Dokument to niemiecki akt zgonu z czasów II wojny światowej, sporządzony 3 listopada 1941 roku w miejscowości Spatenfelde (okupacyjny Opatówek koło Kalisza). Dotyczy zgonu mężczyzny o nazwisku Jan Skiba.
| ulica Starokaliska |
Historie tu opisane dedykuję wszystkim, których pasjonuje historia. Blog to wehikuł czasu, który przenosi w przeszłość, do wielonarodowej Polski. Wspomnienia trudnych czasów, lokalnej historii. Jestem autorką książek: "HISTORIA W SEPII. OPATÓWEK. WIEWIÓRKOWSCY", "AKCJA GESTAPO PRZECIWKO POLSKIEJ INTELIGENCJI NA TERENIE GMINY BLIZANÓW" i "OCALIĆ OD ZAPOMNIENIA.ZAPIS TERRORU LAT 1939-45 W GMINIE CEKÓW I KAMIEŃ"
| ulica Starokaliska |
W księdze mieszkańców Opatówka, prowadzonej do 1933 roku, odnajduję informację, że w domu nr 85 mieszkał Żyd Herszlik Fajgen / Feigin*, ur. w 1852 roku w Złoczewie, syn Arona i Łaji z domu Brat, wyznania mojżeszowego, z zawodu wyrobnik. Jego żoną była Estera Bajla z domu Zajdberg, I voto Czarnożył, ur. w 1841 roku w Kaliszu, córka Markusa i Cywji z domu Proch. Zmarła w 1918 roku w Kaliszu. W chwili wybuchu II wojny światowej Herszlik najprawdopodobniej już nie żył.
W Opatówku z pewnością mieszkał jeszcze jego syn, Abram Feigin / Fajgen, ur. w 1874 roku w Kaliszu, kupiec i właściciel sklepu kolonialnego (spożywczego), mieszczącego się przy dzisiejszym Placu Wolności 11. W dokumentach określany był również jako handlarz.
Jego żoną była Frimeta (Fruma) z domu Lewite / Lewita, ur. w 1868 roku w Poddębicach. Małżonkowie mieli troje dzieci:
– Izrael Mordka (Mordechaj) Feigin, ur. w 1898 roku w Poddębicach, syn Abrama i Frimety. Z zawodu był mechanikiem, pozostawał stanu wolnego. Przed wybuchem II wojny światowej mieszkał w Paryżu we Francji, gdzie przebywał również w czasie okupacji. Został zamordowany (źródło: Israel Mordchai Feigen).
– Jakób (Yaakov) Fajgen, ur. w 1901 roku w Opatówku, syn Abrama i Frimety. Po wojnie złożył świadectwa w archiwum Yad Vashem, zgłaszając śmierć 25 członków swojej rodziny oraz sąsiadów z Opatówka i Poddębic: Yad Vashem Collections - Names - Search Results )
– Frajda Fejgin, ur. w 1905 roku w Opatówku, córka Abrama i Frimety.
![]() |
| Abram Feigin / Fajgen Abraham ur.1874 Kalisz - 1941, handlarz; źródło: Gminna Biblioteka Publiczna im. Braci Gillerów w Opatówku |
Jego piękna zona Frimet / Frymeta nie przeżyła piekła wojny i zagłady swojej rodziny, ponieważ zmarła w 1928.
![]() |
Frimet Fejgen (ur. 1868, zm. 1928). Źródło: Gminna Biblioteka Publiczna im. Braci Gillerów w Opatówku |
Z Księgi Ludności prowadzonej do roku 1933 dowiadujemy się, że mieszkali w domu nr 85.
![]() |
| Fajgen Abram (Feigin), ur. 1874, Kalisz, handlarz; żona: Frimeta z d. Lewite. Archiwum Państwowe w Kaliszu |
![]() |
| Fajgen Jakób (Yaakov), ur.1901, Opatówek, s. Abrama i Frimety. Źródło: Gminna Biblioteka Publiczna im. Braci Gillerów w Opatówku |
![]() |
| Józef Spież 1892-45? |
Dziadkowie początkowo gospodarowali w Michałowie III. Z czasem Józef Spież dokupił ziemię w Cieni Drugiej i właśnie tam rodzina rozpoczęła nowy etap swojego życia. Gospodarstwo liczyło dziewięć hektarów i dawało nadzieję na spokojną przyszłość, budowaną ciężką, codzienną pracą.
Wybuch II wojny światowej zastał mieszkańców polskiej wsi w stanie głębokiej niepewności. Nikt nie wiedział, czego spodziewać się po nadchodzących wydarzeniach, ani jaką przyszłość przyniesie wojna. Wielu starszych gospodarzy wspominało jeszcze czasy „za Wilusia”, jak potocznie określano okres panowania cesarza Wilhelma*. W ich pamięci Niemcy pozostali ludźmi niezwykle gospodarnymi, zdyscyplinowanymi i pracowitymi.
Własne doświadczenia z Niemcami miał również Józef. Doskonale znał Polaków niemieckiego pochodzenia mieszkających w pobliskim Opatówku. Jego niewątpliwym atutem była biegła znajomość języka niemieckiego, która ułatwiała mu codzienne kontakty i pozwalała lepiej rozumieć ludzi po obu stronach granicy kultur.
Pewnego dnia na podwórzu Spieżów pojawił się niespodziewany gość. Był nim opatówecki rzeźnik niemieckiego pochodzenia o nazwisku Feicht, który przyjechał z bardzo konkretnym zamiarem – chciał odkupić od gospodarzy ich psa. Zwierzę cieszyło się w okolicy wyjątkową sławą. Zachwycało urodą, ale przede wszystkim budziło respekt dzięki swojej czujności i niezwykłym zdolnościom obronnym.
Feicht przybył w towarzystwie sołtysa Cieni Pierwszej Luggera (pisownia nazwiska niepewna) oraz jeszcze jednego Niemca. Towarzyszył im również jego własny pies. Pewny siebie rzeźnik zwrócił się do Józefa z prośbą, aby spuścił swojego czworonoga z łańcucha.
Józef stanowczo odmówił.
Sytuację rolników dodatkowo komplikował napływ ludzi wysiedlanych z okolicznych gospodarstw. Do domu Spieżów trafiali znajomi i rodzina, mieszkańcy sąsiednich wsi, pozbawieni dachu nad głową i nadziei na bezpieczne jutro. Jedni zatrzymywali się tylko na krótko – w drodze do krewnych lub miejsc, gdzie mieli rozpocząć nowe życie. Inni na dłużej. Przez półtora roku dawali schronienie rodzinie Nowetów z Sędzimirowic.
Gospodarstwo Józefa i jego bliskich stało się dla wielu przystanią w czasie wojennej zawieruchy. Od głodu ratowała ich hodowla królików.
Pomoc potrzebującym była głównym powodem, dla którego rodzina znalazła się na celowniku okupanta. Józef ukrywał i żywił uciekinierów i uchodźców. Zabił świnię, co w realiach niemieckich przepisów okupacyjnych uznano za przestępstwo. Został też wydany administracyjny nakaz przeniesienia Spieżów do domu Juszczaka, a Juszczaków do lepszego domu Spiszów. Po jakimś czasie spłonęły zabudowania gospodarcze Spiezów i Józef zaczął się ukrywać. Domyślał się, że zostanie oskarżony o spowodowanie pożaru. Nie zachowały się w kaliskim archiwum akta Sondergerichtu odnośnie sprawy. Najprawdopodobniej właśnie za zabicie świni bez pozwolenia niemiecki sąd skazał go na rok więzienia. Nie zamierzał jednak oddać się w ręce okupanta. Zdecydował się na ucieczkę, wierząc, że wojna wkrótce dobiegnie końca i uda mu się uniknąć niemieckiej machiny sprawiedliwości.
Przez ponad rok ukrywał się za Rajskiem, w Oszczeklinie, u swojej siostry Stanisławy Matuszak. Tymczasem na gospodarstwo Spieżów niemal codziennie przychodzili żandarmi. Rodzina żyła w ciągłym strachu – była przesłuchiwana, szykanowana, a nierzadko także bita. Z czasem również pobyt w Oszczeklinie stał się zbyt niebezpieczny.
Do rodzinnego domu Józef nie odważył się wrócić. Mimo to znalazł sposób, by choć na chwilę zobaczyć swoich najbliższych. Jego syn, również Józef, po latach wspominał niezwykłe spotkanie z ojcem na polu w Michałowie Drugim. Miał wówczas około czterech lat i nie pamiętał już dobrze twarzy ojca. Powiedziano mu jedynie, że odwiedził ich „wujek”.
Obraz tamtego dnia pozostał jednak w jego pamięci na całe życie. Pośród dojrzewającego zboża zobaczył mężczyznę trzymającego w ustach coś na kształt drewnianej fajki – fifkę do papierosów. Chłopiec spojrzał na nieznajomego i z dziecięcą szczerością powiedział:
– Mój tata też miał taką fajeczkę.
Mężczyzna nie potrafił ukryć wzruszenia. Rozpłakał się.
15 letni syn Józefa Leon pracował 1943-45 w Michałowie Drugim u Niemca Frykowskiego. Gospodarstwo miało około 15 hektarów. Wywłaszczono rolnika i na jego miejsce przyjechała rodzina Frykowskich, pochodząca prawdopodobnie z Łotwy. Żona Frykowskiego wyjeżdżała zimą do Argentyny. Latem do Michałowa przyjeżdżali goście z Argentyny. Mieli dorosłego syna o imieniu Latys, który był w wojsku. Ożenił się z sąsiadka Niemka Emmą Kaus. Gdy zbliżał się front rosyjski zarządzono ewakuację na Zachód. Frykowscy zmusili Leona do powożenia wozem na który zapakowali najpotrzebniejsze rzeczy między innymi żywność: bańki od mleka ze smalcem. Którejś nocy, gdy Niemcy spali, Leon uciekł o powrócił do domu.
------------------------------
Aresztowanie
Matka od najmłodszych lat wpajała dzieciom, jak wielką wagę ma milczenie. Powtarzała im, że choćby Niemcy „solili”, nie wolno powiedzieć ani jednego słowa o ojcu ani o tym, gdzie się ukrywa. Od tej dziecięcej dyskrecji mogło zależeć życie całej rodziny.
W grudniu 1943 roku Józef ponownie odwiedził rodzinę w Cieni Drugiej. Nie mógł już przebywać w Oszczeklinie. Żona z dziećmi była już przeniesiona do domu Juszczaków. Ukryto go więc tam w niewielkim schowku pod podłogą, który miał stać się jego ostatnią nadzieją na ocalenie. Nadzieja ta okazała się jednak złudna. Sieć konfidentów była już zbyt rozbudowana, a żandarmi doskonale wiedzieli, gdzie i kogo szukają. Otoczyli gospodarstwo i bez wahania skierowali się do kryjówki.
Mały Józiu, niespełna sześcioletni chłopiec, na zawsze zachował w pamięci tamte chwile. Gdy dom otoczyli niemieccy żandarmi dziecko posadzono na skrzyni ustawionej nad wejściem do schowka w którym ukrywał się ojciec, przykrytym samodziałowym dywanikiem. Jeden z żandarmów brutalnym uderzeniem w głowę strącił Józia ze skrzyni. W następnej chwili wyciągnięto ojca ze skrytki. Potem już z podwórza rozległy się przerażające krzyki i jęki ojca. Bezlitośnie wyprowadzono go z gospodarstwa i popędzono do Opatówka na ulicę Kościelną, gdzie na plebanii urządzono żandarmerię.
Umieszczono go na rok w więzieniu w Sieradzu, gdzie odsiedział wyrok. Tam odwiedziła go żona Franciszka.
Żona zamordowanego Józefa Spieża - Franciszka z d. Olkiewicz z Mroczek.
Nie wyszła ponownie za mąż, poświęciła się samotnemu wychowaniu dzieci.
Pochowana w Opatówku.
Polakom nie wolno było podróżować, więc pomógł jej zakupić bilet Ukrainiec Tomek pracujący w gospodarstwie Niemki w Michałowie Trzecim, która nazywała się Kaus. Jej mężem był Latys Frykowski (chodził w czarnym mundurze, może ss-mann?)Ostatnim śladem życia Józefa była wiadomość do żony:
![]() |
| List Józefa Spieża z więzienia w Sieradzu. Sieradz, 18 października 1944 r. |
Oto treść listu przepisana na współczesny język polski:
Sieradz, 18 października 1944 r.Najukochańsza Żono i wy, moje kochane dzieci!Jest mi i było bardzo przykro, że spóźniłaś się, przebywając tak kawał drogi, przez co nie mogliśmy nawet ze sobą porozmawiać. Nie mogłem też niczego od Ciebie odebrać, ponieważ mieliśmy bardzo złego strażnika [wachmana], a Leon był tutaj tylko w poniedziałek.Teraz mamy drugiego strażnika – to będzie w dwunastego, we wtorek. Jeśli tylko będziesz mogła przyjść, to bardzo Cię proszę, przyjdź. Nie wiem bowiem, czy jeszcze będziemy mogli się zobaczyć, ponieważ wywożą nas transportem w nieznane miejsce. Dlatego prosiłbym Cię, moja najukochańsza Żono, oraz was, moje kochane dzieci – bardzo Was o to proszę. Ja, Twój mąż, najpierw całuję Ciebie, kochana Żono, a także was, moje kochane dzieci. Ten nowy strażnik będzie z nami chodził przez dwa tygodnie.
Bardzo Was więc proszę, abyście nie odmówili mojej prośbie. Wiem o tym bardzo dobrze, że jest Wam ciężko i trudno, ale może Pan Bóg pozwoli mi kiedyś powrócić do domu, to wtedy Wam się odwdzięczę i będę dla Was pomocą. Prosiłbym Was więc jeszcze raz, abyście załatwili to w taki sposób, żebyśmy mogli się zobaczyć. Chciałbym jeszcze raz z Tobą, o kochana Żono, porozmawiać. Było mi bardzo przykro – sama przecież widziałaś, jak to wyglądało. No ale co ja miałem zrobić, skoro nie dało się nic ugrać [ze strażnikiem] Dlatego jeszcze raz o to proszę: przyjdźcie jak najprędzej. Jak tylko otrzymasz ten list, to zaraz przyjdź w poniedziałek. A gdybyś nawet nie mogła przynieść nic innego do jedzenia, to przynieś chociaż suchego chleba z naszego domowego wypieku. Żyjemy tutaj w trójkę, dzielimy się wszystkim i wspólnie sobie pomagamy. Prosiłbym Cię też, moja kochana Żono, oraz was, moje dzieci: przynieście mi trochę sacharyny. Mamy tutaj stałe wyżywienie i gorzką kawę, a tak mógłbym ją sobie po trochu osłodzić.
List Józefa powstał w momencie, gdy więźniowie żyli w ciągłym strachu przed „transportem w nieznane” – wywózką do obozów koncentracyjnych w głębi Rzeszy. Kilka miesięcy później, w styczniu 1945 roku, tuż przed wkroczeniem Armii Czerwonej, Niemcy dokonali krwawej likwidacji więzienia, rozstrzeliwując na miejscu ostatnich osadzonych.
Po odbyciu kary w Sieradzu nie został zwolniony. Pojawiały się pomówienia i kolejne donosy sąsiadów. Kiedy Józef się ukrywał przed aresztowaniem spaliły się budynki gospodarcze Józefa i podejrzenie padło na niego.
------------------------------
Masakra w więzieniu
Dalej prawdopodobnie przewieziono go do Radogoszczy - Rozszerzone Więzienie Policyjne” (niem. Erweitertes Polizeigefängnis, Radegast). Nigdy stamtąd nie wrócił.
Co się stało w więzieniu z Józefem zrelacjonował rodzinie po wojnie, przebywający w tym samym czasie w tym więzieniu Franciszek Juszczak (ur. 18.01.1914, syn Józefa (brat Stanisława - sąsiada Spieżów) i Katarzyny, wg źródła jakim jest strona www.straty.pl był na robotach przymusowych w okolicach Sieradza i tam został za coś aresztowany; straty.pl: był więziony w Łodzi: ul. Sterlinga, ul. Kilińskiego oraz Radogoszcz - do 19-01-1945).
Młodzi małżonkowie związali swoje życie z Szulcem – wsią o wyjątkowym znaczeniu historycznym i duchowym. To właśnie tutaj, w XVII wieku, doszło do cudownego uzdrowienia jednego z mieszkańców, który w akcie wdzięczności ufundował słynny, łaskami słynący obraz Świętej Rodziny dla kaliskiej kolegiaty . Przez stulecia osada ta cieszyła się szczególną opieką Świętego Józefa, a wiara ta głęboko wsiąknęła w tożsamość jej mieszkańców.
Nazwisko rodu Bachów wrosło w tę ziemię od pokoleń. Historyczne korzenie rodziny sięgały aż XVIII wieku, co znalazło swoje oficjalne potwierdzenie na kartach literatury. W monografii Ewy Martinek „Szulec. Wieś cudu Świętego Józefa” na stronie 50, nazwisko XVIII-wiecznego przodka, Marcina Bacha, zostało uwiecznione wśród tutejszych gospodarzy. Ta cenna wzmianka, w połączeniu z żywą pamięcią jego prawnuka Krzysztofa Romańczyka, stała się bezcennym fundamentem do odtworzenia wielopokoleniowych dziejów rodu.
Jako prawowity gospodarz w Szulcu, Marcin Bach był człowiekiem silnie związanym z ziemią, odpowiedzialnym za byt nowo założonej rodziny. Praca na roli w tamtych czasach wymagała niezwykłego hartu ducha i bezwzględnego poświęcenia. Każdego dnia Marcin zmagał się z kaprysami pogody i trudem własnych rąk. Był to żywot uświęcony tradycją, gdzie rytm dni wyznaczały pory roku, a codzienne obowiązki przeplatały się z cichą modlitwą. Z czasem ciężka praca przyniosła owoce – Bachowie wznieśli porządny, murowany dom, który stał się dumą rodziny i bezpieczną przystanią dla kolejnego pokolenia. A później powodem wysiedlenia, bowiem okupant osiedlał niemieckich osadników w dobrych domach z cegły.
Marcin byl zamożnym gospodarzem, miał dużo ziemi, specjalizował się w hodowli koni. Przed wybuchem II wojny były przysposabiane do działań bojowych w ramach formacji Przysposobienie Wojskowe Konne, otrzymywały żołd i opiekę weterynaryjną od wojska.
Z biegiem lat przeznaczenie małżonków dopełniło się w najpiękniejszy możliwy sposób. Ich ognisko domowe w Szulcu zostało pobłogosławione przyjściem na świat dzieci, które miały kontynuować historię rodu:

Stanisław ur. 1913 - zm. 2000
Stefan ur. 1915 ( zmarł w wieku 12 lat )
Piotr ur. 1924 – zm. 2002, kawaler
Spokojny, uregulowany rytm życia w Szulcu został brutalnie przerwany we wrześniu 1939 roku wraz z wybuchem II wojny światowej. Marcin Bach miał wówczas około 56 lat – był dojrzałym mężczyzną, który całe swoje życie i serce włożył w rozbudowę rodzinnego gospodarstwa.
Ziemia kaliska i Szulec zostały bezpośrednio wcielone do Trzeciej Rzeszy jako część nowo utworzonego tzw. Kraju Warty (Warthegau). Dla mieszkających tu Polaków oznaczało to początek terroru. Niemcy rozpoczęli masowe, bezwzględne wysiedlenia rdzennej ludności, dążąc do całkowitej germanizacji tych terenów. Ofiarami tej polityki padali przede wszystkim właściciele najlepszych, najbardziej zadbanych gospodarstw z solidnymi, murowanymi domami – takimi jak ten, który wzniósł Marcin.
Pewnego tragicznego dnia w drzwiach domu Bachów stanęli niemieccy urzędnicy, informując rodzinę, że mają czas na podpisanie volkslisty, w przeciwnym razie będą musieli opuścić swoją ojcowiznę. Moment ten był dla Marcina emocjonalnym ciosem. Żegnając się z własnym domem, dręczony złym przeczuciem, wypowiedział na głos prorocze słowa:
„... ja już tu nie wrócę”.
I tak też, niestety, się stało. Pierwszym etapem ich męczeńskiej drogi była Łódź, gdzie znajdowała się Centrala Przesiedleńcza (Umwandererzentralstelle). Bachowie spędzili tam kilka miesięcy w nieludzkich, uwłaczających godności warunkach – w przepełnionych, zimnych i pozbawionych podstawowej higieny barakach obozu przejściowego. To właśnie tam, w wyniku wycieńczenia i wszechobecnego chłodu, Marcin nabawił się pierwszego, ciężkiego zapalenia płuc, które trwale nadwyrężyło jego zdrowie.
Po dramatycznych miesiącach spędzonych w Łodzi, Marcin wraz z żoną i synem zostali zapakowani do wagonów i wywiezieni na teren Generalnego Gubernatorstwa, w rejon lubelski. Jako wysiedleńcy nie zostali przydzieleni do żadnej stałej pracy – rzucono ich losowi na zatracenie. Dokwaterowano ich do domów innych polskich rodzin, które same borykały się z biedą. W ciasnocie i ubóstwie, Bachowie zostali skazani na biologiczną wegetację.
W tych skrajnych warunkach, pozbawiony właściwej opieki medycznej, ciepła i odpowiedniego wyżywienia, schorowany Marcin ponownie zapadł na zapalenie płuc.
![]() |
| Marcin Bach zmarł na wysiedleniu, w miejscowości Majdan Ostrowski na Lubelszczyźnie, w sam dzień Bożego Narodzenia – 25 grudnia 1940 roku. Nad trumną stoi żona i syn Piotr (pierwszy z prawej) |
Wyniszczony organizm dumnego gospodarza z Szulca nie zdołał wygrać tej walki na obcej ziemi. Marcin Bach zmarł w nieludzkich warunkach na wysiedleniu, w miejscowości Majdan Ostrowski na Lubelszczyźnie, w sam dzień Bożego Narodzenia – 25 grudnia 1940 roku. Pochowany jest w Wojsławicach koło Chełma, woj. Lubelskie.
![]() |
| Grób Marcina Bacha (1884–1940) z Szulca w Wojsławicach koło Chełma, woj. Lubelskie. |
![]() |
| Grób Marcina Bacha w Opatówku/ Tu spoczęła jego żona i synowie. |
°°°°°°°°°°°°°°° 𓆩♡𓆪 °°°°°°°°°°°°°°°
Bardzo ciekawym wątkiem jest życie Józefa Bacha (1911-2000), syna Marcina. Jego żona Helena z domu Jodłowska pochodziła z Grybowa koło nowego Sącza. Józef kończył w Grybowie liceum klasyczne a później kierunek: spółdzielczość rolnicza na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.
![]() |
| Józef Bach stoi oparty o lewą framugę drzwi. Nr. 16 . Zdjęcie z czasów II wojny przedstawia pracowników gminy. Nr 1 Komisarz Brake, nazista. |
Autor Dominika Pawlikowska
Dokument, który masz przed sobą, to niemieckie zaświadczenie o pochówku (Beerdigungsschein) wystawione w 1942 roku na terenie okupowanej Polski. Tego typu formularze były elementem ścisłej kontroli administracyjnej, jaką III Rzesza wprowadziła na ziemiach wcielonych do Rzeszy, w tym w Kraju Warty.
Władze okupacyjne wymagały, aby każdy pochówek — niezależnie od narodowości zmarłego — był zgłoszony i zatwierdzony przez niemiecki urząd. Miało to kilka celów:
kontrola ludności (kto umiera, kiedy, gdzie),
zapobieganie ukrywaniu zgonów, zwłaszcza wśród robotników przymusowych,
utrzymanie porządku administracyjnego zgodnego z niemieckimi przepisami,
segregacja narodowościowa — stąd dopisek „Pole” w prawym górnym rogu.
Bo jest oryginalnym śladem życia i śmierci konkretnego człowieka w czasach, gdy wszystko było regulowane przez okupanta. Takie formularze są dziś:
źródłem do badań genealogicznych,
dowodem na praktyki administracyjne III Rzeszy,
elementem lokalnej historii miejscowości,
świadectwem losów Polaków w Kraju Warty.
autor: Dominika Pawlikowska
Pamiętam to miejsce z dzieciństwa. Dzisiaj już nie istnieje. Cmentarz został splantowany w 2014 roku. Dla mnie to wielka strata, ponieważ stanowił doskonały obiekt do badań historycznych dla osób, które interesują się historią lokalną tak jak ja. Maja też ogromną wartość historyczną, są często źródłem wiedzy o lokalnej historii: dawnych mieszkańcach, epidemiach, wojnach, migracjach czy kulturze regionu. Można tam znaleźć stare nazwiska, symbole religijne, style architektury i sztuki sepulkralnej. Ich zniszczenie oznacza utratę części wspólnego dziedzictwa. Nawet opuszczony cmentarz może mieć znaczenie dla potomków, lokalnej społeczności albo grup etnicznych czy religijnych. Konflikty wokół likwidacji cmentarzy często wynikają właśnie z poczucia utraty pamięci i tożsamości. W wielu krajach cmentarze są chronione prawem. Przed ewentualną likwidacją trzeba zwykle prowadzić badania archeologiczne, identyfikację grobów i procedury przeniesienia szczątków.
Jako dziecko bywałam na tym cmentarzu. Wyglądał dla mnie wtedy jak tajemniczy ogród ukryty na końcu świata. Przylegał do katolickiego. Stare, ewangelickie mogiły ginęły w wysokiej trawie, splątanych krzewach i cieniu drzew, których gałęzie pochylały się nisko nad ziemią, jakby chciały pilnować spokoju zmarłych. Między popękanymi płytami rosły paprocie i mech, a ścieżki dawno przestały być wyraźne — trzeba było ostrożnie stawiać kroki, omijając zapadnięte groby i omszałe kamienie. Powietrze miało tam inny zapach niż w reszcie cmentarza — wilgotny, chłodny, pachnący mokrą ziemią i starymi liśćmi. Ciszę przerywał tylko szelest drzew i skrzypienie gałęzi. Miało się wrażenie, że czas zatrzymał się tam wiele lat wcześniej.
Najbardziej przyciągały uwagę stare niemieckie napisy wyryte na nagrobkach. Litery były już starte przez deszcz i mróz, ale wciąż można było odczytać pojedyncze słowa: Hier ruht…, Geboren, Gestorben. Niektóre tablice miały ozdobne, gotyckie litery, inne żelazne krzyże pokryte rdzą. Nazwiska ludzi, którzy dawno odeszli — Dreszer i wiele innych — wydawały się szeptać historię miejsca, którego prawie nikt już nie pamiętał.
Między grobami można było znaleźć przewrócone anioły bez skrzydeł, popękane fotografie i kamienie zapadające się w ziemię. Dziecko mogło czuć jednocześnie strach i ciekawość — jakby odkrywało ruiny dawnego świata, ukrytego pod warstwą mchu i zapomnienia.
W 2014 ukazał się artykuł Opatówek: Splantowali, czy zniszczyli cmentarz ewangelicki? | Kalisz Nasze Miasto. Artykuł autorstwa Darii Kubiak został opublikowany 23 lipca 2014 roku i dotyczy kontrowersji wokół ewangelickiej części cmentarza parafialnego w Opatówek.
Treść artykułu w skrócie: Prof. Piotr Łuszczykiewicz z UAM w Kaliszu zauważył, że podczas prac porządkowych zniknęły stare groby ewangelickie, w tym mogiła Marianny Dreszer – krewnej jego rodziny. Profesor podkreślał, że jeszcze kilka tygodni wcześniej nagrobek znajdował się obok grobów jego bliskich, a później pozostało po nim jedynie puste miejsce z kwiatami. Jego zdaniem usunięcie mogił było przejawem braku szacunku wobec dawnych mieszkańców wyznania ewangelickiego, którzy mieli duży wkład w rozwój Opatówka.
Proboszcz parafii, ks. prałat Władysław Czamara, tłumaczył, że teren był bardzo zaniedbany i przypominał zarośnięty zagajnik. Wyjaśnił, że parafia prowadzi prace porządkowe oraz przygotowuje nowe miejsca pochówku. Zaznaczył również, że zgodnie z prawem można usuwać groby, którymi nikt nie opiekuje się i za które od ponad 20 lat nie są wnoszone opłaty. Według grabarza w miejscu wskazanym przez profesora nie było pełnego nagrobka, a jedynie leżący kamień.
Artykuł pokazuje konflikt między formalnym prawem do porządkowania cmentarza a potrzebą ochrony historycznych grobów i pamięci o lokalnej społeczności ewangelickiej.
Wielka szkoda, że cmentarz zniknął. Te nagrobki były świadectwem życia dużej społeczności ewangelików, świadectwem niemieckiego osadnictwa tutaj.
W tej części zostało dosłownie kilka grobów. Wśród nich i ten, ktoś go odwiedza i pielęgnuje.
![]() |
| Zdjęcie z kwietnia 2026. Rodzina Hein. |
Zmarły urodził się 18 grudnia
1920 roku w Spatenfelde, powiat Kalisz (Urząd Stanu Cywilnego: Parafia
Ewangelicka Kalisz – Nr 2/1921).
Ojciec: Pracownik cegielni, Ernst
Hein, ostatnio zamieszkały w Opatówku, obecnie Spatenfelde, powiat Kalisz.
Matka: Emma Hein, z domu Schornik,
zamieszkała w Spatenfelde, powiat Kalisz. Zmarły nie był żonaty. Mieszkał na ul Poniatowskiego 51. Wpisano na
podstawie pisemnego zgłoszenia Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu (Oberkommando
der Wehrmacht) w Berlinie W 30, z dnia 23 lutego 1943 r. Urzędnik Stanu
Cywilnego: (podpis nieczytelny)
Przyczyna zgonu: Poległ jako starszy szeregowy (Gefreiter) w 8. kompanii karabinów maszynowych 23. pułku piechoty.
Kluczowe informacje historyczne: Posadnikowo: Miejsce
śmierci znajduje się w Rosji. Jednostka Alfreda Heina (23.
Pułk Piechoty) brała udział w ciężkich walkach na froncie wschodnim w 1942
roku. Data zgonu a data aktu: Dokument został wystawiony prawie rok po śmierci
żołnierza, co było powszechne w przypadku zgonów na froncie (czas potrzebny na
przepływ informacji z wojska do cywilnego urzędu).
Treść dokumentu Nr 33
Spatenfelde, dnia 17 marca 1943 r. Ogrodnik Alfred Hein, zamieszkały w
Spatenfelde przy Poniatowskistrasse 51, poległ dnia 11 maja 1942 roku w
Posadnikowo, wschodni teatr działań wojennych.
Alfred Hein służył w 23. Pułku
Piechoty (Infanterie-Regiment 23), który wchodził w skład 23. Dywizji Piechoty.
Jest to jednostka o bogatej, ale i tragicznej historii, szczególnie na froncie
wschodnim. ## Szlak bojowy jednostki (maj 1942) W momencie śmierci Alfreda
Heina (maj 1942 r.), 23. Dywizja Piechoty znajdowała się w krytycznym punkcie
swojej historii.
* Lokalizacja: Jednostka brała udział w ciężkich walkach obronnych i pozycyjnych w rejonie tzw. występu rżewskiego (często nazywanego "maszynką do mięsa pod Rżewem"). Występ rżewski (nazywany też „kolanem rżewskim”) to potężne wybrzuszenie linii frontu podczas II wojny światowej, które powstało na przełomie 1941 i 1942 roku po radzieckiej kontrofensywie pod Moskwą. Był to obszar o strategicznym znaczeniu, znajdujący się w bezpośredniej bliskości Moskwy (ok. 150–200 km), co czyniło go „pistoletem wycelowanym w serce ZSRR".
* Posadnikowo: To niewielka
miejscowość w Rosji, w obwodzie smoleńskim (rejon gieziatowski). W maju 1942 r.
linia frontu przebiegała tam przez tereny bagniste i leśne, gdzie Wehrmacht
odpierał gwałtowne kontrataki Armii Czerwonej.
* 8. Kompania: Zgodnie z dokumentem, Alfred służył w 8. kompanii (karabinów maszynowych). Była to kompania wsparcia ogniowego w ramach II batalionu pułku.
Co stało się z
pułkiem później?
Krótko po śmierci Alfreda Heina, cała 23. Dywizja Piechoty została wycofana z frontu wschodniego z powodu ogromnych strat: * Czerwiec 1942: Jednostkę przeniesiono do Francji (rejon Charleroi), aby tam ją odtworzyć i odpocząć.
* Przekształcenie: We wrześniu 1942 r. dywizja ta przestała istnieć w swojej pierwotnej formie – została przekształcona w 26. Dywizję Pancerną. Później pod koniec 1942 r. sformowano nową 23. Dywizję Piechoty, która walczyła m.in. pod Leningradem.
Gdzie może być pochowany Alfred Hein? Miejscowość Posadnikowo oraz sąsiednie wioski były miejscami wielu prowizorycznych grobów wojennych. Obecnie szczątki niemieckich żołnierzy z tego rejonu są zazwyczaj ekshumowane i przenoszone na zbiorcze cmentarze wojenne.
* Największym takim cmentarzem w tym regionie jest
Duchowszczina (Duchowschtschina), gdzie spoczywa dziesiątki tysięcy żołnierzy
Wehrmachtu poległych w obwodzie smoleńskim.