdzu "cechą dobrego wodza jest umiejętność dobrania ludzi."
Jednym z tych ludzi był Zygmunt oraz cała rodzina
Wiewiórkowskich na czele z ojcem rodu Stanisławem. Zygmunt uczestniczył w
realizacji pomysłów i prac ks. Blizińskiego. Pracownikiem gminy w latach
1935-37 był także Jan Wiewiórkowski.
Lisków, krótko przed wybuchem II wojny. Stanisław Wiewiórkowski, po jego lewej syn Jan, syn Zygmunt w
ostatnim rzędzie pierwszy z lewej. Zygmunt Gadzinowski był sekretarzem gminy Lisków, uczestniczył w
realizacji pomysłów i prac ks. Blizińskiego. Pracownikiem gminy w latach
1935-37 był także Jan Wiewiórkowski.
"Oprócz codziennej pracy angażował się do pracy
społecznej. Z racji pełnionej funkcji brał czynny udział w
przygotowaniach do wystawy Praca i Kultura Wsi /08.06-04.07.1937/, za co
został odznaczony. Zabezpieczał logistycznie Kongres Eucharystyczny,
który odbył się w Liskowie w dniach 6-8.06.1938r. Jego małżonka Helena
prowadziła tematyczne wykłady na Uniwersytecie Ludowym, była także
skarbnikiem w Katolickim Stowarzyszeniu Kobiet"- za S.Ferenc oprac. na
postawie "Liskowianin" nr.1/1939, str.7
Zygmunt Gadzinowski był wybitnym
patriotą, niestety
zapłacili za to zbyt wysoka cenę. Działania księdza i otaczających go
współpracowników, rozmach, wizyty prezydenta, zbiórka na obronność
kraju, zwróciły uwagę lokalnych folksdojczów.
Zygmunt został
uznany za niebezpiecznego dla Rzeszy. Przygotowano listy proskrypcyjne. O Zygmuncie napisano:
Fragment listy proskrypcyjnej z nazwiskiem Zygmunt Gadzinowskiego
" Był wiodącą postacią w Opatówku. Jego nienawistne, podjudzające
wystąpienia przeciw niemieckiej państwowości są tu w pamięci wszystkich.
Jego zachowanie nie daje powodów do przypuszczeń, że się zmieni. Ma
wielkie wpływy pomiędzy tutejszymi Polakami i nie będzie ich używał na
korzyść niemieckich władz".
Na tej podstawie mąż Heleny Zygmunt Gadzinowski wraz ze swoim szwagrem /moim dziadkiem/ został aresztowany przez gestapo.
28 lipca 1941 Zygmunt Gadzinowskim tak pisał z obozu w dalekich zimnych Alpach do swojej żony:
" Kochana Heleno i dzieci! Twój ostatni list i pieniądze w wysokości 30
marek otrzymałem, za co serdecznie dziękuję. Jak idzie sklep i i jak
uczą się dzieci? Powodzi mi się dobrze, jestem zdrowy, czego i od Was
oczekuję. Pozdrawiam i całuję was wszystkich Zygmunt"
Inteligencja
Liskowa wraz z księdzem Blizińskim znalazła się na liście Polaków
przeznaczonych do eksterminacji.
Zygmunt Gadzinowski został aresztowany
15.04.1940 roku przez gestapo i osadzony w Mauthausen-Gusen. Zamordowany
29.10.20141 w wieku 32 lat. Krótko potem zmarła Helena. Serce nie
wytrzymało. Jej dzieci Teresa i Leszek zostali sierotami.
Na tej samej liście proskrypcyjnej znalazł
się mój dziadek Marian Wiewiórkowski, mój pradziadek Bolesław Szaliński
oraz stryjeczny brat dziadka Aleksander Wiewiórkowski.
Przed wojną Zygmunt Gadzinowski z rodziną zajmował 3 pokoje w budynku
gminy. Mieszkanie było wygodne, przestronne, starannie wyposażone. Po
wojnie do mieszkania tego pojechała najmłodsza siostra Heleny, Zosia w
poszukiwaniu pozostawionych przez nich rzeczy dla osieroconych dzieci. Odzyskała meble, które "znalazły się" u sąsiadów.
BOLESŁAW SZALIŃSKI ...
Na tej samej liście znalazł się też jego teść Bolesław Szaliński, ojczym babci Marii, właściciel restauracji w centrum Opatówka. Ludzie ciężko pracowali, ale naturalnie
po pracy szukali rozrywki. W miasteczku było kilka szynków i knajp.
Restaurację Szalińskiego tak wspominali mieszkańcy Opatówka: ...W restauracji Ordzińskiego (później Szalińskiego) w Rynku (róg Łódzkiej) umilała gościom czas
grająca szafa. Naturalnie po wrzuceniu pięciu kopiejek do wnętrza. Była
to jedyna szafa grająca w Opatówku... "Opatowianin" 7-8/23-24 Lipiec-Sierpień 1992
Sam Bolesław Szaliński był człowiekiem ofiarnym i nastawionym propaństwowo.
Bolesław Szaliński z żoną, moją prababcią Józefą
domo Rupotacką i córką Marią
"Wiadomości Gminne" Nr 5 (575) / 2009 cytują wspomnienia mieszkańców
Opatówka. Fragment dotyczący Bolesława Szalińskiego:
(...) "30 marca 1939 r. odbyło się zebranie wszystkich organizacji i
mieszkańców Opatówka w celu omówienia pożyczki na dozbrojenie polskiej
armii. Tego dnia pierwsze ofiary pieniężne złożyła Akcja Katolicka
Kobiet, drużyna harcerek pozaszkolnych i Ognisko Kolejowego
Przysposobienia Wojskowego. 13 kwietnia powstał Komitet Pożyczki
Przeciwlotniczej, którego przewodniczącym zostali ks. Piotr Kotarski -
proboszcz parafii Opatówek, sekretarzem Kazimierz Sieradzan i
skarbnikiem wójt gminy Józef Raszewski. Komitet przyjął normy pożyczki
dla wszystkich warstw społecznych w gminie Opatówek: dla rolnictwa,
przemysłu, nieruchomo ci, handlu i pracowników umysłowych. Od tej pory
notowane były wpłaty na Pożyczki Lotnicze i Fundusz Obrony Narodowej
(F.O.N.) oraz dobrowolne ofiary na dozbrojenie polskiej armii. Wpłaty
pochodziły od organizacji i od indywidualnych osób, także Żydów
mieszkających w Opatówku. Nauczyciele z gminy Opatówek wpłacili 1260 zł,
pracownicy PKP - 800 zł, pracownicy poczty - 340 zł, właściciel majątku
w Opatówku Konrad Wünsche - 5000 zł, Zofia Chrystowska ( żona
przedwojennego właściciela pałacu w Tłokini Kościelnej)- 2000 zł,Bolesław Szaliński zadeklarował cały swój majątek wartości 15000 zł na rzecz Armii Polskiej, gdyby zaszła taka potrzeba".
Niestety nie zdążył. Został wysiedlony, ukrył się w Koluszkach, a w jego restauracji utworzono niemiecki zajazd Gasthaus Riga, który prowadziła jakaś Łotyszka niemieckiego pochodzenia.
Szalińskiego wysiedlono, a jego restaurację przejęła jakaś Łotyszka niemieckiego pochodzenia - Gasthaus Riga. Rysunek autorstwa A.Korzeniewskiej
Kamienica przy Placu Wolności 10 z pozostawała ok. 50 lat w rękach mojej rodziny
Szaliński był kolejnym mężczyzną z rodziny (w sumie czterech), który znalazł się na listach proskrypcyjnych sporządzonych przez
Niemców.
Poniżej fragment listy proskrypcyjnej dla Kalisza i okolic z nazwiskiem
mojego pradziadka Bolesława Szalińskiego oraz kuzyna mojego dziadka
- Aleksandra Wiewiórkowskiego.
Na liście proskrypcyjnej tak opisano Szalińskiego:"członek ówczesnej partii rządowej
znany całej okolicy jak fanatyczny Polak, nienawidzący Niemców. Z
racji swojego zatrudnienia jako restaurator obcuje codziennie z dużym
kręgiem ludności. Istnieje możliwość, ze udziela się w sposób wrogi dla
państwa niemieckiego".
1939 rok to dla Polski tragedia niewyobrażalna. Niemcy wyaresztowywali
elity centralne i elity lokalne, kadrę uniwersytecką,
ziemian, księży, weteranów powstań, ale też miejscowych sołtysów we wsi,
ludzi, którzy służyli gdzieś w wojsku, poznali obce kraje, coś widzieli
i byli dla miejscowych autorytetem.
Siadano, tak jak w
restauracji Szalińskiego, w długie jesienne lub zimowe wieczory,
zbierało się towarzystwo, sąsiedzi, i on tłumaczył: są takie orientacje,
takie partie, to będzie dla nas dobre. To dla nas będzie niedobre. Temu
człowiekowi ufano, to on był autorytetem.
Lista proskrypcyjna, Szaliński Bolesław, Wiewiórkowski Aleksander, lista do wyaresztowania
Na pewno źle przysłużyło się mojej rodzinie i innym aresztowanym Polakom z Opatówka sąsiedztwo niemieckiej rodziny Feichtów.
Między kamienica i restauracją Szalińskiego a domem kuzyna mojego
dziadka - Aleksandra Wiewórkowskiego mieszkał Niemiec
Herman Feicht (ur. 09.03.1895), rzeźnik.
Musiało mu się dobrze wieść, gdyż w 1929 roku odkupił od Ordzińskiej
kawałek sąsiedniej kamienicy. (Zdjęcie 1, 2) zyskując przez to doskonały
punkt obserwacyjny na to, co dzieje się w restauracji mojego pradziadka
oraz wgląd w nastroje mieszkańców Opatówka.
Herman Feicht był prezesem Związku Strzeleckiego i
jednym z inicjatorów budowy Pomnika Wolności na rynku. Dziwne to bardzo, zaważywszy na fakt, że większość
aresztowanych z list proskrypcyjnych w 1940 znalazła się na nich właśnie
z powodu chociażby działalności w Sokole lub Związku Strzeleckim. A tu
Niemiec był prezesem Związku Strzeleckiego. Może chciał uchodzić za
dobrego Polaka, może kogoś ważnego, istotnego dla miejscowej
społeczności. A może wtedy w sercu czuł się Polakiem, dopóki nie
przyszli Niemcy i musiał założyć mundur.
W rynku działała jeszcze piekarnia Niemca Dreschera, którego wspominano
bardzo źle-jako fanatycznego nazistę. Wspomina E.Kor-Walczak:
Po bokach rynku prawie naprzeciwko siebie mieściły się sklepy -
spożywczy pod niemieckim zarządem powierniczym, piekarnia Dreszera,
dawnego członka "Strzelca", a teraz SA-mana i lokal fryzjerski w lecie
stale otwarty na oścież. O porannej porze rynek był prawie pusty. Od
czasu do czasu w jedną lub w drugą stronę traktu przecinającego
miasteczko przejechało jakieś auto, ktoś przeszedł spiesznym krokiem,
przebiegło jakieś dziecko i tak powoli, niepewnie wracało tu ponownie
zastrachane życie. Okupant stworzył ten strach i gradację społeczną, na
której czele stali Niemcy, potem Polacy, a na koniec Żydzi. Dwie
ostatnie grupy w odwrotnej kolejności miały być też wyniszczone aż do
całkowitej zagłady.
U rzeźnika
Feichta przy rynku, Edward Feicht, Stefan Melka (terminował u Feichta),
Jerzy Feicht, Herman Feicht, Bronisław Andrzejewski,
Edward Pasałek/z
zasobów biblioteki w Opatówku/
Przez zakup części kamienicy w 1929 roku Feicht miał doskonały wgląd w
to, kto przychodzi do restauracji Szalińskiego i co się w niej dzieje.
Feicht miał żonę Martę i synów - Jerzego i i Edwarda.
Jerzy bardzo przyjaźnił się z polskimi rówieśnikami. Uprosił ojca, aby
zatrudnił najmłodszą siostrę mojego dziadka - Zosię. W przeciwnym razie
Zosia musiałaby wyjechać do Niemiec na roboty przymusowe.
Edward miał opinię człowieka, który szybko dał się uwieść idei narodowego socjalizmu.
Na podstawie wykazu byłych volksdeutschów z listy Starostwa Powiatowego w
Kaliszu z lat 1945-46 ustaliłam, ze rodzina Feichtów była dość liczna.
Liczyła 11 osób. Wszyscy mieli przyznana grupę B. Byli to: Feicht Hermann, Martha x 2, Georg, Karoline, Eduard x 2, Alfred, Emil, Nathalie Wanda/Marie. 14 maja 1945 roku jest już tylko Feicht Emilie (ur. 1867) i Feicht Marie ( ur.1897).
Przed 1 września uaktywniły się bojówki Selbstschutzu,
rekrutujące się z członków nazistowskich organizacji mniejszości
niemieckiej, prowadzące akcje sabotażowe na ziemiach polskich.W ten
sposób mniejszość niemiecka chciała wspomóc działania armii.
Po 1 września polska policja oraz rezerwa próbowała aresztować lub
internować podejrzanych o szpiegostwo Niemców. Aresztowano Feichtów-
ojca i syna.
Natrafiłam na taką informację: Namentliche Liste der Volksdeutschen des Kreises Kalisch, die im Jahre
1939, insbesondere Krieges als Zivilpersonen verhaftet interniert oder
verschleppt worden sind./Lista folksdojczów z okręgu kaliskiego, którzy w
1939 zostali aresztowani lub internowani jako cywile. Feicht Eduard, Flesicherlehrling /terminujący u rzeźnika/,23.03.1923,
Spatenfelde, aresztowany 02.09.1939, Bahnhof Spatenfelde; 02.09.Feicht Hermann, Fleischerei /rzeźnictwo/, 09.03.1895, Spatenfelde, aresztowany 05.09.1939.
Jednak wstawił się za nimi mieszkaniec Opatówka Kazimierz Leśniewicz i Feichtów wypuszczono. Kazimierz Leśniewicz został zamordowany w obozie koncentracyjnym.
Jerzyk Feicht dawał znaki życia ze wschodu.
To, że restauracja była miejscem zaufanym, a sam Szaliński takimże
człowiekiem dla Opatowian, potwierdza kolejne wspomnienie opisujące
historię ukrycia tu przed Niemcami sztandaru miejscowej szkoły
wyhaftowanego przez p.Antoninę Maciołkównę: Po wysiedleniu rodziców do budynku obecnej remizy strażackiej sztandar
był schowany w grającej szafie z gospody p. Szalińskiego. "Opatowianin", maj 1992
Posiadam
fragment takiej listy z nazwiskiem mojego dziadka Mariana Wiewiórkowskiego i
jego szwagra oraz nazwiskami innych mieszkańców Opatówka, zwanego w czasie
wojny Spatenfelde.
fragment listy z nazwiskiem mojego dziadka Mariana Wiewiórkowskiego i
jego szwagra oraz nazwiskami innych mieszkańców Opatówka, zwanego w czasie
wojny Spatenfelde.
WOJENNE LOSY MARII I MARIANA WIEWIÓRKOWSKICH ...
We wrześniu 1939 r. Marian podobnie jak inni mieszkańcy Opatówka, ciężarną żonę z
malutkim dzieckiem zapakował na wóz i wyruszył w drogę na wschód do
Warszawy.
Niekończące się kolumny uciekinierów z Kalisza i całej Wielkopolski
utrudniały ruchy polskiego wojska i były łatwym celem dla niemieckich
bomb i strzelców pokładowych niemieckich samolotów. Największe masakry
uciekinierów miały miejsce w okolicach Uniejowa i Łęczycy(..) Za: Wrzesień 1939 r. w Opatówku, Jadwiga Miluśka-Stasiak.
Babcia też wspominała bombardowanie w drodze, ostrzał z myśliwców, skok
do rzeki, który uratował jej życie. Zapamiętałam jeszcze, że dziecku
dawała do ssania kostkę cukru przez płótno, żeby na dłużej starczyło i
żeby nie płakało.
Po pewnym czasie okazało się, że ten eksodus nie ma sensu, nastąpił
powrót do Opatówka. Nie było dokąd, ponieważ z poczty dziadkowie zostali wysiedleni i tam rezydowali już Niemcy.
O
aresztowaniu Mariana w kwietniu 1940 r.zdecydowało kilka czynników. Należał do Towarzystwa
Gimnastycznego "Sokół", polskiej organizacji łączącej cele
niepodległościowe z działalnością sportową i wychowawczą. Z relacji ustnych
mieszkańców Opatówka wiemy, że uczestniczył w konspiracyjnych spotkaniach
odbywających się do momentu, gdy ktoś ich zadenuncjował; był naczelnikiem
poczty, a poczta w czasie wojny jest istotnym ogniwem militarnym. Podobnie jak
wielu opatowian i wielu mieszkańców Wielkopolski zbierał na Fundusz Obrony
Narodowej. Bolesław Szaliński, mój pradziadek od strony mamy, zadeklarował cały
swój majątek wartości 15000 zł na rzecz Armii Polskiej, gdyby zaszła taka
potrzeba.
Chciano wyeliminować działalność podziemiana okupowanym terenie, liderów ruchu oporu. Kto był mordowany? elity centralne i elity lokalne, czyli kadra
uniwersytecka, ziemianie, księża, weterani powstań, ale też miejscowy
sołtys we wsi, człowiek, którzy służył gdzieś w wojsku, poznał obce
kraje, gdzieś był , coś widział i był dla miejscowych autorytetem.
Siadano,( tak jak w restauracji mojego pradziadka Szalińskiego-dopisek autorki), w długie jesienne lub
zimowe wieczory, zbierało się towarzystwo, sąsiedzi, i on tłumaczył: są
takie orientacje, takie partie, to będzie dla nas dobre. To dla nas
będzie niedobre. Temu człowiekowi ufano, to on był autorytetem"
Cytat pochodzi z wykładu L.Żebrowskiego, do odsłuchania tutaj; Ciekawy
wykład p.L.Żebrowskiego na temat mordu na polskich elitach, kto
do tych elit był zaliczany i jak starannie wyselekcjonowano 80 tys.
Polaków na tę listę i kto po wojnie stanowił "elitę": https://www.youtube.com/watch?v=e4qYKfk1BUM
Historia niemiłosiernie wkroczyła do
ich domu, do Wielkopolski. Hitler tłumaczył Niemcom "że tylko naród, którego warstwy kierownicze zostaną zniszczone,
da się zepchnąć do roli niewolników" i wskazał na konieczność masowego
wyniszczenia polskiej inteligencji. Pytałam babcię, czy myśleli o zbliżającym
się niebezpieczeństwie. Ale im się to nie mieściło w głowie, brakowało im
wyobraźni na to, co za rok stanie się faktem. Dziadek uspokajał babcię,
twierdząc, w myśl ówczesnej propagandy, że "Jak
przyjdą Niemcy, damy im łupnia".
Babcia też wspominała bombardowanie w drodze, ostrzał z myśliwców, skok
do rzeki, który uratował jej życie. Zapamiętałam jeszcze, że dziecku
dawała do ssania kostkę cukru przez płótno, żeby na dłużej starczyło i
żeby nie płakało.
Właściciel
Opatówka Konrad Wünsche, przyjaciel dziadka (ur. 1906.05.30) udzielił im schronienia w swoim majątku pod Opatówkiem, w Józefowie.
Wünsche po ślubie z córką właściciela Zofią z domu Schlösser odziedziczył cały
majątek, w tym Opatówek. Była to rodzina przemysłowców, włókienników, od
1821 roku osiadła w Ozorkowie pod Łodzią.
Jego teść Karol Ernest Schlösser oprócz Opatówka posiadał folwarki w Brzezinach,
Józefowie, Rożennie, Winiarach i Zajączkach. W Opatówku prowadziłgospodarstwo gospodarstwo rolnicze i hodowlane. Miał własną stadninę koni. We wsi Winiary założył browar w 1877 r. Zamieszkał w dawnym pałacu gen.
Józefa Zajączka. Służył w Wojsku Polskim, był oficerem 7 pułku Strzelców
Konnych Wielkopolskich. Podczas kampanii wrześniowej w 1939 r.
uczestniczył w walkach nad Bzurą i obrony Warszawy.
W majątku należącym do Wünschego bywał por. Marian Kwiatkowski,
pseud. "Konrad", "Jaxa", który był odpowiedzialny za zorganizowanie
struktur wojskowych Stronnictwa Narodowego. W Kaliszu przeważała OJN, w
Poznaniu NOB. Jaxa cudem unikał aresztowania, m.in. 4.IV.1943 w Kaliszu - zbiegł
z lokalu konspiracyjnego Tucholskiej.
Kwiatkowski miał za zadanie zjednoczyć organizacje narodowe. Był on zwolennikiem scalenia z AK.
W 1940 zwerbował Wünschego do Organizacji Jedności Narodowej, podobnie
jak Fuldego, Dreschera i E.Fibiger. Po częściowym scaleniu działali oni w
obu organizacjach OJN i ZWZ.
W majątku w Brzezinach gromadzono broń. Zofia Wünsche była łączniczką z
Warszawą i Łodzią. Grupa zajmowała się wywiadem i była odpowiedzialna za
akcję N.
Z Konradem Wünsche zaprzyjaźniony był nie tylko mój dziadek, ale i jego bracia.
W swoim majątku Konrad Wünsche prowadził potajemnie
szkolenie wojskowe młodych robotników. Wizja narodowego socjalizmu Hitlera go nie porwała. Był zżyty z tutejszymi mieszkańcami.
Być może wtedy w strukturę organizacji podziemnej został wciągnięty młodszy brat dziadka Zygmunt.
Podobno Konrad Wünsche w czasie wojny dawał schronienie ok. 100 osobom. Ukrywała się u niego między innymi córka
Mieczysława Krauckiego (1891–1935), właściciela księgarni w Kaliszu,
dziennikarza, wydawcy. Młodym ludziom groziło wywiezienie na roboty do
Niemiec.
Wybrałam się z aparatem, aby zobaczyć
miejsce, gdzie w Józefowie pod Kaliszem Wünsche udzielił schronienia
moim dziadkom wysiedlonym z poczty. Część zabudowań jeszcze stoi. To tu gestapo aresztowało mojego dziadka.
Do tego terenu nie ma dostępu, domek stoi obecnie na prywatnej posesji. Po wojnie nastąpiła parcelacja
gruntów i podział ziemi po dawnych właścicielach.
Domek był częścią zabudowań folwarcznych, otaczały go stodoły w których hodowano krowy.
W innej części budynku, która dziś nie istnieje, mieszkali pracownicy folwarku Wünschego.
Te dwa pokoiki Wünsche udostępnił moim dziadkom. Były to trudne warunki,
ale dziadkowie byli wdzięczni za pomoc. Dotychczasowe życie odeszło i
miało już nigdy nie powrócić. Tak wspaniale zapowiadająca się przyszłość
młodego małżeństwa legła w gruzach.
Wünschego babcia często wspominała, mówiła, że dzięki niemu przeżyła wojnę. To tutaj gestapo
przyszło po dziadka, który pożegnał ciężarna żonę i poszedł ze słowami "Marysiu, niedługo wrócę. Damy Niemcom łupnia". Dziadek nie wiedział, ze jego aresztowanie to starannie zaplanowana akcja "Intelligenzaktion",
plan zniszczenia i eksterminacji polskiej warstwy przywódczej, będący
częścią częścią wielkiego planu germanizacyjnego przygotowanego m.in.
dla terenów okupowanej Polski zwanego przez Niemców Generalplan Ost („Generalny Plan Wschodni”).
Pożegnał się z roczną córeczką. Żandarmi załadowali go do pociągi, z którego mógł uciec, ponieważ jak wspominają mieszkańcy nie był przez nikogo pilnowany. Po krótkim uwięzieniu w Kaliszu został wraz z innymi mężczyznami ze swojej rodziny przewieziony do Dachau a następnie go Gusen.
Druga córka, moja mama Aleksandra, urodziła się, gdy dziadek był w niewoli. Nigdy jej nie zobaczył.
pozostałości zabudowań folwarku Wünschego na terenie Józefowa,
tutaj gestapo aresztowało dziadka
Konrad Wünsche został oskarżony o współpracę z polskim ruchem, zdradę narodu niemieckiego i szpiegostwo.
Niemcy postanowili go osądzić i skazać w pokazowym procesie. Prócz
Wünschego oskarżonymi byli: Bruno Lompa, Emil Fulde, syn właściciela
majątku Henryk Fulde,
Irena Stark, architekt Jerzy Drescher, kupiec Alfred Fiebiger, Elwira
Fiebiger, fabrykant Alfred Nowacki i Bożena Deutschmann.
Po przeprowadzonej rozprawie zostali skazani przez Sąd Doraźny na karę
śmierci: Henryk Fulde, Konrad Wünsche, Bruno Lompa, Jerzy Drescher,
Alfred i Elwira Fiebiger, jak i Alfred Nowacki. Emil Fulde został
skazany na 5 lat więzienia, Irena Stark na 10 lat więzienia, Bożena
Deutschmann z powodu braku dowodów winy została uwolniona. Poza tym sąd
orzekł w stosunku do części oskarżonych i skazanych na śmierć przepadek
mienia.
Proces odbył się w Kaliszu w dniach 6-9 grudnia 1944 roku. Obserwował go sam gauleiter Greiser.
Niemcy byli zaskoczeni, że zaistniał przypadek uczestnictwa Niemców
lub - jak kto woli - obywateli polskich pochodzenia niemieckiego w
polskim ruchu oporu. Z punktu widzenia interesów III
Rzeszy była to wielka zdrada. Konrad Wünsche został rozstrzelany w
grupie 56 innych członków antyhitlerowskiego podziemia w lasach koło
Skarszewa. Po ekshumacji został pochowany w rodzinnym grobowcu na
cmentarzu ewangelicko-augsburskim w Kaliszu.
Pisząc tego posta sięgnęłam po książkę Janusza Teodora Dybowskiego Saga grodu nad Prosną, stanowiącą
źródło wiedzy na temat działalności podziemia zbrojnego w Kaliszu i
okolicach w czasie okupacji. Co prawda autorowi zarzuca się błędy
historyczne, jednak niewątpliwie stanowi interesujące świadectwo tamtych
czasów.
Janusz Teodor Dybowski wydając Sagę grodu nad Prosną w 1975 roku, wykazał się dużą odwagą. Pisać w czasach PRL-u wartościująco o Niemcach to trudna i ryzykowna sprawa jak pisze autor eseju o tej powieści „Saga grodu nad Prosną” jako powieść kontrowersyjna Przemysław Mańka. aga grodu nad Prosną ukazała się w 1975 roku wywołując sensację i
oburzenie wśród mieszkańców Kalisza. Cała ta nagonka skończyła się dla
Dybowskiego źle, wytaczano mu procesy, oskarżano, zaszczuwano. Książkę
wycofano z księgarń, a jej autor zmarł dwa lata później. Nikt nie chciał
słuchać o "dobrych Niemcach". Nazwiska bohaterów powieści, mimo, że
zmienione nie były trudne do odgadnięcia.Książkowi
państwo Frude to Fuldowie, Fedeger – Fibigerowie a Nawroccy byli
Nowackimi.
Mój pradziadek Stanisław Wiewiórkowski na pamiątkowym zdjęciu z właścicielami Opatówka Schlösserami i Wünschami.Konrad Wuensche w kółku. Zdjęcie przedwojenne.
Przedstawiciele kilku kaliskich rodów z niemieckimi korzeniami okazali się Polakami z krwi i kości.
AKCJA "INTELIGENCJA". DACHAU I GUSEN.
Marian Wiewiórkowski, mój dziadek, został aresztowany, najpierw uwięziony w organistówce przy plebanii w
Opatówku, tam Niemcy urządzili żandarmerie.
Babcia chodziła tam spotkać się z nim i podać coś do zjedzenia. Po pewnym czasie został przewieziony do Kalisza. Na ul.
3-Maja, w Hali Targowej Braci Szrajer Niemcy urządzili obóz
przejściowy dla osób wysiedlanych, przeznaczonych na zagładę
i wywożonych do przymusowych robót. Stamtąd pojechał transportem do
Dachau. O obozie na miejscu dzisiejszej Galerii Handlowej "Tęcza" tutaj. Uwięziony w Kaliszu, później przetransportowany do obozu koncentracyjnego Dachau,
dalej do Mauthausen Gusen.We wrześniu
1940 roku przebywał w bloku 15, w marcu 1941 w bloku 8. W obozie
obowiązywała zasada: człowiek jest numerem bez wartości. Więźnia pozbawiano
imienia, nazwiska – w zamian przydzielano mu numer, ubiór obozowy i poddawano
nieludzkiemu traktowaniu. Na takich jak on obozy czekały już od 1933 roku. Wraz z dojściem do władzy Adolfa Hitlera, z inicjatywy Reichsfűhrera
SS Heinricha Himmlera i premiera pruskiego Hermana Göringa zorganizowano
pierwsze w Trzeciej Rzeszy obozy koncentracyjne. Podstawą prawną
osadzania w nich więźniów było rozporządzenie z 28.02.1933 r., o
ochronie narodu i państwa, zawieszające wolność osobistą i zezwalające
na aresztowanie oraz osadzanie bez wyroku sądowego na czas
nieograniczony „wrogów państwa i narodu”
Marian Wiewiórkowski został numerem 4769.
Z obozu Mauthausen
Gusen przychodzą listy, które babcia, przechowywała jak
relikwie. Dziadkowi udało się przeżyć w obozie tylko do 26 października 1941. Czym był obóz Gusen? Miejscem zagłady ok.35 tys. Polaków, poza Katyniem to największe miejsce eksterminacji polskiej inteligencji w czasach II wojny światowej. Kto chciałby poznać warunki w jakich przetrzymywano więźniów, winien przeczytać wspomnienia byłego więźnia tego obozu Grzegorza Timofiejewa "Człowiek jest nagi" lub innego więźnia pana Zbigniewa Wlazłowskiego "Przez kamieniołomy i kolczasty drut". Wlazłowski w obozie w Buchenwaldzie otrzymał numer
3277. W maju, kolejnym transportem, pojechał do Mauthausen-Gusen. Tak opisuje warunki panujące w austriackim obozie śmierci Gusen:
"Błotnisty,
nieduży plac apelowy oraz małe drewniane baraki, stojące rzędami przy
wąskich uliczkach, robiły przykre wrażenie. Znalazłem się w nowym
krajobrazie. Od północy i wschodu obóz otaczały strome granitowe skały
kamieniołomu "Gusen" i "Kastenhofen". Od zachodu sterczało na horyzoncie
wzniesienie Pfanning-Berg. Od południa na krańcach rozległej równiny
wił się szeroko rozlany Dunaj i widniały zarysy pobliskich Alp. Sam
lager o kształcie prostokąta i wymiarach około 360x150 metrów otaczały
mury wysokie na 3 metry z pięcioma wieżami obserwacyjnymi. Nad każdą z
nich błyskało oko potężnego reflektora. Przed murem rozciągało się
ogrodzenie z kolczastego drutu ,naładowane prądem elektrycznym. Brama
wyjściowa przechodziła przez budynek komendantury z celami więziennymi ,
tak zwany Jourahaus, a przed nim znajdował się plac apelowy o
wymiarach ok. 150 x 75 metrów. Od strony kamieniołomu przylegał do niego
duży drewniany barak, w którym mieściła się kuchnia. Po stronie
zachodniej, przy wąskich błotnistych uliczkach stały 32 baraki,
rozmieszczone w czterech szeregach, po osiem w każdym."
Więźniowie
obozu pracowali przy budowie kolei Gusen-Linz, w kamieniołomach, przy
drążeniu tunelów i w zakładach Steyr. Od brzasku do świtu, w słońcu i
na mrozie, ubrani jedynie w cienki drelich i otrzymujący jako
pożywienie 250 g gliniastego chleba, gotowanego z pokrzyw zielska, w
krótkim czasie ginęli z zimna i głodu. Normalnie odżywieni i dobrze
wyglądający ludzie w ciągu bardzo krótkiego czasu stawali się tzw.
muzułmanami, ludźmi - szkieletami, niezdolnymi do przetrwania ciężkich
warunków i nadludzkiej pracy.
Na więźniach wyżywali się
często pijani esesmani. Komendant obozu Chmielewsky, przezywany
"Czmij" szczuł swojego psa na pracujących więźniów. Pies zagryzał
stawiającego coraz słabszy opór bezbronnego, osłabionego człowieka.
Kompani Chmielewskiego śmiali się głośno i szczuli zwierzę.
Autor
wspomnień Zbigniew Wlazłowski podał się w obozie za snycerza. Został
wezwany do oberkapo kamieniołomu Kastenhofen-Krutzkyego.
Krutzky
był kryminalistą odsiadującym wieloletnie więzienie. Dozorował
pracujących w kamieniołomie więźniów. Był też sztubowym bloku 19.
Nazywano go "Tygrysem", wymyślał niewyobrażalne tortury dla więźniów,
maltretował ich np. przez wkładanie bitemu człowiekowi węża do gardła i
wlewanie wody. Krutzky skakał też lezącym, pobitym więźniom na pierś,
łamiąc im żebra i uśmiercając poprzez tratowanie. Mój dziadek zmarł w ten sposób. Moja babcia otrzymała relację z pobytu dziadka w obozie, od kuzyna dziadka Aleksandra Wiewiórkowskiego, który przebywał w obozie Dachau i przeżył, a on z kolei miał relacje od innych więźniów
.
Autor wspomnień, przed wojną student medycyny, został wybrany do pracy w
przyobozowym szpitalu.
Opisuje życie obozowe widziane z perspektywy szpitala, nie szczędząc
realistycznych obrazów tragicznego losu więźniów. Wymienia nazwiska
niemieckich lekarzy pracujących w Gusen, miedzy innymi sadysty
Kiesewettera, który ciężko chorych od razu skazywał na śmierć.
Wyznaczonych zabijano przy pomocy szprycy. Wielu chorych umierało też po
prostu z głodu. Polscy pracownicy szpitaliku dokonywali cudów, żeby
ocalić chorych od śmierci. W oficjalnych historiach chorób wpisywano
zmyślone rozpoznania, rokujące szybkie wyleczenie, nieprawdziwe wyniku
analiz lekarskich. Kiesewetter , chociaż podejrzewał jakieś machlojki,
nie wpadł nigdy na właściwy trop.
W Gusen nie było komór
gazowych. Ponieważ Kiesewetter uznał ze zadawanie śmierci ciężko chorym
jest mało efektywne rozkazał podać 70 chorym w bloku 27 cyjanek potasu
w kawie.
Stosował tez kąpiele, zabijając za pomocą strug zimnej
wody. Z tyłu obozu rozpięto sieć wodociągową, pod nią stawiano więźniów.
W ten sposób wymordowano kilkuset.
W obozie panowała specyficzna hierarchia.
Na czele obozowej
kantyny stał Ernst Hallem. Za przywłaszczone towary skupował od więźniów
przemycone kosztowności, złote zęby, wymieniał to na np. wódkę. Otaczał
się artystami, śpiewakami, miał swojego masażystę, fryzjera, uważał się
za "mecenasa sztuki". Postarał się o instrumenty dla orkiestry
obozowej. Słynni więźniowie Gusen jak Faliszewski,
Guziński, Jeleński musieli śpiewać dla niego wieczorami. Starszym obozu
był Helmut Becker- przestępca kryminalny, zbrodniarz, pijak,
psychopata, a pisarzem obozowym Rudol Meixner, o którym autor wypowiada
się pozytywnie.
Po Chmielewskym komendantem obozu został Fritz Seidler. Były komendant Auschwitz, sadysta.
Po
ucieczce jednego z więźniów /ucieczki należały do rzadkości/, zarządził
dwa dni karnych ćwiczeń w obozie. Przy okazji innej ucieczki pijani
oprawcy katowali pędzonych więźniów bykowcami, a później stawiali ich na
wielogodzinnych apelach, podczas których maltretowano ludzi na koźle,
bijąc bykowcami. Po tym wszystkim zapędzono ich na następny dzień do
pracy. Po takim dniu o zmierzchu przyniesiono do obozu 150 trupów.
Przed Jourhausem Franz Ziereis wygłosił przemówienie "więźniowie
to ścierwo rzucone na kupę gnoju i żyjące tylko z mej łaski...każdy
opór będzie karany śmiercią, a próba ucieczki powieszeniem".
Pod
koniec 1942 skończyło się masowe mordowanie więźniów. Rozciągający się
front wymagał coraz większej ilości broni, a co za tym idzie, fabryki -
robotników przymusowych.
Zwiększono racje żywnościowe, kapom zakazano bicia. Niestety mój dziadek nie dożył już tej chwili.
Po
uruchomieniu fabryk Steyera śmiertelność w obozie zmalała. Przyczyniło
się tez do tego pozwolenie na przysyłanie paczek więźniom. Paczki wielu
uratowały życie. Dzięki nim można było załatwić lepsza pracę, zdobyć
przychylność blokowego czy kapo. Ci, którzy niechętnie płacili daninę
byli narażeni na różne nieprzyjemności.
W kompleksie Mauthausen zamordowano 122 tysiące ludzi. Większość
więźniów straciła życie wskutek wyczerpania nieludzką pracą,
maltretowania, niedożywienia, niewystarczającego ubrania i braku opieki
lekarskiej. W 1945 roku KL Mauthausen obejmował 56 podobozów rozrzuconych po całym terytorium Austrii.
Z
obozu mój dziadek Marian Wiewiórkowski nie mógł pisać tego, co miał w sercu, co czuł w lodowatych kamieniołomach
Alp, niszczony przez fizyczne katusze, głód i ziąb, i niepokój o dalsze losy
rodziny, przeczuwając to, co nieuchronne. Listy pisane były ręką obozowego
pisarza i ograniczały się do zdawkowych pozdrowień i rzadko zawierały coś osobistego. Listy były cenzurowane.
Marian Wiewiórkowski w mundurze polskiego pocztowca,ok.1935r.
LISTY Z OBOZU GUSEN
Listy dziadka Mariana Wiewiórkowskiego napisane z obozu Mauthausen Gusen, przekazane mi przez babcię Marię, żonę:
1.List z
28.07.1940
2.List z 22.09.1940
3.List z 24.11.1940
4.List z 05.12.1940
5.List z 26.01.1941
6.List z 25.03.1941
7.List z
30.03.1941
8.List z 30.04.1941
9.I list babci do dziadka z dnia 05.04.1941 roku -
odesłany. Dziadek już nie żył.
Dziadek przybył transportem do Dachau w dnu 26.04.1940. Pierwszy list wysłał Gusen 28.07.1940
List z 22 września 1940 r. z bloku XV, izba A: "Moja kochana Marysiu, dzieci i rodzice! Choruję trochę. Listów nie piszę i nie będę pisał. Boję się o Wasz los. Czy mamie...".
List od dziadka zwraca uwagę obciętym dolnym fragmentem. Prawdopodobnie
został ocenzurowany, a niedozwolona informacja została wycięta.
List z 24.11.1940. Moja kochana żono, dzieci i rodzice! Twój list z
29,09 otrzymałem. Cieszę się, ze jesteście zdrowi. Zostańcie w
Józefowie (wioska pod Opatówkiem. Własność zaprzyjaźnionego z dziadkiem
dziedzica Opatówka – Konrada Wuenschego) Kup Beatce coś na Boże
Narodzenie i myśl o Olesi (tak mówił na najmłodszą, urodzoną krótko po
Jego uwięzieniu w obozie, córeczkę - moją mamę). Wszystkim dobrym
ludziom, którzy Ci pomagają serdeczne podziękowania. Bratu podziękuj za
pozdrowienia. Jestem zdrowy. Całuję Was i całą rodzinę. Szczególnie
mocno całuję dzieci. Pisz szybko. Marian
List z 05.12.1940 . Są to życzenia świąteczne. „Moi Kochani!. Jestem zdrowy. Przesyłam serdeczne życzenia świąteczne i noworoczne. Wasz Marian”
List z 26.01.1941 r. z bloku 2 izba B „Moja Ukochana! List z
4.04.1940 z paczką żywnościową i 10 Marek otrzymałem, za co serdecznie
Wam dziękuję. Cieszę się, ze sklep funkcjonuje. Pamiętajcie o płaceniu
podatków. Ja jestem zdrowy i pracuję. Mój adres dla przesyłek
pieniężnych: więzień numer 6098, urodzony 07.08.1910. Blok 2 izba B.
List z 25.03.1941 jest bardzo lakoniczny. „Kochana żono. Jestem zdrowy i dobrze mi się powodzi. Pieniądze otrzymałem. List też. Z pozdrowieniami. Marian”
W dniu 30.03.1941 z bloku 8 izba B pisze: ”Kochana zono i mamo! List i
pieniądze otrzymałem. Powodzi mi się dobrze, jestem zdrowy. Z okazji
Świąt Wielkanocnych przesyłam Wam serdeczne życzenia. Pozdrawiam Was
serdecznie. Wasz Marian”
List wysłany przez babcię w dniu 30.04.1941 r. nie zastał go już wśród
żywych. Dziadek został zamordowany 06.04.1941 roku. List od babci został
odesłany.
Babcia pisała:"Kochany Marianie! Twój list z 25.03.1941 otrzymałam. Cieszymy się,
że jesteś zdrowy, to jest naszą największą troską. Sklep prowadzę tak
dobrze, jak potrafię, zadaję sobie wiele trudu, ale mam nadzieję, że
osiągnę swój cel. Nie stracę odwagi ani nadziei. Nie martw się i nie
myśl źle. Dajemy sobie radę i tylko Ciebie nam brakuje. Jesteśmy wszyscy
zdrowi. Nie wyobrażasz sobie, jak duże są nasze córeczki. Beatka ciągle
mówi o Tobie. Mówi już Ojcze Nasz i prosi o zdrowie dla tatusia, jej i
dla Olesi (chodzi o Aleksandrę Adamczyk-moją mamę). Mówi także, że kocha
tatusia bardzo. Jest wszędzie, troszkę niegrzeczna, potrzebuje ręki
ojca. Wyślemy Ci pieniądze. Może potrzebujesz więcej. Życzymy Ci
szczęśliwych Świąt Wielkanocnych, pozdrawiamy i całujemy Cię Marysia z dziećmi i rodziną ”.
Dziadkowi nie dane już było go przeczytać, nie zobaczył też nigdy swojej młodszej córeczki Aleksandry, mojej mamy.
"...Korespondencję obozową regulowały surowe przepisy, wiezień miał
prawo do napisania jednego listu w miesiącu i otrzymania jednego.
Pisarze blokowi otrzymali szczegółowe zlecenia od blockfuehrerów
odnośnie dopuszczalnych treści. Kierownik poczty obozowej zarządził,
aby każdy list zawierał sformułowanie "jestem zdrów, powodzi mi się
dobrze" oraz podziękowania za list, paczkę lub pieniądze. List nie mógł
zawierać żadnych informacji o więźniu. Listy wzbudzające podejrzenia
były niszczone.
List od dziadka zwraca uwagę obciętym dolnym fragmentem. Prawdopodobnie
został ocenzurowany, a niedozwolona informacja została wycięta.
Konzentrationslager. Lagerkorrespondenz
Nie da się opisać słowami tego cierpienia i krzywd.
Zmarł
męczeńską śmiercią. Bardzo za nim tęskniłam, choć znałam Go tylko z opowieści Żałuję wszystkiego,
czego z jego pomocą nie dane mi było doświadczyć. Życiowej mądrości, opowieści,
rad, miłości, które dostaje się od dziadków.
Wszyscy opatowianie uwięzieni w Gusen szybko zginęli. Marian Wiewiórkowski został zamordowany 6.04.1941. Akt zgonu Totenschein.
Maria
pozostała z dwiema malutkimi córeczkami, które nigdy nie poznały ojca. Poświeciła
się rodzinie, dzieciom swoim i cudzym, po wojnie została nauczycielką, ale to
już inna historia.
ZYGMUNT GADZINOWSKI I HELENA DE DOMO WIEWIÓRKOWSKA
Z.Gadzinowski
Ten sam los
spotkał kilka miesięcy później zięcia prababci Lodzi, a męża jej córki Heleny, Zygmunta Gadzinowskiego
(1909-1941), aresztowanego 15 kwietnia 1940 wraz z moim dziadkiem i uwięzionego także
w obozie koncentracyjnym Mauthausen Gusen.
Gadzinowski był
sekretarzem gminy Lisków, aktywnym działaczem, społecznikiem. Liskowianie i
opatowianie działali z rozmachem, dokonywali rzeczy nieprawdopodobnych. Z.Gadzinowski z racji pełnionej funkcji brał czynny
udział w przygotowaniach do wystawy Praca i Kultura Wsi (18.06-04.07.1937), za
co został odznaczony. Zabezpieczał
logistycznie Kongres Eucharystyczny, który odbył się w Liskowie w dniach
6-8.06.1938r. Helena, jego żona, prowadziła tematyczne wykłady na Uniwersytecie
Ludowym, była także skarbnikiem w Katolickim Stowarzyszeniu Kobiet. O Zygmuncie Gadzinowskim tutaj: Martyrologia rodziny. Zygmunt Gadzinowski.
Ukończył Studjum Administracji Komunalnej w Warszawie w 1931 roku.
Oto zdjęcie z absolwentami. Z.Gadzinowski stoi w górnym rzędzie trzeci od prawej.
Przejrzałam program studiów, który pochodzi z książki wydanej z okazji
dziesięciolecia istnienia Studium Administracji Komunalnej przy
Wydziale Prawa i Nauk Ekonom.Społ. Wolnej Wszechnicy Polskiej w
Warszawie.
Założycielem uczelni był prof. Tadeusz Hilarowicz, dziekan wydziału Nauk Politycznych i Społecznych w Warszawie.
Daje to interesujący wgląd w poziom pracowników zatrudnionych na terenie Gminy Lisków.
Zawiera tez informację, że przez okres 10 lat działalności wykształcono
ponad 1000 pracowników administracji w Polsce. Podkreśla zasługi uczelni
w "przysposabianiu gminom organu administracyjnego oraz zastępu zdolnych do wytwarzania czyny zbiorowego".
Wskazuje korzyści jakie z wysokiej wiedzy profesorów czerpią studiujący, stosując ją później na terenie gminy"
Czym była Wolna Wszechnica Polska ? cytuję za Wikipedią" Prywatna uczelnia utworzona w 1918 roku w Warszawie. Placówka powstała z działającego w 1916 w czasie I wojny
światowej na terytorium Królestwa Polskiego Towarzystwa Kursów
Naukowych. Szkoła formalnie prowadziła działalność naukowo-dydaktyczną w
latach 1918–1952. Od 1928 roku uczelnia posiadała oddział zamiejscowy w Łodzi, z którego po II wojnie światowej powstał Uniwersytet Łódzki.
Od 1929 roku została ustawą sejmową zaliczona do uczelni wyższych.
Nadawane przez Wolną Wszechnicę Polską dyplomy ukończenia studiów i
tytuły naukowe były równoważne z uniwersyteckimi"
Studjum Administracji Komunalnej w Warszawie w 1931 roku ze zbiorów córki
Zygmunta Gadzinowskiego p.Teresy Jaśkiewicz. Gadzinowski stoi 3-ci od prawej
Ostatnio
często wspomina się księdza Blizińskiego i jego niebywałą działalność i posługę
w jednej parafii, w Liskowie, na przestrzeni 40 lat. W Liskowie znalazły swoją
siedzibę: sierociniec Św. Wacława, przy sierocińcu działał szpital, kaplica,
chór, orkiestra dęta, teatrzyk amatorski, biblioteka, drużyna harcerska.
Ofiarność i społecznikostwo miejscowej ludności, ich otwartość wiedza, zapał i
kompetencje były nieprawdopodobne. Wspaniałe efekty działań ks Blizińskiego na
wsi liskowskiej nie byłyby możliwe bez osobistego zaangażowania wielu
miejscowych. Dzięki księdzuliskowianie i
opatowianie obcowali z "wielką polityką" na co dzień. W
1937 r. w Liskowie gościli prezydenta Mościckiego oraz marszałka Rydza-Śmigłego
podczas zorganizowanej tu przez księdza Blizińskiego wystawy „Kultura i praca
wsi w Liskowie”.
W Sejmie
liskowski proboszcz był posłem (1919-1922) i senatorem (1938-1939), jako poseł
brał aktywny udział w pracach kilu komisji. Był przedstawicielem Sejmu w
Obywatelskim Komitecie Wykonawczym Obrony Państwa. Jako człowiek bywały światły
zaszczepiał w miejscowych idee duchowej i materialnej odnowy. Na wystawę „Praca
i kultura wsi”,przybył Marszałek Śmigły
– Rydz. W jego obecności uroczyście przekazano wojsku sprzęt zakupiony w ramach
zbiórki na Fundusz Obrony Narodowej przez ludność województwa łódzkiego, który
hojnie wsparła też moja rodzina.
Na otwarciu wystawy w malutkim Liskowie obecny
był prezydent RP Mościcki, premier Sławoj - Składkowski, mężowie stanu. Wystawę
zwiedziło 100 tys. ludzi z całej Polski.
ZYGMUNT WIEWIÓRKOWSKI.
Zygmunt Wiewiórkowski
Kolejny syn Lodzi i Stanisława - Zygmunt Wiewiórkowski (ur.1917r.-1948) również
został aresztowany przez gestapo 9.09.1943 roku za konspirację
i przynależność do podziemia. Zabrany do obozu, był więźniem Oświęcimia i
Buchenwaldu. Przewożony do Buchenwaldu wyrzucił po drodze gryps z wiadomością
do rodziny, informując, że wie, co go czeka i że nie ma już nadziei. Przeżył
wbrew własnym przeczuciom. Wrócił z obozu, jednak nie na długo. Był w kręgu
zainteresowań służb bezpieczeństwa, wycieńczony, nigdy nie odzyskał zdrowia.
Prababcia pielęgnowała go do śmierci w 1948r, zmarł na jej rękach wskutek
chorób nabytych w Oświęcimiu. Post o Zygmuncie tutaj: https://historiawsepii.blogspot.com/search/label/ZYGMUNT
W ciągu kilku lat wojny czworo dzieci i męża zabrała prababci Lodzi wojna.
Jaką udręką musiały być wieści, listy z obozów od ukochanych dzieci, a
później, kolejno wieści o ich śmierci.
Na zdjęciu widzę delikatną twarz kobiety o nieśmiałym, łagodnym uśmiechu,
której życie zgotowało los naznaczony takim cierpieniem. Matka - Niobe
pozostała wśród rodzin pozbawionych ojców.
Łatwo sobie wyobrazić, że czas nie leczy ran matek po stracie dzieci. Nie
łagodzi bólu. Pomaga jedynie nauczyć się żyć z tym cierpieniem, które gdzieś
tam w sercu zostaje na zawsze. Szczególnie przed świętami, rocznicami,
urodzinami i innymi ważnymi datami.
Mając tak
wspaniałych synów zapewne liczyła na spokojną starość w otoczeniu licznych
wnuków. Życie już nie było nigdy takie, jak dawniej.
Polska
Matko, ileś łez wylała?
Córka Heleny i Zygmunta Gadzinowskich, Teresa Jaśkiewicz opowiadała mi, że w Opatówku mówiono, że jak u Wiewiórkowskich zaczęto wynosić trumny to nie było temu końca.
Pochówku dokonywano prawie że ukradkiem. Trumnę na cmentarz
przenoszono bocznymi uliczkami ,wąską uliczką, przy której teraz znajduje się Gminny Ośrodek Kultury i
dalej między stodołami przez teren, na którym obecnie stoi pawilon
handlowy w otoczeniu kilku najbliższych osób, z małym krzyżykiem i
święconą wodą w kieszeni. Nad mogiłą odśpiewano pieśń pogrzebową np.
"Dobry Jezu...", ktoś z rodziny powiedział "Spoczywaj w pokoju..." i to
była cała ceremonia.
"Opatowianin" 10/62 Październik 1995
STRATY WOJENNE...
Mojej rodzinie wojna zabrała wszystko - przede
wszystkim ojców rodzin, żywicieli rodziny, stabilizację i wielkie nadzieje
młodych ludzi na wspaniałe życie oraz stabilizację materialną. Po dziadku została książeczka oszczędnościowa z dużą sumą pieniędzy. 3241 zł tyle pozostało i pozostaje do dziś. Po wojnie wszystko przepadło
To ok. 34 pensje, w 1939 r. wykwalifikowany robotnik zarabiał miesięcznie 95 złotych. Pracownicy umysłowi inkasowali średnio co miesiąc prawie 280 złotych, Dzisiaj można by za to kupić mieszkanie.
Rodziny, dzieci, żony nie uzyskały nigdy żadnych odszkodowań za śmierć ojców w obozie.
Ciekawostką historyczną jest odpowiedz z Min. Sprawiedliwości w
tej sprawie:
Odpowiedz Ministerstwa Sprawiedliwości na zapytanie o odszkodowania wojenne
PO WOJNIE...
Pierwszy dzwonek. Szkoła powszechna w Opatówku.
Maria po wojnie poświęcila się dziciom swoim i cudzym. Już w styczniu 1945 roku
oytrzymała propozycję podjęcia prac zmierzających do zorganizowania szkoły w
Opatówku. Zadanie to podjęła bez większego wahania. Biblioteka w
Opatówku zamieściła na swoich stronach informacje o jej pracy na rzecz
szkoły.
Maria Wiewiórkowska.
Z pisma wystosowanego w sierpniu 1945 roku do burmistrzów o wójtów
powiatu kaliskiego dowiadujemy się jak przebiegało tworzenie szkół po
wojnie. Gminy ponosiły koszt budowy w 50% a budżet państwa w pozostałych
50%.
Ponadto ludność miała opodatkować się na ten cel.
Materiały budowlane na budowę szkoły podstawowej w Opatówku miały zostać pozyskane z rozbiórki budynku poniemieckiego w Borowie.
W listopadzie 1946 roku Zarząd Gminy donosi do Starostwa Powiatowego w
Kaliszu, że zorganizowany "Tydzień budowy szkół" przyniósł kwotę
19.769,50 zebraną w wyniku ofiarności społeczeństwa (zbiórka prowadzona
przez sołtysów oraz dwie zbiórki uliczne: 27 października i 3 listopada
1946).
Pierwsze nauczanie ruszyło w budynku dawnej preparandy nauczycielskiej.
Babcia opowiadała mi, że zima była sroga, szyby powybijane, ale w
ławkach zasiedli wszyscy, którzy marzyli o nauce czytania i pisania.
Mieszkańcy Opatówka ofiarnie zebrali się na utworzenie szkoły, uzyskano sumę ponad 2 tys.
Wójt gminy Franciszek Gaweł w piśmie skierowanym do inspektora szkolnego
w Kaliszu informuje o wyborze i wydzieleniu parceli na budowę szkoły
im.Pierwszego Prezydenta Odrodzonej Rzeczypospolitej Polskiej Bolesława
Bieruta, w miejscu dawnego majątku Schlössera i Wuenschego.
Miejsce wybrano ze względu na reprezentację oraz bezpieczeństwo dzieci idących do szkoły. 1 grudnia 1951 roku odbyła się uroczystość oddania do użytku budynku szkolnego.
Wójt gminy Franciszek Gaweł w piśmie skierowanym do inspektora szkolnego
w Kaliszu informuje o wyborze i wydzieleniu parceli na budowę szkoły
im.Pierwszego Prezydenta Odrodzonej Rzeczypospolitej Polskiej Bolesława
Bieruta, w miejscu dawnego majątku Schlössera i Wuenschego.
Miejsce wybrano ze względu na reprezentację oraz bezpieczeństwo dzieci idących do szkoły. 1 grudnia 1951 roku odbyła się uroczystość oddania do użytku budynku szkolnego.
Babcia przez jakiś czas była wicedyrektorem szkoły. Do dzisiaj mam jej pisany własną ręką życiorys ze zdaniem :" do żadnej partii nie należałam". Więc być przestała...
1 grudnia 1951 roku odbyła się uroczystość oddania do użytku budynku szkolnego.
Zanim wybudowano nowy budynek szkoły naukę kontynuowano w Pałacu dawnego
właściciela Opatówka Schlössera. Dyrektorem szkoły był w latach 1945 –
1969 Jan Jaśkiewicz.
Po 1900 roku na fundamentach pałacyku Zajączka Schloesserowie ufundowali
nową rezydencję, zaprojektowaną w oparciu o wzorce rdzennie-niemieckich
zabudowań podmiejskich. W stylu norymbersko-tyrolskim
Zanim wybudowano
nowy budynek szkoły naukę kontynuowano w Pałacu dawnego właściciela
Opatówka Schlössera. Kadra nauczycielska.Maria Wiewiórkowska stoi
trzecia od prawej.
Zanim wybudowano nowy budynek szkoły0d 1945 do 1951 nauczanie prowadzono w Pałacu dawnego
właściciela Opatówka Schlössera. Kadra nauczycielska.Maria
Wiewiórkowska stoi piąta od prawej
8 maja 1975 roku szczególnie zapisał się w historii szkoły w Opatówku.
Tego dnia nadano Zbiorczej Szkole Gminnej imię wielkiego Polaka i
sportowca Janusza Kusocińskiego.
*********
Gdy byłam
dzieckiem babcia Maria była moją ukochaną babcią, później, gdy dorosłambardzo ją podziwiałam i współczułam. Przez
dwa lata była mężatką a przez następnych 60 wdową.
Maria Wiewiórkowska
Prowadziła
dom otwarty, każdy mógł wpaść bez zapowiedzi i mile go witano. Ludzie dzielili się tym, co mieli, choćby tylko wspomnieniami. Dzisiaj jest nie do pomyślenia,
żeby do kogoś pójść bez uprzedniego umówienia się. Wszyscy za czymś gonią.
Nie
przywiązywała uwagi do rzeczy, przedmiotów. Wysiedlona, straciła cenne osobiste
rzeczy i później nie miały dla niej żadnego znaczenia. W domu poza biblioteką pełną wspaniałych książek, były tylko proste, skromne sprzęty. Cierpiałam, ponieważ babcia chętnie książki pożyczała, a one rzadko wracały.
Jako jedne z
nielicznych miałyśmy telefon, często ktoś prosił, czy może skorzystać, potem
zasiadał, opowiadał, dzielił się kłopotami i radościami. Nie było sklepów
czynnych całą dobę, wiec sąsiadki wpadały po "pożyczki", po cukier,
po sól.
Każdego
wieczora ktoś przychodził do babci, która była człowiekiem-instytucją.
Doradzała, pisała pisma i podania, robiła swetry na drutach, udzielała
korepetycji z matematyki. Kobiety z okolicznych wsi, matki uczniów, przed lub po załatwieniu spraw na cotygodniowym targu wchodziły porozmawiać, przywitać się. Znał ją chyba każdy mieszkaniec Opatówka. Zaraz po wojnie została nauczycielką matematyki.
W 2018 roku odważyłam się po raz
pierwszy pojechać na miejsce kaźni mojej rodziny do obozu Mauthausen Gusen. Przez
wiele lat przygotowywałam się emocjonalnie do tej podróży, aż nadarzyła się
taka okazja. Wyjazd był możliwy dzięki staraniom Urzędu do Spraw Kombatantów i
Osób Represjonowanych, Instytutu Pamięci Narodowej i Ogólnopolskiego
Stowarzyszenia Rodzin Polskich Ofiar Obozów Koncentracyjnych. Wyjazd delegacji
z Polski stanowił jedno z wielu działań edukacyjnych związanych z tegoroczną IX
akcją medialno-edukacyjną „Zapal znicz pamięci”. Mój dziadek Marian Wiewiórkowski
był jednym z bohaterów tegorocznej akcji. Opis Akcji tutaj: https://historiawsepii.blogspot.com/2017/10/zapal-znicz-pamieci-marian.html
Liczba
Polaków deportowanych do całego kompleksu Mauthausen wyniosła 51886 osób, co
stanowi 27 proc. ogółu deportowanych. Spośród nich zginęło około 27 tys. (co
najmniej 25308 osób).
Przez Mauthausen przeszło około 190 tys. więźniów z blisko 40 narodowości.
Kompleks Mauthausen-Gusen należał do najcięższych w całym systemie
hitlerowskich obozów koncentracyjnych.
Pielęgnuję i rozwijam pamięć o tej historii, o złu,
które spotkało moją rodzinę i wiele innych polskich rodzin.
Spisane przeze mnie rodzinne wspomnienia zainteresowały twórców cyklu historyczno-dokumentalnego "Zapomniane Historie".
Jest to program telewizyjny prezentujący cykl filmów dokumentalnych dla miłośników najnowszej historii Wielkopolski. Mało
znane fakty, relacje świadków i uczestników wydarzeń, komentarze
historyków.
Na
kanwie tej historii powstał 15 minutowy dokument zrealizowany przez Telewizję Poznań. Udostępniłam moje
rodzinne wspomnienia i pamiątki w celu prezentacji tej lokalnej
historii historii i lokalnego dziedzictwa, którego ta rodzina była
częścią.
Film można obejrzeć tutaj.https://www.poznan.tvp.pl/36067763/16022018
Po wojnie Niemcy uciekli, zdematerializowali się, mimo, że przed wojną było ich tu wielu, a kamienica wróciła do rodziny na 30 lat.Jak wykańczano kamieniczników nieznacjonalizowanych? Wprowadzano do kamienicy
lokatorów i "dawano" im mieszkania. I posiłkując się Wikipedią: 21 grudnia 1945 roku wprowadzono dekretem przymusową gospodarkę lokalami.
Był to pierwszy od zakończenia II wojny światowej akt prawny regulujący
i ograniczający w sposób nieuzasadniony najem lokali mieszkalnych
będących własnością osób prywatnych. Wprowadzał pojęcie „publicznej
gospodarki lokalami”, tzn. w praktyce nacjonalizował mieszkania.
Przydział do lokali mieszkalnych leżał w gestii władz kwaterunkowych,
tj. prezydium miejskiej (gminnej) rady narodowej. W świetle przepisów
tego dekretu decyzja administracyjna o przydziale lokalu mieszkalnego
miała pierwszeństwo i była ważniejsza, niż umowa najmu zawarta z
właścicielem tegoż lokalu.
W praktyce wyglądało to tak, że ja siedziałam pod stołem i obserwowałam,
jak przychodzili do nas mieszkańcy płacić komorne. Babcia Maria wyjmowała
gruby zeszyt i zapisywała, kto zapłacił "komorne".
Ponieważ tych ludzi było wielu, ja w końcu zapytałam: Babciu, to my jesteśmy bogaci? A babcia: nie dziecko, jesteśmy biedni. Nie mogłam tego zrozumieć, nie zdawałam sobie sprawy, że wówczas własność prywatna nie była święta.
Państwo narzuciło wysokość komornego, które nie pokrywało nawet opłat
ponoszonych na rzecz mieszkańców za: remonty, malowanie klatki, wywóz
śmieci, odśnieżanie. Babcia dopłacała do tego z własnej nauczycielskiej
pensji! Taka "sprawiedliwość".
Wiadomo, że wojenna wdowa z dwojgiem dzieci nie mogła długo tak
dokładać. Kamienica w latach 80-tych została sprzedana. I babcia po raz
kolejny zawierzyła państwu. Pieniądze z transakcji wpłaciła na dwie
książeczki mieszkaniowe z pełnym wkładem. Na mieszkanie dla mamy i dla
mnie. Nim doszło do realizacji tych książeczek PRL upadł. Początek
lat 90. i transformacja ustrojowa spowodowały, że wartość naszego
pełnego wkładu na książeczce PKO wystarczyła na kupno kilku metrów
kwadratowych mieszkania. Ograbiono nas perfidnie, okradziono z ulokowanych w państwowym banku
pieniędzy. Z książeczek otrzymałam tzw. premię gwarancyjną. Były to dwadzieścia lat temu grosze.Czego nie zrobili Niemcy to dokończył system.
Jak dziecko myślałam, że komuna nigdy się nie skończy. Marzyłam o podróżowaniu, nauce języków, Ciągle pokazywali w tv Gierka. System tyranizował 40 mln Polaków, zamkniętych i odciętych od świata jak w więzieniu. Wszystko to było możliwe, ponieważ władza była w rękach "towarzyszy", komunistycznych funkcyjnych, aparatczyków, którzy wysługiwali się systemowi za dodatkowe apanaże. Uniemożliwiono tworzenie jakichkolwiek niezależnych organizacji, czy to gospodarczych czy społecznych, które mogłyby posłużyć jako podstawa antykomunistycznej współpracy. Nad wszystkim czuwał braterski Związek Sowiecki. I tak trwaliśmy w ubóstwie i cierpieniu przez 40 lat.
Wybory parlamentarne w Polsce w 1985 to były pierwsze wybory w jakich wzięłam udział.Były dla mnie horrorem. Wcale nie chciałam na nie iść, ale widziałam strach w oczach mamy. Powiedziała" "Zobaczysz, nie przyjmą cię na studia". Miałam 19 lat. Weszłam do budynku szkoły podstawowej i podeszłam do komisji wyborczej. W tym czasie pojawił się nasz lekarz pan Popiel. Dla pozorów demokracji ustawiono kabinę, w której można było ewentualnie dokonać skreśleń. Jednak gdyby komuś faktycznie przyszło to do głowy, wszystkiego pilnowali tajniacy i milicjant. Uczestniczący w peerelowskich wyborach obywatele przypieczętowywali
jedynie formalnie – w myśl zachowania pozorów demokratyzmu – decyzje
podejmowane wcześniej w strukturach partyjnych. Samo głosowanie
pozostawało już czystą formalnością. Gdy p. Popiel wszedł za kotarę rzucił się na niego jakiś tajniak z milicjantem i zaczęli go szarpać. Zrobiło się zamieszanie, ale akurat nie było wtedy wielu głosujących. Wypchnęli go stamtąd. Zrobiło to na mnie przygnębiające wrażenie. W komunikacie z 4 kwietnia 1985 r.
Tymczasowa Komisja Koordynacyjna NSZZ „Solidarność” stwierdziła, że zaproponowana przez PRON ordynacja „stanowi
zaprzeczenie zasad demokracji” i określiła podstawowe postulaty
gwarantujące demokratyczność wyborów.
W latach przemian - w roku 90 skończyłam akurat studia, można powiedzieć, że zamykałam system. Trochę za wcześnie, żeby skorzystać z przemian i upadku komuny. To był czas, gdy studia wybierało się jeszcze pod kątem zainteresowań, a nie tego, ile się będzie zarabiało w przyszłości. Moja mama, gdy ją spytałam czy wybrać germanistykę czy prawo (w roku w którym zdawałam na studia na germanistykę była większa liczba chętnych na miejsce) moja mama odpowiedziała: realizuj swoje marzenia i zainteresowania. Nie myślała merkantylnie.
Jeszcze przeżyłam braki w sklepach, odwieczne kolejki, a później pracowałam za 16 dolarów. Byłam chyba ostatnim rocznikiem na Uniwersytecie Łódzkim, który wśród
wykładów miał i ten z ekonomii socjalizmu. Reforma Balcerowicza pozwoliła nam przetrwać kryzys i wejść na nowe
tory, ale to nie było łagodne przejście. Tysiące ludzi straciło pracę, wrzucono w
system, w którym nie potrafili się poruszać. Musieli szybko stać się
zaradni, przedsiębiorczy. Szukali nowej pracy bez cienia gwarancji, że
jest dana raz na zawsze, czyli do emerytury.
W domach zagościł strach
wynikający z niepewności jutra. W pracy stykałam się z dziećmi, których rodzice doświadczali biedy i bezrobocia, z dziećmi pracowników PGR pozostawionych samym sobie, bez jakiejkolwiek pomocy materialnej.
Nie potrafiłam wyobrazić sobie przyszłości, 4 czerwca wybieraliśmy sejm kontraktowy, w którym stara władza zagwarantowała sobie aż 65 proc. miejsc. Byłam bardzo rozczarowana. Zmiany szły za wolno. Potem został wyłoniony rząd Mazowieckiego, ruszył plan Balcerowicza. Bezrobocie i bieda wygnało z Polski 2 miliony Polaków. Oceniam ten okres negatywnie.
Musimy pamiętać o naszej przeszłości. Aby
młody człowiek mógł rozumieć rzeczywistość, dyskutować, korzystać ze źródeł, potrafić komentować i uczestniczyć w życiu
publicznym, logicznie myśleć, a nie tylko czytać komentarze na pasku bądź
tytuły i samodzielnie myśleć jedna godzina nie wystarczy.
Wprowadzając do szkół rozporządzenie MEN w sprawie podstawy programowej nauczania od września
2012 r., które bardzo ograniczyło naukę historii, spowodowano niepowetowane straty. Od wieków
żyliśmy między dwoma totalitaryzmami, ponosiliśmy ogromne straty, tracąc zawsze najlepszych.
Pokolenie okresu II
Rzeczpospolitej, może być dla nas przykładem, bo udało się wychować
pokolenie patriotów. Gdyby nie oni Polski już by nie było.
Metodycznie eksterminowano inteligencję, a po wojnie komuniści skutecznie ją spauperyzowali i ubezwłasnowolnili i tak trwa to do dziś.
Poczyniono wielki błąd i kiedyś możemy zapłacić za to najwyższą cenę.
Zapominamy.
Przytoczę tu słowa dr Jaśkowskiego "Dlaczego przeciętny Polak nie zna w większości historii swojej rodziny?
Historia Polski jest bardzo dziwna. Wiedeń, Moskwa, Berlin przez 200 lat pisały nam historię. Niszczono polskie silva rerum,
almanachy naszych przodków. Ginęli ojciec, matka, dziadek, pradziadek i
wymazywano pamięć historyczną. Jeżeli wymazuje się pamięć historyczną,
to spadamy do poziomu plemiennego. Na tym mniej więcej poziomie jest
większość społeczeństwa. Nie pozwólmy na to."
Wyrwać korzenie, a roślina uschnie.
Nie pielęgnuje się pamięci. Co się stało w ciągu kilku ostatnich lat, że większość młodych Polaków
przestaje rozumieć związek swojego losu z trwałością własnego państwa i
poczuciem wspólnoty własnego narodu?
Żydzi w obliczu nazizmu pielęgnują i rozwijają pamięć o swojej historii, o złu, które ich spotkało. Wożą swoje
dzieci do muzeów i pokazują im wszystkie obozy koncentracyjne, nie
oszczędzając psychiki dziecka, aby do łez i bólu wszystko odcisnęło się w
pamięci.
A moja babcia zamilkła po wojnie na 60 lat. Nie mówiono o tym, by "nie
psuć dobrych stosunków", nie otwierać muzeów i nie stawiać pomników.
Po co
wierzyć w pamięć starszych, jeszcze żyjących, ludzi…?
A kto nie zna historii, skazany jest na jej powtarzanie.
Źródła:
archiwum rodzinne 1.Krzysztof Stryjkowski
(Archiwum Państwowe w Poznaniu) AKTA NIEMIECKIEJ LISTY NARODOWOŚCIOWEJ I
ICH POZOSTAŁOŚĆ W ARCHIWUM PAŃSTWOWYM W POZNANIU 2. E.Polak "Dziennik buchenwaldzki"
J.Śmiałowski:
Fabryka sukiennicza Fiedlerów w Opatówku Biuletyn informacyjny
"Wiadomości Gminne" Nr 5 (575) / 2009 Skorowidz miejscowości Rzeczypospolitej
Polskiej : opracowany na podstawie wyników pierwszego powszechnego spisu
ludności z dn. 30 września 1921 r. i innych źródeł urzędowych. T. 2,
Województwo łódzkie
artykuł Donosiciel. Najlepszy
przyjaciel gestapo R.Kuzak.www.ipn.gov.pl
Strona www biblioteki w Opatówku
S.Ferenc "Dzieje gminy Lisków 1939-1945"
M.Wardzyńska „Był rok 1939. Operacja
niemieckiej policji bezpieczeństwa w Polsce. Intelligenzaktion"
Jerzy
Pawlak „Polskie eskadry w latach
1918-1939” Wyd. Komunikacji i Łączności, 1989pt
Głos Ziemi : gazeta tygodniowa R. 1, nr 9 (13 czerwca 1937)
http://www.info.kalisz.pl/biograf/2fuldeh.htm http://www.info.kalisz.pl/dybowski/Rozdz9.htm "Impresje
z opatóweckiego dworu"M.Halak
Dzieje rodziny Schlösserów z Ozorkowa do 1914 roku, [w:] Zgierskie Zeszyty Regionalne, t. IV, Zgierz 2009. Z.Makarewicz
Ok 1913 rodzina Wiewiórkowskich, Leokadia i Stanisław z najstarszymi dziećmi.
Od prawej:Marian, Stanisław, na rękach mamy Helena.