Etykiety

środa, 18 czerwca 2025

Młodość Jana Przybyły. Cz. I. Wojna.

Autor: Dominika Pawlikowska

Opracowanie na podstawie wspomnień Jana Przybyły (08.11.1919 Zborów - 15.02.2001 Kiączyn Nowy, pochowany w Stawiszynie)



Losy Jana :

  1. Młodość Jana Przybyły. Cz. I. Wojna.
  2. Młodość Jana Przybyły. Cz. II. Okupacja niemiecka
  3. Jan Przybyła. W niewoli. 1941. Cz. III.
  4. Obóz pod czarną chorągwią. Soldau. Cz. IV.
  5. Pierwsze dni w Königsbergu. Okupacja niemiecka. Cz. V.1943. 1944. Bombardowanie Königsberga. Cz. VI.
  6. 1945
  7. Powrót do domu. Cz. VIII
  8. Wspomnienia Jana Przybyły. Powrót do życia. Maj 1945. Cz. IX.
  9. Wspomnienia Jana Przybyły: Moje przeżycia w Urzędzie Bezpieczeństwa w Kaliszu. 1949. Cz. X.
  10. Rehabilitacja. Cz. XI.


W rodzinie Przybyłów.

   Jan Przybyła urodził się 8 listopada 1919 roku w Zborowie, w rodzinie Antoniego i Marianny z domu Janczak. Rodzina była liczna – poza Janem w domu dorastało czworo rodzeństwa: Władysława, Józef, Czesław i Marianna. 

Długa Wieś. Langenort
Marianna I Antoni Przybyłowie z Długiej Wsi Pierwszej.
Między nimi córka Marianna. Od lewej stoją:
Jan. Władysława, Józef i Czesław. 1936 r.


   Antoni Przybyła, ojciec Jana, był człowiekiem nie tylko pracowitym, ale i przewidującym. Choć przez lata gospodarował najpierw na 12-hektarowym polu w Zborowie, a później – od 1924 roku – na 11 hektarach ziemi w Długiej Wsi Pierwszej, wiedział, że rolnictwo nie zapewni jego dzieciom godnego życia. Sam przeżył młodość, pracując w Niemczech – na wsi i w miastach, gdzie mechanizacja, porządek i wynagrodzenie szły w parze. Po powrocie do Polski zderzył się z rzeczywistością polskiej wsi: zacofaniem, biedą i brakiem perspektyw.
   Lata 30. XX wieku były dla rolnictwa okresem szczególnie ciężkim. W wyniku wielkiego kryzysu światowego ceny płodów rolnych spadły dramatycznie. Chłopi pracowali ciężko, a mimo to żyli w nędzy. Gospodarstwa były małe, rozdrobnione, pozbawione mechanizacji. Młodzi ludzie nie mieli szansy na rozwój – zostawali w rodzinnych domach, dzieląc się skrawkiem ziemi z braćmi i ojcem, często bez szans na własność .
   Antoni widział, jak ciężka, niskodochodowa i często beznadziejna była praca na roli w Polsce. Dlatego nie chciał, by jego synowie powielali ten sam trudny los. W latach 30. zdecydowana większość gospodarstw rolnych w Polsce miała charakter małorolny lub karłowaty – z powierzchnią poniżej 5 ha. Takie gospodarstwa nie zapewniały utrzymania wielodzietnej rodzinie. 
   Gospodarstwo Antoniego było już dość duże jak na ówczesne standardy, ale i tak wymagało ogromnego nakładu pracy przy małym zysku. Wielki kryzys gospodarczy (1929–1935) dotknął też polską wieś. Ceny zboża, ziemniaków, mleka czy mięsa gwałtownie spadły, a koszty życia nie zmalały. Chłopi sprzedawali płody rolne za bezcen, czasem nawet „za długi”. Mówiono wtedy, że „chłop haruje jak wół, a żyje jak dziad”. Na jednej gospodarce musiało się utrzymać kilka pokoleń. Młodzi ludzie nie mieli szans na usamodzielnienie się ani na wydzielenie własnych gruntów. Stąd ogromna migracja do miast lub za granicę. 
   Antoni, który to widział w praktyce, postanowił zawczasu skierować synów na inną drogę. Marzył, by zdobyli zawód, który dawałby większe możliwości życiowe, szacunek społeczny i finansową niezależność. Dlatego postanowił wykształcić ich w zawodach rzemieślniczych: Józef miał zostać piekarzem, a Jan – rzeźnikiem. Wybór nie był przypadkowy. W tamtym czasie zawód rzeźnika był nie tylko szanowany, ale i gwarantował utrzymanie. Mięso było towarem pożądanym, a kto potrafił je dobrze przygotować, mógł liczyć na klienta.

Rzeźnicy stawiszyńscy. Pierwsze kroki w zawodzie.

   W 1934 roku Jan ukończył siedmioklasową Publiczną Szkołę Powszechną im. Wincentego Pola w Stawiszynie. Tego samego roku rozpoczął naukę zawodu rzeźnika w zakładzie Stefana Olszanowskiego przy ulicy Kaliskiej. Rzemiosło to miało w Stawiszynie długą tradycję – funkcjonowało tam aż trzynastu polskich rzeźników i dwa sklepy żydowskie. Mimo konkurencji, mistrzowie cechu darzyli się wzajemnym szacunkiem, wspólnie uczestnicząc w pogrzebach, uroczystościach i corocznej mszy za zmarłych rzeźników. 
   Choć Stawiszyn był niewielkim miasteczkiem, życie gospodarcze tętniło w nim żywo. Szczególnie silne było rzemiosło – w każdej uliczce mieściły się zakłady rzemieślników: szewców, stolarzy, piekarzy i, oczywiście, rzeźników. Tych ostatnich było aż trzynastu – każdy miał własny warsztat i sklep, a ich nazwiska były dobrze znane nie tylko w mieście, ale i w okolicznych wsiach. Oto pełna lista stawiszyńskich rzeźników tamtych lat: Władysław Sieradzki, Antoni Sieradzki, Józef Sieradzki, Ernest Sztark, Romuald Płonecki, Władysław Laskowski, Józef Woldański, Michał Graliński, Tadeusz Marcinkowski, Michał Bończak, Stefan Olszanowski, Nikodem Stawicki oraz Spółka Mieczysława Fogta i Jana Kwiatkowskiego.
   Do tego dochodziły dwa żydowskie sklepy mięsne, które prowadziły ubój rytualny według zasad religii mojżeszowej.

Stawiszyn 1939 rok. Uczniowie rzeźniccy ze Stawiszyna. Od lewej: 1 ?, 2 ? 3. Jan Przybyła z Długiej Wsi Pierwszej, 4. Franciszek Wróblewski z Rychnowa, 5. Kazimierz Piotrowski z Piątku Małego, 6. Henryk Sieradzki ze Stawiszyna, 7. ? Maszerują przez Plac Wolności w Stawiszynie.
Proszę zwrócić uwagę na samochód z tyłu. Stoi przed kamienicą na ul. Konińskiej 1, należącą do Józefa Czecha, restauratora. Mieszkał tam z małżonką Antoniną z d. Basińska. 
Dom po prawej nr 2/1 ul. Konińska należał do braci – kupców mieszkających w Stawiszynie od urodzenia. Wszyscy byli też współwłaścicielami sklepu żelaznego. Byli to: Herman-Hersz Sztifter ur. 1854-1931(ożeniony z Esterą z d. Sztifter), Zelig Sztifter ur. 1856, kawaler i Marcin Sztifter ur. 1872, kawaler. Herman i Estera mieli córkę  Stefanię ur. 1896, wyprowadziła się w 1935 do Łodzi i syna Józefa ur. 1898, który zmarł w 1975.


Rzemieślnicza wspólnota.

    Rzeźnicy, choć konkurowali ze sobą o klientów, tworzyli wspólnotę. Należeli do cechu, wzajemnie się szanowali, a w trudnych chwilach – jak śmierć kolegi lub jego bliskich – jednoczyli się. Uczestniczyli w pogrzebach, odprawiali wspólne msze za zmarłych rzemieślników, a po nabożeństwach zbierali się przy wspólnym stole. Takie cechowe biesiady odbywały się co roku, w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu – pełne wspomnień, żartów, dobrego jedzenia i braterskiej atmosfery.
Na co dzień jednak toczyła się cicha rywalizacja: o jakość wyrobów, smak kiełbas, świeżość mięsa. Kto miał lepszy towar, ten wygrywał. A wygrywać chciał każdy. 
  Nowi mistrzowie, młodzi rzeźnicy tacy jak Michał Bończak z Dzierzbina i Stefan Olszanowski z Długiej Wsi Trzeciej, wyróżniali się jakością wyrobów, co budziło zazdrość starszych kolegów. Napięcia narastały, a Jan, jako terminator Olszanowskiego, nieraz stawał się obiektem niechęci.

Zdarzenie w rzeźni rytualnej.

   W 1939 roku społeczność żydowska w Stawiszynie liczyła około 800 osób, co stanowiło mniej więcej 25–30% ogółu mieszkańców miasta. Stawiszyn był niewielkim miasteczkiem, w którym – jak w wielu tego typu miejscowościach w centralnej Polsce – ludność żydowska odgrywała ważną rolę w życiu gospodarczym, szczególnie w handlu i drobnym rzemiośle. Prowadzili też własną rzeźnię rytualną (szlacht), gdzie odbywał się ubój koszerny zgodnie z zasadami religijnymi. Przestrzegali ściśle norm religijnych i mieli własną synagogę oraz cmentarz żydowski, położony na obrzeżach miasta.
   Tuż przed Wielkanocą miało miejsce zdarzenie, które wstrząsnęło lokalną społecznością. Józef Sieradzki, jeden z rzeźników, chcąc odkupić jałówkę od żydowskich właścicieli, namówił Jana i jego kolegę Franka Wróblewskiego, by przeszkodzili w uboju. W planie było uszkodzenie rytualnego noża, tak aby rytuał nie został dopełniony, a zwierzę nie mogło zostać uznane za koszerne.
   Żydowski ubój rytualny – szechita – polegał na wyjątkowo precyzyjnym, szybkim przecięciu gardła zwierzęcia ostrym nożem o idealnie gładkiej powierzchni. Zwierzę nie mogło być wcześniej ogłuszone, zgodnie z przepisami halachicznymi. Cały akt musiał zostać dokonany jednym ruchem, bez zacinania, przez specjalnie przeszkolonego rzeźnika – szocheta. Przed ubojem krowę lub cielaka unieruchamiano, krępując wszystkie cztery kończyny i podwieszano. Dla postronnych świadków – zwłaszcza tych nieznających przepisów religijnych – widok ten mógł sprawiać wrażenie brutalności, a nawet znęcania się nad zwierzęciem.
   Gdy Jan i Franek zakradli się do rzeźni, dostrzegli na stole rytualny nóż. Franek przeciągnął nim po desce, uszkadzając jego krawędź, po czym obaj szybko się oddalili. Wkrótce rozpoczął się ubój. Szochet chwycił nóż, lecz ten – stępiony – nie przeciął nawet skóry. W rzeźni rozległ się krzyk.
— Giewałt! – rozległo się z ust jednego z Żydów. — Giewałt!
   Zamieszanie było ogromne. Podejrzenie szybko padło na Jana i Franka, którzy kręcili się tego dnia w zakładzie. Obaj jednak stanowczo zaprzeczali, że mieli z tym cokolwiek wspólnego. Żydowscy właściciele domagali się ich odsunięcia od pracy przy pracy na co najmniej pół roku. Nie było jednak ku temu podstaw prawnych, a Józef Sieradzki twardo stanął w ich obronie. W efekcie odkupił ową jałówkę – niekoszerną już według przepisów – i był zadowolony z transakcji. 
   Jan pamiętał domy przy Rynku, w których mieszkali Żydzi — sąsiedzi, koledzy ze szkoły. Pamiętał dźwięk jidysz na ulicy, śmiech dzieci.
  Ubój rytualny w Stawiszynie na ulicy Konińskiej 6/3 prowadził rzeźnik Lewek Krotowski ur.21.05.1867 w Stawiszynie, z. 1935, syn Mośka – Kaufmana i  Fajgli z d. Krotowska. Jego żona była Pessa z d. Holc ur. 1864 w Stawiszynie, córka Izraela i Hindy z d. Fuks. Mieli córkę Rojzę ur. 1907 ( w 1940 deportowana do Auschwitz – dopisek autorki).
   Ubój rytualny w Stawiszynie na ulicy Konińskiej nr 13/5 prowadził Lajbuś Heber ur.18.05.1878 w Praszce. Jego żoną była Raca z domu Lewin ur. w 1880 roku w Złoczewie. Ich dzieci to Fajwuś – Nusen ur.1901, Doba – Rachel ur.1904 (wyszła za mąż za Lajbusia Rozentala ze Stawiszyna), Izrael – Icek ur.1911, Jankiel – Dawid ur.1908, Fajga ur. ?, Marjem ur.1913 – wszyscy w Złoczewie, Abram ur.1925 w Stawiszynie. Do Stawiszyna przeprowadzili się z Godziesz w 1917, następnie przeprowadzili na ulicę Marszałka Piłsudskiego nr 3 w Stawiszynie. 
  Na na ulicy Konińskiej nr 10/4 mieszkał czeladnik rzeźnicki Moszek – Kaufman Krotowski ur.10.11.1893 w Stawiszynie z żoną Rykelą Weic ur. 1898 w Kaliszu. Do 1920 Rykela mieszkała w Kaliszu na ul. Szopena 7. Mieli 3 dzieci.
   W styczniu 1940 roku przyszli Niemcy i kazali im się pakować. Najpierw do Kalisza. Potem, 12 lutego, resztę zawieziono do getta w Koźminku. Tam wegetowali. W 1942 roku większość wywieziono do Chełmna nad Nerem. I tam ich zamordowano.
   Z całej stawiszyńskiej społeczności żydowskiej nie wrócił prawie nikt. Cmentarz żydowski we wsi Kiączyn Stary — zapomniany, zarastający trawą — był niemym świadkiem. Tylko macewy, popękane i przekrzywione, mówią, że tu kiedyś był naród, który żył, śmiał się, modlił, chorował i umierał po ludzku. Harcerze z 1 Stawiszynskiej Drużyny Harcerzy imienia Króla Jana III Sobieskiego, pod komendą drużynowego Jerzego Widerskiego dbają o te kamienie, a właściwie o to, co z nich zostało.

Nielegalny ubój.

   Brukowanymi uliczkami Stawiszyna, w kapeluszu, z laseczką w dłoni przechadzał się często Henryk Łowicki (1889–1941) – burmistrz. Jan widywał go, zaglądającego do sklepów, pytającego rzeźników o jakość mięsa, gospodarzy o stan rowów melioracyjnych.
— Pamiętajcie, panowie, czystość to nie luksus – to obowiązek!
Tak mawiał. I nie były to puste słowa. Łowicki silnie akcentował kwestie higieny miejskiej. Za jego rządów miasto naprawdę wypiękniało. Chodniki – choć wąskie – były równe i wysypane piaskiem. Rynsztoki wapnowane. W każdą sobotę mieszkańcy zamiatali ulice przed domami. Jeśli ktoś się opierał – przychodził mandat, a czasem i burmistrz osobiście. Był też szarwark – miejskie prace obowiązkowe. Raz w roku każdy gospodarz musiał przepracować dzień dla miasta: przy naprawie drogi, rowów albo budowie mostku. Nikt się nie skarżył. Bo Łowicki nie wymagał więcej, niż sam dawał. W 1940 roku burmistrz zniknął. Mówiono, że gestapo go zabrało. Był na liście proskrypcyjnej – tej słynnej, którą Niemcy mieli gotową od dawna: nauczyciele, księża, burmistrzowie, harcerze. Ludzie, którzy nieśli światło. Zginął w Mauthausen-Gusen, w austriackim obozie koncentracyjnym. Jan długo nie chciał w to uwierzyć. Kiedy po wojnie odwiedził cmentarz i zobaczył tablicę z nazwiskiem Henryka Łowickiego, poczuł, że skończyła się nie tylko epoka, ale i część jego własnej młodości.
   Jan najlepiej zapamiętał jedną sytuację – kiedy to dzięki burmistrzowi uniknął większych kłopotów. Był jeszcze terminatorem u Stefana Olszanowskiego. Dzień przed imieninami marszałka Rydza-Śmigłego zabił dla majstra trzy cielaki. Ubój odbył się "na lewo" w domu, nie w zakładzie. Kiedy jeden z konkurencyjnych rzeźników – zawistny kolega – doniósł na niego, natychmiast wkroczyła policja z urzędnikiem Krzewskim*. Jan, żeby chronić majstra, wziął winę na siebie. 
— Cielaki ryczały z głodu od dwóch dni, a majster był "na wódce" – powiedział – nie mogłem słuchać ich ryku. Gdy sprawa zawisła na włosku, wstawił się za nim sam burmistrz Łowicki. Ponoć osobiście porozmawiał z urzędnikiem miejskim, znał też dobrze Stefana Olszanowskiego i cenił go za solidność. Dzięki temu cała sprawa „rozeszła się po kościach”.
   Mimo tego, wrogowie majstra próbowali skłócić go z uczniem. Nie udało im się – Jan był ceniony, samodzielny, potrafił kupować świnie „na oko”, bez ważenia, tak jak to wtedy było w zwyczaju. Jednak gdy nadeszły końcowe miesiące praktyki, Olszanowski przyjął nowego ucznia, Kazimierza Piotrowskiego. Jan miał zostać w zakładzie, ale nie przystał na proponowaną pensję – wolał niezależność i handel.

Cień oskarżenia. Gorycz niesprawiedliwości.

   Drugi dzień świąt Bożego Narodzenia zapowiadał się radośnie. Jan, wraz z kolegami — Józkiem Czekalskim i Heńkiem Sztarkiem — szli na zabawę młodzieży katolickiej do domu parafialnego. Po drodze mijali zakład rzeźniczy Stawickiego. Józek poprosił Jana, żeby wszedł do majstrowej po kiełbasę – on sam się wstydził. Jan zgodził się bez wahania. Nie spodziewał się, że nazajutrz ta niewinna przysługa stanie się przyczyną upokorzenia. Rankiem, gdy przyszedł do pracy, atmosfera była dziwnie napięta. Ktoś powiedział majstrowi, że kiełbasa pochodziła z jego zakładu. Majster nie patrzył mu w oczy. W zakładzie czuć było niepokój, który wisiał w powietrzu. Wreszcie majster rzucił w jego stronę: — Mówią, że ukradłeś kiełbasę. Jan poczuł, jak robi mu się gorąco. Ukradłem? Ja? Kiełbasę? Przecież nawet nie dotknąłem niczego bez zapłaty... 
Chciał coś powiedzieć, zaprzeczyć, krzyknąć — ale w gardle miał węzeł z niedowierzania i złości. Najgorsze jednak przyszło chwilę później — majster nie zapytał. Nie dał szansy. Nie spojrzał mu w oczy jak dawniej. A przecież tyle razy mi ufał. Pozwalał kupować świnie, zostawiał sam w warsztacie. Wiedział, że znam się na robocie. Mówił: „Janek, z ciebie będzie fachowiec.” Byłem dobrym uczniem. A teraz? Wszystko legło w gruzach przez jedno głupie pomówienie... Jan wstał, odłożył noże i fartuch. — W takim razie odchodzę, — powiedział cicho, ale stanowczo. Szła z nim przez całe miasto – ta gorycz, która paliła gardło. Czuł się nie tyle skrzywdzony, co zdradzony. Nie przez kolegów — do donosów był przyzwyczajony. Ale przez majstra, którego szanował, któremu oddał tyle sił. Którego chronił, gdy był w opałach. Nie chodziło o kiełbasę. Chodziło o to, że nie dał mi szansy. Nie stanął po mojej stronie. Po raz pierwszy Jan zrozumiał, że nawet najlepsze intencje mogą być zdeptane przez ludzkie słabości — strach, plotkę, zazdrość. W głowie powtarzał sobie: "Jeszcze przyjdzie dzień, że się okaże, kto mówił prawdę..."
Ale na razie pozostała mu tylko pustka — i żal.

Egzamin czeladniczy. Wstrzymane papiery.

   Egzamin czeladniczy w zawodzie rzeźnika przed II wojną światową w Polsce był poważnym, wieloetapowym sprawdzianem wiedzy i umiejętności praktycznych, nadzorowanym przez Izby Rzemieślnicze. Stanowił formalne zakończenie nauki zawodu i był niezbędny, aby zostać pełnoprawnym czeladnikiem i móc pracować samodzielnie lub otworzyć własny warsztat (po dalszym egzaminie mistrzowskim).
   Egzamin składał się z trzech głównych części: praktycznej, technologicznej i teoretycznej. Część praktyczna odbywała się zwykle w miejskiej rzeźni i polegała na przeprowadzeniu uboju zwierzęcia  zgodnie z zasadami humanitarnego uboju oraz fachowym rozbiorze tuszy. Kandydat musiał wykazać się znajomością anatomii zwierzęcia, technik patroszenia i precyzją cięcia. Każdy jego ruch obserwowali mistrzowie rzeźniczy, czasem także urzędnik z Izby Rzemieślniczej.
   Część technologiczna egzaminu polegała na przygotowaniu wędlin. Egzaminowany musiał odpowiednio przyprawić mięso, nadziać jelita i zaprezentować znajomość procesów peklowania, wędzenia oraz przechowywania gotowych wyrobów. Liczyły się również estetyka, czystość oraz smak produktu. Ta część odbywała się zazwyczaj w warsztacie wyznaczonego mistrza. Egzamin teoretyczny przyjmował formę ustną lub pisemną i sprawdzał wiedzę z zakresu higieny i postępowania sanitarnego z mięsem, budowy narzędzi i maszyn rzeźniczych, rozpoznawania chorób zwierząt rzeźnych, a także zasad sprzedaży, przechowywania mięsa oraz znajomości przepisów prawnych, w tym miejskich regulacji i opłat skarbowych za ubój.
   14 lutego 1938 roku Jan stanął przed komisją czeladniczą w nowo otwartej rzeźni w Kaliszu. Egzamin praktyczny szedł mu wyśmienicie – tak dobrze, że został przerwany w połowie. Zaniepokojony, sądził, że coś zrobił źle. Jednak starszy czeladnik Walenty Kołodziejczyk, również ze Stawiszyna, wyjaśnił, że komisja widziała wystarczająco dużo, by ocenić jego umiejętności. –Wystarczyło popatrzyć na nóż w twoich rękach.
   Po teście Jan udał się na ulicę Stawiszyńską do zakładu pana Nawary, gdzie zdawał egzamin z wyrobu wędlin. Tam dowiedział się, że jego papiery czeladnicze zostały wstrzymane. Domyślił się, że przyczyną mogła być nagonka ze strony byłego mistrza. Walenty Kołodziejczyk pocieszał go i zapewnił, że zdał celująco. Zaproponował mu nawet pracę w Kaliszu. Choć Jan poczuł ulgę, pozostał w nim żal – nie dlatego, że nie zdał, ale że zawiódł się na mistrzu, którego lojalnie chronił.

Pojednanie.

   Był ciepły, czerwcowy dzień, gdy Jan wsiadł na rower i ruszył do Stawiszyna. Zatrzymał się przy miejscowej restauracji — chciał zagrać partię bilarda, oderwać się od myśli, które ostatnio nie dawały mu spokoju. W środku przy stole siedziało kilku mężczyzn, a wśród nich — majster Olszanowski. Byli już po kilku głębszych, rozmowa płynęła głośno i nieskładnie, jak to bywa, gdy alkohol rozwiązuje języki. Zobaczyli Jana i zawołali go do stolika. Zapraszali serdecznie, z uśmiechami i uniesionymi kieliszkami, lecz Jan nie miał ochoty siadać z nimi. Wszyscy w tej sali wiedzieli, że nosił w sobie słuszny żal do Olszanowskiego. Niegdyś ufał mu, liczył na niego, ale ten zawiódł — i to boleśnie. Rozmowa szybko przeszła na sprawy osobiste. Jeden z kolegów, sąsiad Rącki, odezwał się do majstra z niespodziewaną szczerością: — Ty mu bardzo zaszkodziłeś. Skrzywdziłeś go, choć on ci nic nie zrobił. Źli ludzie cię na niego napuścili. I co? Jan milczał. A ty, majster, co zrobiłeś? Drugi z mężczyzn dodał z przekąsem, głośno, by wszyscy usłyszeli:— Takich powinno się zgłaszać.       

  Nazajutrz, bladym świtem, jeszcze przed czwartą, zaskoczony ojciec wyszedł na podwórze. Przed domem stał majster Olszanowski, spięty, z niepewnym wzrokiem, trzymając torbę z butelką wódki i jedzeniem na zakąskę. Chciał się z Janem zobaczyć. Mówił, że w ważnej sprawie. Ojciec był osłupiały — nie wiedział, co myśleć. W izbie majster rozstawił przyniesione rzeczy na stole.  Gdy Jan wszedł, zerwał się i bez słowa objął go mocno. — Janek… wybacz mi. Zwrócił się do ojca i matki, z gorącą prośbą: — Wstawcie się za mną… pomóżcie mi dotrzeć do niego. Potem znów patrzył tylko na Jana. — Daję ci słowo, wszystko naprawię. I dopóki będę żył, będę ci wdzięczny. Dałem się napuścić na ciebie, głupi byłem… Ojciec popatrzył długo na Jana, po czym spokojnie rzekł:— Synu, dogadaj się z nim. Będziesz miał czyste sumienie, że pomogłeś człowiekowi, a nie zaszkodziłeś. To ważniejsze niż sprawiedliwość. To miłosierdzie. Słowa ojca poruszyły coś w Janie. Wiedział, że jego ojciec zawsze — jeśli tylko mógł — stawał po stronie pojednania. Dla niego człowiek był zawsze ważniejszy niż krzywda, nawet ta najgłębsza. — Sumienie mnie gryzie cały czas — powiedział cicho majster.  Podaliśmy sobie ręce. Na zgodę.

Czeladnik z papierami.

   13 lutego 1939 roku Jan Przybyła z dumą odebrał upragnione świadectwo. Zdał egzamin czeladniczy przed komisją w Kaliszu i od tej chwili mógł oficjalnie nazywać się czeladnikiem rzeźniczo-wędliniarskim. Uznanie komisji, pochwały starszych czeladników i trudna, ale przebyta droga sprawiły, że Jan poczuł się gotowy na dorosłość. 
   Miał zawód, doświadczenie, zaufanie klientów – i ambicje, by kiedyś otworzyć własny zakład. Świat wydawał się otwarty. Nikt jednak nie przypuszczał, jak szybko te plany rozwieje historia.

Wrzesień nad Prosną.

   Sierpniowe dni 1939 roku spowiła dziwna cisza — jakby świat wstrzymał oddech. Ale ci, którzy mieli choć odrobinę rozsądku lub przeczucia, wiedzieli, że coś wisi w powietrzu. Nad Prosną zaczęto kopać okopy strzeleckie. Saperzy z wojska i mężczyźni z okolicznych wsi w pocie czoła ryli ziemię, przygotowując stanowiska obronne. Na wiejskich placach i w szkołach odbywały się zebrania, szkolenia przeciwgazowe i instruktaże na wypadek bombardowania. Powołano do życia oddziały Obrony Narodowej. Duch patriotyzmu tlił się w ludziach jasnym, gorącym płomieniem.
   24 sierpnia 1939 roku ogłoszono pierwszą mobilizację. Fala uniesienia przetoczyła się przez Stawiszyn i całą okolicę. Ludzie z ochotą garnęli się do obrony ojczyzny. Nawet ci, którzy formalnie jeszcze nie podlegali pod wojsko, próbowali przedostać się do punktów zbiórek, byle tylko walczyć z Niemcem. W sercach nosili gotowość do ofiary.
   Józef, starszy brat Jana, prowadził w miasteczku piekarnię. Miał co zostawić — dom, warsztat, rodzinę. Ale i on nie chciał zostać. Porzucił wszystko i siłą pchał się na ciężarówkę z żołnierzami. Trzeba go było z niej zdjąć, odciągnąć niemal siłą i zaprowadzić do domu. 
   1 września 1939 roku, o 4:30 rano, Niemcy przekroczyli granicę. 
Wojna, której nikt nie chciał, ale wszyscy się jej spodziewali, stała się faktem. Samoloty Luftwaffe zrzucały bomby na polskie miasta. Ludzie z pogranicza rzucili się do ucieczki w głąb kraju. Szosy zapełniły się karawanami wozów — drabiniastych, przeładowanych dobytkiem, ze zwierzętami przywiązanymi na sznurkach: krowy, barany, świnie. Z tyłu biegły dzieci, a kobiety szlochały, żegnając domy, które lada dzień mogły już nie istnieć.
   Wielu żołnierzy nie zdążyło nawet założyć mundurów. Część nie miała broni, a inni w ogóle nie dostali rozkazów. Dywersanci i zdrajcy, których Niemcy wcześniej przygotowali, zaczęli działać. Sabotaże, dezinformacja, paniczne wieści podsycały chaos.
   W Stawiszynie, mimo wszystkiego, zawiązała się oddolna obrona. Jan został powołany na jej czele. Miał broń — lecz brakowało amunicji. Wiedział, że bez kul każdy pistolet to tylko martwy ciężar. Z pomocą przyszedł burmistrz miasta, Henryk Łowicki, i Zygmunt Kitt. W kasie pancernej miejskiego urzędu przechowywano zapas nabojów — przekazano je Janowi bez zwłoki.
  Oddział, którym dowodził, miał prosty rozkaz: informować wojsko o ruchach nieprzyjaciela, utrzymywać porządek i zatrzymywać osoby podejrzane. W tym czasie w Stawiszynie działało dwóch pastorów ewangelickich. Jeden z nich, sprytny i charyzmatyczny, założył nawet tzw. „ewangelicki kościół narodowy”. Pod płaszczykiem kościoła prowadził działalność dywersyjną, nazywał się Wilhelm Kersner*. Zdołał jednak uciec, nim został zatrzymany. 
   Nad Prosną unosił się kurz. Czas nadciągał jak burza — nieubłagany, ciężki, złowrogi. Jan wiedział, że to dopiero początek.
   4 września 1939 roku Stawiszyn pogrążył się w panice. Rankiem dotarła wiadomość, że Niemcy są już w Kaliszu. Ludzie zamarli w przerażeniu. Mężczyźni – wszyscy oprócz starców – pakowali się w pośpiechu i uciekali za wojskiem, kierując się w stronę Warszawy i mając nadzieję na odnalezienie punktów mobilizacyjnych. Na podwórzu ojca zaroiło się od wozów drabiniastych pełnych uciekinierów z poznańskiego. Ojciec, zachowując spokój, próbował przemówić do rozsądku: tłumaczył, że dalsza ucieczka to narażanie się na naloty. Wielu posłuchało ocalając w ten sposób życie.
   Jan wziął rower i ruszył przez Petryki w stronę Zbierska. Przy cukrowni wjechał na drogę prowadzącą do lasu. Ale Zbiersk był już zajęty. Niemcy, widząc tłum uciekających, zaczęli strzelać – nie celując, ale wystarczająco, by zasiać popłoch. Ludzie porzucali rowery i pędzili przez pola. Nagle zza zakrętu wyjechała niemiecka tankietka. Gąsienice zaczęły zgrzytać po piachu, a karabin maszynowy pluł ogniem. Cudem udało się dotrzeć do lasu. Chłopak był przygotowany – miał przy sobie pistolet z pełnym magazynkiem i zapasem amunicji. Postanowił, że jeśli zostanie ranny, będzie się bronił do końca. Nie musiał. Tym razem los był łaskawy.

Pierwsze starcie.

  Tuż przed wsią Zamęty natknął się na polskich żołnierzy. Szykowali się do odparcia wroga. W tym momencie z kierunku Warszawy nadleciało pięć ciężkich niemieckich bombowców. Na rozkaz dowództwa otwarto ogień ze wszystkich dział i ciężkich karabinów maszynowych. Na oczach chłopaka trzy samoloty stanęły w płomieniach i runęły w ziemię. Reszta się wycofała. Wojsko otrzymało rozkaz wycofania się za Wartę. Chłopak nie wahał się – ruszył za nimi. Po drodze spotkał znajomych: Żyda Gipsa i Niemca Benckiego. Obaj również uciekali na rowerach. Wieczorem byli już pod Turkiem. Szosa wiodąca do miasta była zapchana. Nagle nadleciały niemieckie samoloty myśliwskie. Ostrzał z powietrza zamienił drogę w piekło. Żołnierze i cywile rzucali się w panice do rowów, wóz za wozem przewracał się, niektóre zaczepiały dyszlami i tarasowały całą trasę. Wszędzie leżeli ranni i martwi. Przez Turek przejechali nocą, a za miastem zastali kolejne pobojowisko.

Dołączenie do wojska. Spotkanie z dziedzicem.


   Dalsza trasa prowadziła przez Uniejów do wsi Przekona, gdzie stacjonował 29 Pułk Strzelców Kaniowskich z Kalisza. Chłopak wraz z kolegą Szczepanem Wawrzyniakiem udał się do dowództwa, aby zgłosić się do służby. Tam spotkał znajomego ojca – dziedzica Karśnickiego. Janek, choć nigdy wcześniej nie rozmawiał z panem z Majkowa, doskonale wiedział, kim był Feliks Karśnicki.
   W całej okolicy mówiło się o nim z mieszaniną szacunku i pewnego dystansu — jak przystało na człowieka, który urodził się z herbem Jastrzębiec przy nazwisku, a jednocześnie potrafił uścisnąć dłoń chłopa, jak równemu. Feliks Karśnicki był przedstawicielem starego rodu szlacheckiego herbu Jastrzębiec. Rodzina Karśnickich od pokoleń posiadała majątek ziemski w Majkowie, który w XIX i na początku XX wieku był ważnym ośrodkiem ziemiaństwa w regionie kaliskim. Sam Feliks ukończył wyższe studia rolnicze (najprawdopodobniej w Rydze lub w Wiedniu), a jego gospodarstwo uchodziło za wzorowe. Interesował się nowoczesnym rolnictwem, wprowadzał innowacje agrotechniczne, prowadził szkółki i wspierał lokalne inicjatywy edukacyjne. Karśnicki był też zaangażowany w życie społeczne — utrzymywał dobre relacje zarówno z sąsiednimi rodzinami ziemiańskimi, jak i z lokalną ludnością.
   Na początku ich odrzucono, ale kiedy chłopak oświadczył, że był komendantem Obrony Narodowej w Stawiszynie i że ma broń i amunicję, wstawił się za nimi Karśnicki i przyjęto ich natychmiast. Benckiemu i Gipsowi oznajmił, że zostaje z wojskiem. Gipsowi oddał swój rower – jego był niesprawny.

Książeczka wojskowa Jana Przybyły

   Wojsko zakwaterowało się w majątku Pniewy na północ od Uniejowa. 6 września, około południa, z kierunku Warszawy powracało pięć niemieckich bombowców. Kiedy przelatywały nad wsią, niespodziewanie z chmur wyłonił się polski myśliwiec. Rozpętała się walka w powietrzu – jaskółka przeciw bocianom. Trwało to ledwie dziesięć minut, ale widok był niezapomniany. Trzy bombowce zapłonęły i spadły, dwa zdołały uciec. Myśliwiec, trafiony w skrzydło, musiał awaryjnie lądować.      Dowództwo natychmiast udało się z pomocą pilotowi. Po dwóch godzinach udało się naprawić maszynę, która znów wzbiła się w niebo. Wtedy padły słowa, które chłopak zapamiętał na całe życie: pilotem był kapitan Marian Bajan, a w kabinie razem z nim – Wanda Piłsudska, córka Marszałka*. Był to dzień wielkiej radości i wzruszenia. W kolejnych bitwach, gdy robiło się naprawdę gorąco, dowódcy krzyczeli do żołnierzy: – Walczmy jak Wanda i Bajan!

Walki pod Łęczycą i Piątkiem.

   8 września oddział był już pod Łęczycą. Na południe od miasta trwały ciężkie walki. Chłopak znalazł się na zachodnim odcinku frontu. Otworzyli ogień do Niemców, ale po krótkim czasie nadszedł rozkaz wycofania się w stronę Piątku. Zdołali przejść przez most, mimo że był już mocno uszkodzony. Nocą z 9 na 10 września dotarli do Piątku. Miasteczko było małe, ale rynek i większość domów wokół zostały zbombardowane. Odpoczynku nie było – trzeba było iść dalej.

Obrona Warszawy.

   Kilka kilometrów za Łowiczem, we wsi Kwiatkowice, sytuacja była napięta. Z zachodu zbliżały się wojska polskie, z północy – niemieckie. Polacy pierwsi zajęli wieś, licząc się z oporem. Niemcy liczyli na łatwe zwycięstwo. Mylili się.

   Walka zaczęła się na polach przed wsią i w samej wiosce. Polskie wojsko uderzyło całą siłą na wroga. Nad ranem dochodziło niemal do walki wręcz, na bardzo bliską odległość. Użyto całej dostępnej broni, w tym granatów. Niemcy nie wytrzymali naporu i rano zaczęli ratować się ucieczką. Bitwa kosztowała ich wiele ofiar. Polacy odnieśli zwycięstwo. Po ich stronie również było wielu zabitych i rannych, lecz straty niemieckie były znacznie większe. Tego samego dnia, 10 września po południu, Janek razem z oddziałem musiał w pośpiechu wycofać się przez Łowicz w stronę Sochaczewa. Łowicz był zbombardowany. Panika i popłoch wśród ludności cywilnej nie miały granic. Mieszkańcy wiosek nie wiedzieli, w którą stronę uciekać. Nocą dotarli do Sochaczewa, który również został zniszczony przez bombowce. 11 września zatrzymali się za Sochaczewem, by choć trochę odpocząć. Przed wieczorem ruszyli przez Puszczę Kampinoską. Przez puszczę przeszli dość szczęśliwie. Były naloty, lecz pułk dotarł do Nowego Dworu, a następnie do miejscowości Kazuń*.

 Kiedy Janek po raz pierwszy ujrzał Kazuń, wydało mu się, że trafił nie do zwykłej mazowieckiej wsi, lecz do innego świata. Zabudowania były murowane, solidne, ustawione w równych liniach. W obejściach widać było nowoczesne maszyny, metalowe poidła dla krów, a w oborach rasowe holenderki z lśniącymi grzbietami. Wieś miała elektryczność, zadbane ogródki, brukowane podwórza — wszystko wyglądało jak z niemieckiego folderu propagandowego. Nie wiedział wtedy jeszcze, że to miejsce od lat było niemiecką kolonią, osadą zasiedloną przez protestanckich Niemców. Dziś wielu z nich już opuściło wieś albo rozpłynęło się gdzieś w chaosie wojny, ale zostawili po sobie nie tylko zabudowania. Zostawili też broń, granaty, ukryte radiostacje. Kazuń nie był już tylko osadą — stał się punktem niemieckiej dywersji, niewidocznym, lecz groźnym frontem wojny. Żołnierze czuli się tam nieswojo. Mimo że wreszcie mogli chwilę odpocząć, napięcie nie opuszczało ich ani na moment. Pod pozornym spokojem czaiło się zagrożenie, które, jak się wkrótce okazało, miało wybuchnąć w najmniej oczekiwanym momencie.
   14 września w południe, gdy oddział Janka zatrzymał się na wypoczynek, kuchnia polowa szykowała
obiad. Próbowali odpocząć i napić się mleka, gdy nagle z kierunku zabudowań, w stronę wojska, padły strzały. Dowódca krzyknął: „Kryć się!”. Wysłano zwiad, by ustalić, skąd padły strzały, bo wieś wydawała się pusta. Podpalono jedną stodołę — wtedy Niemcy zaczęli uciekać. Okazało się, że wciąż tu byli i to dobrze przygotowani. Oprócz tego natrafiono na stacje nadawcze — działała tam niemiecka dywersja. Ogłoszono obiad i wojsko zaczęło schodzić się pod kuchnię, gdy nagle nad wsią przeleciał niemiecki samolot zwiadowczy. Po kilku minutach odezwała się niemiecka artyleria — strzelali tak intensywnie, że o obiedzie nie było nawet mowy. Padł rozkaz marszu na most na Wiśle, w okolicach Nowego Dworu. Gdy dotarli do mostu, powstał straszny zator. Od huku pocisków konie zrobiły się bardzo nerwowe. Wszystko się splątało. Jakimś cudem oddział Janka przedostał się przez most na drugą stronę Wisły. Miał wrażenie, że Pan Bóg naprawdę miał ich w opiece. Niemcy uderzyli tak silnym ogniem zaporowym, że gdyby dobrze wymierzyli, połowa wojska przed mostem by poległa. Pociski rwały się jednak zbyt wysoko. Kilka koni zostało pokaleczonych, kilku żołnierzy — lekko rannych. Za Nowym Dworem zatrzymali się na postój — trzeba było sformować pułk i odpocząć. Nie było łączności z głównym sztabem.
   15 września dotarli pod Legionowo. Doszły ich wieści, że Niemcy przerwali front i są już w Jabłonnie. W lasach pod Legionowem niemieckie samoloty rozpoczęły bombardowanie, a artyleria ostrzelała ich pozycje. Oddział Janka wycofał się na skraj lasu bez strat. Czekali do wieczora. Wieczorem ruszyli do ataku, by przełamać front niemiecki. Nad ranem 16 września, po silnym uderzeniu z dwóch stron przez polskie oddziały, jedni ruszyli do Warszawy, a oddział Janka od Legionowa również. Niemcy rozpierzchli się, zostawiając samochody i działa. Po stronie polskiej było wielu zabitych i rannych, lecz Niemców zginęło jeszcze więcej. 
  Wieczorem 16 września Janek przedzierał się z żołnierzami przez Pragę do Warszawy, ale oddziały były już częściowo rozproszone. Żołnierze byli zmęczeni i głodni. Ludność Warszawy wspomagała ich, czym tylko mogła.

   Po napaści Niemiec na Polskę 1 września 1939 roku, Warszawa szybko znalazła się na celowniku agresora. Już 8 września niemieckie oddziały pancerno-motorowe dotarły pod miasto, licząc na jego szybkie zdobycie. Stolica jednak nie poddała się — rozpoczęła się heroiczna obrona Warszawy, która trwała do 28 września 1939 roku. Miastem dowodził generał Juliusz Rómmel, który objął stanowisko 8 września. Obrona była prowadzona siłami regularnego wojska, oddziałów ochotniczych, policji, harcerzy, a nawet zwykłych mieszkańców. Ludność cywilna odgrywała ogromną rolę — budując barykady, opatrując rannych, dostarczając żywność i wodę. Warszawa była nieustannie bombardowana z powietrza i ostrzeliwana artylerią, co powodowało ogromne zniszczenia i cierpienie cywilów. Niemcy zastosowali brutalną taktykę terroru bombowego, by złamać ducha obrony — najcięższe naloty miały miejsce w dniach 25–27 września. Pomimo braku dostaw, łączności i dramatycznej sytuacji humanitarnej, Warszawa broniła się aż do momentu kapitulacji 28 września. Dowództwo, widząc beznadziejność sytuacji i chcąc ocalić życie ludności cywilnej, podjęło decyzję o poddaniu miasta. Do tego czasu zginęło ponad 20 tysięcy cywilów, a znaczna część zabudowy Warszawy legła w gruzach. Obrona Warszawy stała się symbolem oporu i odwagi, zarówno dla
Polaków, jak i dla obserwującego świata.

Szczepan Wawrzyniak. Ur. 20 grudnia 1904 w Stawiszynie.  Syn Wawrzyńca i Teofili.
Szczepan Wawrzyniak. Ur. 20 grudnia 1904 w Stawiszynie.
 Syn Wawrzyńca i Teofili.


   W nocy z 16 na 17 września Janek, razem z kolegą Wawrzyniakiem, dotarł na ul. Czerniakowską do koszar 1 Pułku Szwoleżerów. Tam można było spotkać żołnierzy z różnych formacji i pułków. Wielu z nich to rozbitkowie z północnych jednostek spod Mławy i Ciechanowa. Całe koszary i podwórza były zapełnione wojskiem. 17 września, około południa, kuchnia szykowała repetę, żeby zaspokoić głód, lecz z każdą godziną przybywało coraz więcej rozbitków — a każdy był głodny. Kuchnia przygotowała posiłek dla tysiąca żołnierzy, a było ich może cztery tysiące. Pod wieczór 17 września Janek spotkał swojego wujka, Antoniego Binka, który przyjechał z taborem wojskowym. Poratował go świeżą bielizną. 18 września wydano odezwę do wszystkich żołnierzy przebywających w Warszawie, by zgłaszali się do Głównej Komendy Wojska Polskiego. Janek, razem ze Szczepanem Wawrzyniakiem, zgłosił się do komendy 1 Pułku Szwoleżerów. Tam formowano kawalerię, która miała jeszcze raz 
wyruszyć do Puszczy Kampinoskiej.
   Dowództwo planowało wzmocnić oddziały, które zostały zablokowane przez Niemców. Konie ulokowano w stajniach przy ulicy Czerniakowskiej — piękne, dobrze wyszkolone zwierzęta. Janek otrzymał gniadą klacz, a jego kolega — karego wałacha. Byli dumni z przydziału. Jednak 20 września wyjazd został nagle odwołany. Niemcy zdążyli już umocnić pozycje wokół stolicy, okrążając polskie wojsko w Warszawie.
    Nad Jankiem i jego kolegami objęło dowództwo nowe kierownictwo — zostali przydzieleni do pieszej kawalerii. Przeprowadzono z nimi wywiad: kto, gdzie i w jakiej formacji służył. Janek i Szczepan byli ochotnikami. Dowódcą ich odcinka w Warszawie został rotmistrz Józef Bartczak z Bydgoszczy, natomiast plutonem dowodził Tomasz Zięba — weteran I wojny światowej, obrońca Lwowa, pochodzący właśnie z tego miasta. Zięba od razu przypadł Jankowi do gustu. Był świetnym dowódcą frontowym, troszczył się o swoich ludzi, tłumaczył im przed każdym natarciem, jak mają się zachować, co robić. Miał coś z ojca — ojca oddziału. Gdy Janek powiedział mu, że dobrze strzela, otrzymał odpowiedzialne zadanie. Powierzono mu rusznicę przeciwpancerną — miał działać tuż przy boku dowódcy.
   21 września wieczorem ruszyli na front za ulicą Czerniakowską. W nocy Niemcy przypuścili natarcie, które udało się odeprzeć. Następnego wieczoru, 22 września, przyszła druga fala ataku. Kilku żołnierzy zostało rannych. W nocy zmienił ich inny pluton, a Janek i jego koledzy udali się na odpoczynek.
Szli ulicą Wilczą, gdy nagle nadleciały niemieckie samoloty. Ukryli się w pobliskim gmachu Filharmonii. Zeszli do piwnic, gdzie — ku ich zdziwieniu — ulokowała się warszawska elita. Stały tam tapczany, kanapy, stoły zastawione jedzeniem i napojami. Towarzystwo bawiło się w najlepsze, z dala od gruzów i frontu.  W jednym z korytarzy dostrzegli zapłakaną kobietę z dzieckiem na rękach i dwiema piętnastoletnimi bliźniaczkami. Siedziały skulone, zmęczone, bezradne. Były z Pragi — podczas nalotu zginął mąż i syn, one uciekły do Śródmieścia. Kobieta opowiedziała dowódcy plutonu, że gdy zapytała, czy mogłaby z dziećmi zostać w schronie, „panowie” wyrzucili ją za drzwi. Plutonowy bardzo się zdenerwował. Kazał dać tej kobiecie miejsce na kanapie i coś do jedzenia.
  Po tym zdarzeniu oddział ruszył dalej. Kwaterę zajęli przy ulicy Wilczej, w częściowo zbombardowanym budynku. Chcieli odpocząć, lecz skończył im się suchy prowiant. Niedaleko, na ulicy, leżał koń z taboru — padł od pocisku. Janek postanowił zorganizować trochę mięsa. Znaleźli garnki, drewno i węgiel. Wieczorem mieli już dobrą, gorącą pieczeń.
   Jeszcze tego wieczoru Janek postanowił wrócić do Filharmonii i sprawdzić, co z tą kobietą i jej córkami. Poprosił plutonowego o zgodę, ale ten przestrzegał go, że to może być niebezpieczne. Mimo to Janek poszedł. Gdy dziewczęta go zobaczyły, rzuciły mu się na szyję, wdzięczne i wzruszone. Po godzinie postanowił wracać na Wilczą. Był już blisko kwatery, gdy nagle z jednej z bram wyszło trzech wojskowych żandarmów. Zatrzymali go, podejrzewając o dezercję. 
   Janek wiedział, że to poważna sprawa, zaczął ich prosić, by odprowadzili go na miejsce — przekonaliby się sami. Ale żandarmi odparli, że mają rozkaz: każdego żołnierza zatrzymanego na ulicy doprowadzić do Komendy Głównej i nie wolno im tego rozkazu złamać.
W myślach powróciły słowa plutonowego, który go ostrzegał — było już jednak za późno. Po drodze żandarmi zatrzymali jeszcze czterech, tak że razem było ich pięciu. Gdy dotarli do komendy, zostali wylegitymowani, a potem skierowani do nowo formowanych jednostek obrony Warszawy.

Ucieczka spod kościoła i powrót na Wilczą.


   Jan tłumaczył majorowi, że jego pluton stacjonuje na Wilczej i że dopiero co rano wrócili z frontu na wypoczynek. Poprosił, by odesłano go z powrotem do jednostki, ale prośba nie przyniosła żadnego skutku. Po godzinie zjawił się porucznik i zawołał: – Żołnierze, potrzeba mi pięciu ochotników. Jan zgłosił się bez wahania. Porucznik wyjaśnił, że ich zadaniem będzie przewiezienie benzyny z Placu Trzech Krzyży, gdzie płonął Kościół Najświętszego Zbawiciela, a beczki z paliwem magazynowane w jego pobliżu były w niebezpieczeństwie. Stali jeszcze w garażu, kiedy obok ich nóg przeleciał pocisk. To był ciężki pocisk artyleryjski, jak mówili żołnierze – „gruba Berta”. Tak potocznie nazywano największe niemieckie działa, zdolne niszczyć nawet betonowe fortyfikacje. 
  Zamarli w bezruchu. Gdyby wybuchł... nikt z nich nie wyszedłby stamtąd żywy. Wsiedli do samochodu – z tyłu brakowało drzwi. Jan usiadł właśnie w tym otworze.
   Na miejscu okazało się, że inna jednostka zdążyła już zabrać benzynę. Patrzyli na płonący kościół, który niestety znalazł się w strefie intensywnych działań zbrojnych, aż w końcu porucznik rozkazał wracać. Ulice były zabarykadowane – przy każdej barykadzie samochód musiał zwalniać. Jan bił się z myślami. W końcu podjął decyzję. Wyskoczył z samochodu za jedną z barykad i rzucił się przez podwórze, potem wbiegł na klatkę schodową i pędził po schodach aż na czwarte piętro. Złapał za klamkę – drzwi były otwarte. Wpadł do mieszkania i zamknął je na klucz. Po chwili z sąsiedniego pokoju wyszła starsza pani, wyraźnie zaskoczona jego wtargnięciem. – Proszę nie otwierać nikomu drzwi i nie mówić nic, jeśli ktoś zapuka – powiedział cicho. Usiadł przy stole. Staruszka podała mu herbatę, próbowała go uspokoić. Widziała, że się boi. Po kwadransie wyznała, że jest żoną doktora, który opatruje rannych w szpitalu. Ma też syna, Janka, oficera po szkole podchorążych. Gdy o nim wspomniała, rozpłakała się. 
   Jan odpowiedział jej swoimi wspomnieniami – że plutonowy jest mu jak ojciec, że chce wrócić do swojego plutonu. Wzruszona kobieta wstała i pocałowała go w czoło. – Ulica Wilcza jest niedaleko. Wyprowadzę cię – powiedziała. Jan ucałował ją w rękę. Oboje mieli łzy w oczach. Kobieta narzuciła płaszcz i wyszła sprawdzić, czy podwórze jest bezpieczne. W tym czasie Jan ogarnął strach – czy mu pomoże? Czy go nie zdradzi? W myślach zaczął odmawiać modlitwę. Wróciła po kilku minutach – wojsko rzeczywiście go szukało. Pytali dozorcy, czy w budynku są jakieś zakamarki, gdzie mógłby ukryć się dezerter. Poszukali krótko, po czym uznali, że uciekł. Wsiedli do samochodu – wtedy trafił ich pocisk artyleryjski. Wszyscy zginęli lub zostali ciężko ranni. Jan został jeszcze dwie godziny. Rozmawiali. Kobieta częstowała go herbatą, kanapkami, ale nie mógł przełknąć kęsa. Wreszcie, koło północy, poprosił ją o wskazanie drogi. Ulica była głucha, tylko odgłosy frontu i łuny nad miastem przypominały, że trwa wojna. Pożegnali się, a Jan wyruszył na Wilczą. Po pięciu minutach był przy bramie, podał hasło i wartownik go wpuścił. 
   Cały pluton był poruszony jego nieobecnością. Szczepan Wawrzyniak co chwilę pytał wartowników, czy już wrócił. Gdy Jan wszedł, krzyknął: – Jasiu! Co się z tobą działo, że tak długo nie wracałeś? Jan nie chciał opowiadać szczegółów. Zameldował się u plutonowego Zięby, który bardzo się o niego martwił. W cztery oczy opowiedział mu wszystko, prosząc o dyskrecję. Zięba uściskał go mocno. – Jasiu, jesteś szczęściarzem – powiedział. Był 24 września.

Ostatnie dni obrony.


   Kuchnia przywiozła prowiant, żołnierze odpoczywali, grali w karty. W południe nastąpił nalot – 50 metrów od kwatery zbombardowano sklep. Właściciel zbierał rozrzucony towar i poprosił Jana o pomoc. W zamian dał mu 15 czekolad. Jan podzielił się ze wszystkimi. Wieczorem przyszedł rozkaz – szykować się na front. O 22:00 wyruszyli na ulicę Belwederską i zajęli pozycje. 
   25 września 1939 roku Warszawa doświadczyła straszliwego, zmasowanego nalotu niemieckich bombowców. Blisko 400 samolotów zrzuciło na stolicę prawie 630 ton bomb, powodując około 200 pożarów i ogromne zniszczenia, w tym celowe bombardowanie szpitali i ostrzeliwanie cywilów. Ten dzień był kulminacją oblężenia, które miało złamać morale mieszkańców i obrońców. Zginęło około 10 000 warszawiaków, 35 000 zostało rannych
   Jan obsługiwał rusznicę przeciwpancerną. Oddał trzy strzały – dwa czołgi zostały uszkodzone, jeden się wycofał. Plutonowy rozkazał przeciągnąć się do budynków i podejść bliżej. Niemcy uderzyli w stare pozycje, nie wiedząc, że Polaków już tam nie było. Gdy padł rozkaz „ognia!”, Jan i jego koledzy zaatakowali granatami. Zniszczyli trzy czołgi, wzięli piętnastu Niemców do niewoli. Było kilku rannych. Całą noc trwało czuwanie. 
  26 września, w piękne, słoneczne przedpołudnie, Niemcy sporadycznie strzelali z karabinów maszynowych. Pluton czekał ukryty. Plutonowy powiedział: – Ten spokój niczego dobrego nie wróży. Wziął Jana z lornetką na poddasze. Gdy tylko zaczęli obserwację, Niemcy zauważyli odbicie soczewki i otworzyli ogień. Jan znów miał szczęście – tylko zakurzył się od tynku. Plutonowy nakazał wycofać się o 100 metrów.
   Wieczorem dotarła wiadomość: Niemcy prowadzą rozmowy z prezydentem Starzyńskim o kapitulacji. Całą noc pluton trwał w gotowości. Plutonowy podszedł do Jana: – Jasiu, wojnę żeśmy przegrali. Rano dostaniemy rozkaz do koszar.
   I tak się stało. 27 września, w południe, dostali rozkaz powrotu na Czerniakowską. Po drodze, przechodząc przez Łazienki, wrzucali część broni do wody – by nie wpadła w niemieckie ręce. Wiedzieli, że jeszcze się przyda.

Kapitulacja i ostatni apel.


   W dniu kapitulacji Warszawy odbyło się wiele fikcyjnych pogrzebów – w trumnach ukrywano broń i amunicję. Niemcy jeszcze nie domyślali się podstępu. 28 września, po południu, na placu koszar zebrało się całe wojsko z odcinka Mokotów. Broń leżała na stosie jak złom. Dowódcy stanęli do pożegnania.
    Kapitan Józef Bartczak wygłosił mowę: – Żołnierze! Mimo przewagi wroga, nie poddaliście się łatwo. Wracamy do domów, ale pamiętajcie – wojny jeszcze nie przegraliśmy. Bądźcie dobrej wiary i mocnego ducha. Wielu żołnierzy i oficerów płakało. Niemcy stali z boku i patrzyli na polski żal bez słowa. Na zakończenie dano komendę „Baczność!” i cała kompania odśpiewała hymn narodowy – Jeszcze Polska nie zginęła.
   29 września rano byli już w koszarach – głodni, bez prowiantu. Jan wymknął się do miasta. Znalazł zbombardowaną fabrykę konserw rybnych – ludzie wynosili stamtąd, co się dało. On także. Miał długi kawaleryjski płaszcz, który spiął pasem, i załadował do środka ponad 50 puszek szprotek i dwa wiaderka konserwowych ogórków.
Gdy wrócił do koszar, poczęstował kolegów. Każdy dostał pół konserwy i jednego ogórka.

Pożegnania i ostatnia jazda konna.



   Wraz ze Szczepanem wybrali się do miasta, na ulicę Żurawią. Chcieli odwiedzić znajomą ze Stawiszyna — Marysię Kołodziejczyk, która pracowała jako asystentka doktora Urbanowicza. Warszawa po kapitulacji wyglądała jak zatrzymana w bezruchu – zgaszona, przytłumiona, niepewna. Idąc ulicą, przypadkiem natknęli się na znajomą twarz – Żyda o nazwisku Gips. Jan przypomniał sobie, że jeszcze przed wojną, pod Uniejowem, pożyczył mu rower. Gips, nieco zaskoczony spotkaniem, oddał jednoślad bez słowa protestu. Jan zostawił rower u Marysi, na Żurawiej – nie wiedząc jeszcze, że niedługo wszystko się odmieni.
   29 września Jan i jego koledzy pozostawali jeszcze w koszarach. W stajniach stały ich konie – codziennie je odwiedzali.
    30 września był dniem, którego Jan nigdy nie zapomniał. Ostatni raz spotkał się ze swoim dowódcą frontowym – plutonowym Tomaszem Ziębą w półmroku stajni. Czas jakby się zatrzymał – pachniało sianem, cicho parskały konie. Plutonowy mówił długo, spokojnym, zmęczonym głosem. Opowiadał, co dzieje się w kraju.
– Niemcy są już za Warszawą – mówił. – Ale to nie koniec. Od wschodu wchodzą Rosjanie. 17 września, gdy my tu broniliśmy stolicy, Sowieci uderzyli na Polskę od tyłu, wbili nam sztylet w plecy. Przekroczyli granicę bez wypowiedzenia wojny. Zamilkł na chwilę, wpatrzony w ciemność między żebrami okienka. Po chwili dodał: – We Lwowie już są. Przejmują wszystko, co Niemcy im zostawią. I powiem ci coś... Ja nie mam dokąd wracać. Na razie zostaję tu, w Warszawie. Może jeszcze będzie okazja, by walczyć. Jeszcze nie koniec.
   Jan słuchał z napięciem. Wiedział już wtedy, że Polska nie została tylko pokonana – została zdradzona, rozszarpana przez dwóch brutalnych sąsiadów. Niemcy i Rosjanie — razem. A Europa milczała. Nie wiedzieli wtedy jeszcze, co naprawdę oznacza ta druga okupacja. Nie znali nazwy —Katyń. Nie wiedzieli o bydlęcych wagonach jadących na wschód, o zamarzających dzieciach, o listach pisanych w oparach śmierci. Wiedzieli tylko, że wschód już nie jest polski. Że Wilno, Lwów, Tarnopol zostały zajęte. Nie przypuszczali, że już niebawem cywilów, całe rodziny – dzieci, kobiety, starców – będą ładowali do bydlęcych wagonów i wysyłali na Sybir. Bez sądu, bez litości. Urzędnik, nauczyciel, ksiądz – stanie się był wrogiem ludu. Zamiast polskich szkół – rosyjskie, zamiast krzyża – czerwona gwiazda. Szeptano coś o pakcie Ribbentrop–Mołotow, o tajnym porozumieniu między Niemcami a Sowietami. 
   Jan patrzył na swojego dowódcę – człowieka silnego, oddanego, stanowczego – a teraz mówiącego z rezygnacją. Plutonowy westchnął głęboko. Przebrał się w cywilne ubranie, nie wiedział, co z nim będzie. Nie miał już dokąd wracać — jego dom znajdował się teraz „po tamtej stronie”. Warszawa była ostatnim schronieniem, jakby okopanym w ruinach. Powiedział, że chyba będzie walczył dalej. Nie umie inaczej żyć.
   Pożegnanie było ciche i ciężkie. Uściskali się mocno – jak bracia, którzy wiedzą, że może już nigdy się nie spotkają. – Życzę ci zdrowia, Jasiu – powiedział plutonowy. – I żebyś kiedyś wrócił do wolnej Polski. Mnie też tego życz. Jan nie potrafił nic odpowiedzieć. Łzy napłynęły mu do oczu. Odszedł powoli, jeszcze przez chwilę słysząc cichy chrap koni za sobą. Nigdy więcej już nie zobaczył Tomasza Zięby. Nie wiedział, czy został w Warszawie, czy zginął w którejś z uliczek, czy dołączył do podziemia, czy może został zdradzony i rozstrzelany. Pozostał w jego pamięci tak, jak wtedy – w cieniu stajni, z ramieniem opartym o kark koński, z oczami utkwionymi w coś dalekiego, czego nie dało się już odwrócić. Pozostały tylko wspomnienia – żywe, bolesne, niezatarte. 
   1 października, z samego rana, Niemcy rozdali żołnierzom prowiant – po pół wojskowego bochenka chleba i kostce margaryny. Jan spróbował jej po raz pierwszy – smak był dziwny, tłusty, ale w tamtej chwili nic nie smakowało źle.
   Dowództwo ogłosiło, że po śniadaniu mają się przygotować do wymarszu. Mieli zostać poprowadzeni do punktu zbornego, skąd następnie każdy miał być odesłany w rodzinne strony. Wtedy Szczepan podsunął pomysł – a może by tak, jak oficerowie, wyruszyć konno? – Osiodłajmy konie, Jasiu. Może się uda. Zaryzykowali. Wszystko potoczyło się pomyślnie. W niemieckim konwoju, bez przeszkód, dotarli konno aż za Grodzisk Mazowiecki, nad rzekę Bzurę. Tam ulokowano ich w prowizorycznym obozie. Niemcy otoczyli go działami i sprzętem wojennym, jakby spodziewali się buntu albo niespodziewanego odwetu. Ale polscy żołnierze nie mieli już czym walczyć. Mieli tylko godność, wspomnienia i rozpacz po utraconej Ojczyźnie.

Ku wolności.

   W obozie trzymał się blisko Szczepana i kolegów z plutonu. Czuł potrzebę, by rozejrzeć się po okolicy, zrozumieć, gdzie znajduje się dowództwo. Coś niewidzialnego popychało go naprzód — może przeznaczenie? Przy wyjeździe z obozu stał duży namiot palowy, przeznaczony dla zaopatrzenia jeńców wojennych. Zajrzał do środka. Spotkał tam wzrok znajomy, przenikliwy — porucznik Karsnicki, dawny właściciel majątku Majków, ten sam, który przyjął go pod Uniejowem do wojska. Wszedł do środka i powiedział: – Dzień dobry, panie poruczniku. Tamten zmrużył oczy, przyglądając mu się z niedowierzaniem: – Gdzie ja cię widziałem?
   Wszystko mu się przypomniało. Porucznik zabrał go do biura. Był teraz głównym zaopatrzeniowcem obozu — znał niemiecki, więc Niemcy mu zaufali. Uśmiechnął się półgębkiem i powiedział:
– Chyba cię tu Pan Bóg przysłał. Opowiedział mu o dwóch koniach, które niegdyś należały do prezydenta Mościckiego, a teraz stały w obozie — piękne, dumne jak łabędzie, choć ubrane w stare puszorki. Trzeba było je wydostać. Wpadli na pomysł – prosty, sprytny. Do obozu codziennie przyjeżdżały kobiety z okolicznych wsi, przywożąc żołnierzom gotowane jedzenie. Wozy ciągnęły chude szkapy. Postanowili wymieniać konie – kobiety wracały do domu z pięknym, młodym zwierzęciem, a stare zostawały w obozie. Podstęp się powiódł.
   Był 3 października 1939 roku. Pogodne dni. Bóg zdawał się sprzyjać biednym żołnierzom. Dzienna racja – pół bochenka chleba, kostka margaryny i odrobina kawy. Niemieccy żołnierze przychodzili, kupowali srebrne monety z Piłsudskim po dwadzieścia marek. Jeden z nich chciał zabrać jego dobre, kawaleryjskie buty. Z pomocą przyszedł polski żołnierz z Pomorza, który znał niemiecki – zgłosił sprawę oficerowi. Ten zapowiedział, że w razie takich incydentów należy od razu zawiadamiać komendę.
   Nazajutrz, 4 października, porucznik Karśnicki poinformował, że konie zostaną zabrane w ciągu dwóch dni. Miał je przechować pewien Niemiec z pobliskiej wsi. Rozpoczęło się zwalnianie żołnierzy – każdy otrzymywał przepustkę z pieczęcią „Dowództwo 8. Armii Niemieckiej: jeniec wraca w strony ojczyste”. Transporty kierowano do Grodziska Mazowieckiego.
   5 października nadzieja powróciła do żołnierzy. Po śniadaniu poszli ze Szczepanem pożegnać się z porucznikiem. Podziękowali mu za opiekę, życzyli zdrowia i pomyślności. Potem udali się na dworzec. Pociąg ruszył w kierunku Ostrowa Wielkopolskiego przez Kalisz. W wagonie rozeszła się niepokojąca wieść – że jadą do Niemiec. Jechał z nimi podchorąży Ryszard Strzelecki – późniejszy minister w Polsce Ludowej. Postanowili wysiąść w Łodzi. Stamtąd o 15:30 dotarli do Kalisza. Na peronie spotkał Zygmunta Sobczaka, piekarza. Ten po krótkim przywitaniu powiedział z przejęciem:
– Jasiu, nie wracaj do Stawiszyna. Niemcy cię szukają.
Poprosił, by Zygmunt przekazał jego bratu Józefowi, że tej nocy będzie u ojca w Długiej Wsi. Po drodze spotkał znajomą – Wikcię Iwankiewiczową. Potwierdziła ostrzeżenie: – Uciekaj, w Stawiszynie jest dla ciebie zbyt niebezpiecznie!


Wędrówka po kryjówkach.


   Wstąpił jeszcze do kuzyna, Stanisława Cierniaka w Kokaninie. Poczęstowali go kolacją, dali chwilę wytchnienia. Po północy był już w Długiej Wsi. Ojciec i brat czekali. Uściskali się mocno. Cztery godziny – tyle mógł zostać w domu. Przebrał się w cywilne ubranie. Matka płakała. Pożegnał się ze Szczepanem. Brat odprowadził go aż do Wyrowa.
   U stryja Stanisława Przybyły w Złotnikach Małych Kolonii zapukał w okno. Otworzyła ciotka Hanka. Przemoczony, zmęczony – ale żywy. Przez kilka dni opowiadał o wojnie, o ucieczce. Potem schronił się u wuja Michała Płócienniczaka. Ten miał rodzinę w Łodzi – dał mu adres na ul. Trębacką.
Do Łodzi poszedł pieszo. Tam trafił do państwa Ratajczyków. Pan Ratajczyk, kolejarz, rozważny człowiek, znalazł mu zajęcie – jeździł rowerem po chleb do Brzezin, wożąc po 20 kg dziennie. Ale to było zbyt ryzykowne. Postanowił jechać do Warszawy.
23 listopada, wcześnie rano, ruszył. Tramwajem przez Łódź, na Dołach umówił się z kierowcą. W stronę Głowna zabrał się wozem z gospodarzem. Dobry człowiek – nakarmił go i przenocował. Następnego dnia posadzili go na koźle, udając, że jest woźnicą. Na granicy protektoratu żandarmi rzucili krótkie: – Weiter!
   Przed Głownem pożegnał się z gospodarzami. Znalazł grupkę ludzi czekających na niemiecki transport. Po pół godziny nadjechała ciężarówka. Uczył się niemieckiego przez trzy lata w szkole – zagadał, przekonał kierowcę, że chce do Błonia. Zapłacił pięć marek. Zszedł z wozu, przeszedł dwa kilometry i zobaczył duże zabudowania – majątek Pass. Zapytał ogrodnika: – Co to za miejsce? Stary człowiek spojrzał na niego uważnie: – Tu pełno Niemców, kwaterują w majątku. Dziedziczka jest na miejscu. Dyrektor w Warszawie. Ogrodnik wskazał mu dom, w którym mieszkała dziedziczka. Podziękował starszemu mężczyźnie i ruszył w stronę pałacu. Gdy stanął przed drzwiami, zapukał niepewnie. Otworzyła mu pokojówka: – Chciałbym prosić o rozmowę z panią dziedziczką – powiedział spokojnie. Po chwili w drzwiach stanęła ona – kobieta dostojna, około pięćdziesiątki, z jasnymi oczami i zmęczoną twarzą, na której jednak wciąż malowało się coś z przedwojennej godności. Uprzejmie się skłonił. – Byłem ochotnikiem – zaczął. – Walczyłem na wojnie, na froncie obrony Warszawy. Jestem Polakiem. Patriotą.
Spojrzała na niego uważnie. W jej oczach pojawił się cień wzruszenia. – Mój syn też walczył w obronie stolicy – odpowiedziała cicho. Zaproponowała mu coś do jedzenia. Przez chwilę milczała, zamyślona. Wreszcie odezwała się z westchnieniem: – Dam panu list. Mój mąż jest dyrektorem fabryki w Warszawie. Może znajdzie dla pana jakieś zajęcie. Zapisała na niewielkiej kartce adres: willa na rogu ulic Pułaskiego i Narbutta, Mokotów. Nazywa się Paweł Jasiński* – dodała, wręczając mu list.
Podziękował raz jeszcze. W jego oczach tliła się nadzieja.
   Z małą kartką i dokładnym adresem w kieszeni ruszył dalej. Znowu złapał niemiecką ciężarówkę. 24 listopada był już w Warszawie.

Kierunek – Warszawa 


Zaczął szukać wskazanego adresu.



Dalsze koleje losy Jana:
*Krzewski Józef, ur. 23.03.1914, urzędnik, radny Rady Miejskiej miasta Stawiszyna, znalazł się ana liście proskrypcyjnej, (Lista tutaj: https://historiawsepii.blogspot.com/2017/12/listy-proskrypcyjne-dla-okregu-kalisza.html) aresztowany 15.04.1940, deportowany do KL Dachau w dniu 26.04.1940, nr w Dachau 6042, w dniu 05.06.1940 przewieziony do Mauthausen. Przeżył obóz, po wojnie pracował na stanowisku kierowniczym w PDT w Kaliszu.
Wg. opowiadania pani Krystyny Janiszewskiej, córki Kazimierza, Krzewski wraz z innym więźniem ocalałym z obozu, Gulczyńskim, założył sklep w Stawiszynie, w którym zatrudniono wdowy po zamordowanych w obozach mieszkańcach Stawiszyna. Sklep, na który mówiono "byłych więźniów" z galanterią i tekstyliami znajdował się na ulicy Kaliskiej.

*Źródła ogólnodostępne (Archiwum Państwowe w Kaliszu, opracowania historyczne) nie podają konkretnego imienia pastora pełniącego posługę dokładnie tuż przed wybuchem wojny (czyli w latach 1935–1939).

*Choć w rzeczywistości loty  Bajana i Piłsudskiej  się nie pokrywały, to razem symbolizują polską determinację i odwagę zarówno w powietrzu, jak i na ziemi. Być może dowództwo w celu podniesienia morale wojska przedstawiało ich wspólną walkę. Stali się legendą i symbolem ducha walki. 

*Kazuń Niemiecki to wieś nad Wisłą, położona w pobliżu Nowego Dworu Mazowieckiego, na ważnym szlaku prowadzącym do Warszawy. W czasie II wojny światowej miała znaczenie strategiczne ze względu na bliskość mostu na Wiśle i Puszczy Kampinoskiej. Wieś była dawną niemiecką kolonią, zamieszkaną przez protestanckich osadników sprowadzonych w XIX wieku. Przed wojną wyróżniała się zamożnością, nowoczesnymi gospodarstwami i niemieckim porządkiem. Część mieszkańców sympatyzowała z III Rzeszą, a we wrześniu 1939 roku Kazuń był wykorzystywany przez niemiecką dywersję — ukrywano tam broń, granaty i stacje nadawcze. Po wojnie Niemców wysiedlono, a wieś przemianowano na Kazuń Nowy. Dziś jest częścią gminy Czosnów w województwie mazowieckim.

*Ostatnim właścicielem pałacu od 1932 do 1944 r.  był Paweł Jasiński. W roku 1946 przeszedł w ręce Skarbu Państwa, przekazany dalej Stacji Hodowli Roślin. W roku 2004 przejęty został przez Wojciecha Rychlika, właściciela Grupy Kapitałowej WARTER.

sobota, 7 czerwca 2025

Wspomnienia Jana Przybyły: Więzienie w Rawiczu i powrót do domu. Cz. X.


      Była wiosna 1950 roku. Wyroki zostały już zatwierdzone i więźniowie czekali tylko na moment, kiedy zostaną wywiezieni z Kalisza. W kaliskim więzieniu panowały różne nastroje, a strażnicy – jak to bywa – byli rozmaici. Wśród nich wyróżniał się Maciaszek, człowiek, który nie wyrządzał więźniom krzywdy. Był też Stanisław Staszak – dusza poczciwa, zawsze gotów pomóc, jeśli tylko mógł coś dla osadzonych załatwić.
   Lata pięćdziesiąte w Polsce były czasem brutalnego stalinizmu – epoki terroru, wszechwładzy bezpieki i sądów wojskowych, które bez realnych dowodów skazywały tysiące obywateli na długoletnie więzienie lub śmierć. Władza komunistyczna, narzucona Polsce przez Związek Radziecki po zakończeniu II wojny światowej, zwalczała każdy przejaw niezależności i oporu. Szczególnym celem represji stali się żołnierze Armii Krajowej, członkowie organizacji niepodległościowych oraz wszyscy, których uznano za „wrogów ludu”.
   To właśnie wtedy setki więzień – takich jak Rawicz, Wronki, Mokotów, Fordon czy Rakowiecka – zapełniły się więźniami politycznymi. Ludzi torturowano w śledztwach, zmuszano do fałszywych zeznań, a w celach śmierci czekali często nie bandyci, lecz patrioci. Władza budowała system oparty na strachu, donosicielstwie i inwigilacji, a do jego podtrzymywania potrzebowała lojalnych funkcjonariuszy i brutalnych metod.
Jan – jak wielu jemu podobnych – był tylko jednym z tysięcy młodych ludzi, którzy nie godzili się z powojennym zniewoleniem Polski. Aresztowany, skazany i osadzony w Rawiczu, dzielił los tych, którzy odważyli się myśleć i działać inaczej. Ich codzienność – to nie tylko cela i betonowe mury, ale też nieustanne zagrożenie, konieczność walki o godność i przetrwanie.

   W więzieniu w Kaliszu Jan przebywał do czerwca 1950 roku. Pod koniec miesiąca przewieziono go razem z bratem Czesławem, Tadeuszem Nawrotkiewiczem, Zygmuntem Nawrotkiewiczem i Stanisławem Przybyłą – członkami ich podziemnej organizacji Polskiej Podziemnej Organizacji Wojskowej – oraz Markiem Kiersnowskim z organizacji Wolni Słowianie. Zawieziono ich do Rawicza, do centralnego więzienia, jednego z największych w kraju. Mieściło do siedmiu tysięcy osadzonych. Składało się z dwóch dwupiętrowych bloków: czerwonego i białego. W czerwonym przebywali osadzeni z wyrokami do dziesięciu lat, w białym – ci, którzy zostali skazani na dłużej, aż po dożywocie. 
   W latach powojennych więzienie w Rawiczu należało do najcięższych zakładów karnych w Polsce Ludowej. Umieszczano tam głównie więźniów politycznych, byłych żołnierzy Armii Krajowej, członków organizacji niepodległościowych oraz osoby uznane za „wrogów ustroju socjalistycznego”. Surowy reżim, brutalne przesłuchania i przeludnione cele były codziennością. Więzienie mieściło się w dawnych zabudowaniach klasztornych i już od XIX wieku słynęło z ciężkich warunków. W okresie stalinowskim funkcjonowało jako miejsce odosobnienia dla tysięcy ludzi, którzy sprzeciwiali się komunistycznym rządom. Dla wielu osadzonych Rawicz stał się symbolem cierpienia, ale też niezłomności ducha i walki o wolność.
   Na terenie zakładu znajdowała się stolarnia, w której więźniowie produkowali meble, oraz drukarnia – również obsługiwana przez osadzonych. Jana i jego towarzyszy ulokowano w czerwonym bloku, na parterze.

   Pierwsza noc w Rawiczu była dla Jana koszmarna. Zaatakowały go pluskwy – jakby chciały pożreć go żywcem. O dziwo, nie gryzły żadnego z jego współtowarzyszy, tylko jego jednego. Przez całą noc nie robił nic poza ich zabijaniem. Po tygodniu przeniesiono ich na pierwsze piętro, gdzie do celi dołączyło jeszcze pięciu innych. W sumie było ich dziesięciu. Wszyscy odsiadywali wyroki za działalność w nielegalnych organizacjach. Pochodzili z różnych stron Polski: z Warszawy, Ciechanowa i Nowego Targu.
Regulamin w Rawiczu był nieco łagodniejszy niż w innych miejscach. Strażnicy pełnili służbę bez przesadnej brutalności, a relacje między nimi a więźniami były względnie spokojne. Komendantem czerwonego bloku był Józef Toporowicz – mężczyzna około pięćdziesiątki, lubiany przez osadzonych, choć czasem potrafił podnieść głos. Miał słabość do rolnictwa. Gdy odwiedzał cele, zwykł pytać, kto z więźniów pochodzi ze wsi i prowadził z nimi rozmowy na temat gospodarstwa. Często rozmawiał też z Janem, który sam przed aresztowaniem prowadził gospodarstwo rolne.
   Dzięki życzliwości komendanta Jan przez cztery miesiące mógł dzielić celę z bratem Czesławem i kuzynem Stanisławem Przybyłą z Długiej Wsi Trzeciej. Stanisław Przybyła zmarł w Rawiczu 12.07.1951 w wieku 28 lat, został pochowany na cmentarzu więziennym w Rawiczu. Jan dowiedział się o tym od siostry Stanisława Józefy Bera z Długiej Wsi Trzeciej nr 6, dopiero po wyjściu z więzienia.
   Choć więzienny regulamin zabraniał osadzania krewnych w jednej celi, Toporowicz przymykał na to oko. Miał też wyjątkową niechęć do kapusiów. Gdy przyprowadzał któregoś do celi, często z widocznym wzburzeniem rzucał: „Macie tu psa, tylko mu krzywdy nie róbcie!”, po czym trzaskał drzwiami i odchodził. Donosiciele niestety pojawiali się regularnie. Pierwszy z nich był wyjątkowo grzeczny, lecz szybko został zdemaskowany. Jan poradził mu, by sam poprosił o przeniesienie – co też uczynił. Drugi zjawił się po miesiącu. Mówił bez ustanku, od rana do wieczora. Po wieczornym apelu Jan i jego współwięźniowie postanowili, że nocą dadzą mu nauczkę. O pierwszej nad ranem narzucili mu na głowę koc i zaczęli bić.    
   Następnego dnia do celi przyszedł oddziałowy z komendantem. Więźniowie zgodnie oświadczyli, że nowy współosadzony był agresywny i sam sprowokował zajście.

Październik 1950

   Nadszedł październik 1950 roku. Jesień rozgościła się na dobre, a chłód przenikał przez mury więzienia w Rawiczu. Czesława, brata bohatera, wyprowadzono z celi i wysłano do Strzelec Opolskich – miał pracować w kamieniołomach. Kuzyna, Stanisława Przybyłę, przeniesiono do innej celi. W miejsce dawnych towarzyszy niedoli pojawili się nowi. Komendant więzienia krążył od celi do celi, wypytując, kto chce podjąć pracę – może w kopalni? Więźniowie, w tym i on, odmówili.
   Po miesiącu komendant zjawił się ponownie, tym razem z propozycją lżejszej pracy – w kartoflarni. Dla niego, osamotnionego po rozdzieleniu z bratem i kuzynem, wszystko było już obojętne. Zgodził się. Wkrótce dołączył do grupy pięćdziesięciu więźniów, którzy codziennie obierali ziemniaki. Nazywano ich żartobliwie „rzeźbiarzami”.
   Praca, choć monotonna, pozwalała zabić czas i dawała namiastkę normalności. Na dwóch przypadało pięćdziesiąt kilogramów ziemniaków do obrania – łącznie przygotowywali codziennie około 20–25 koszy, które potem zanoszono do kuchni. Jego współpracownikiem był Janek Bartnik z Radomia – skazany za działalność w Armii Krajowej.
   Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. W więzieniu hodowano nutrie, z przeznaczeniem na futra. Dwadzieścia pięć sztuk miało zostać zabitych. Strażnik, wiedząc o jego doświadczeniu rzeźnickim, zapytał, czy zająłby się oprawą. Zgodził się bez wahania. Przed świętami wykorzystał mięso, by przygotować dla współwięźniów posiłek – niemal pięćdziesięciu ludzi zajadało się aromatyczną pieczenią z nutrii. Nawet strażnicy przyszli do kartoflarni spróbować – nie kryli zadowolenia.
   Na święta przyjechała żona. Przywiozła paczkę żywnościową, ale administracja wstrzymała przyjmowanie paczek dla wszystkich więźniów. Uspokoił ją wtedy:
– Nie martw się, mamy pieczeń z nutrii – powiedział z uśmiechem.
   W kartoflarni pracowało też dwóch więźniów, znanych jako kapusie. Nie potrafił na nich patrzeć. Czekał tylko na moment, w którym któryś z nich się potknie. W lutym 1951 roku, podczas codziennej pracy, jeden z kapusiów zaczął ubliżać Jankowi Bartnikowi. To była iskra, na którą czekał. Uderzył go w twarz. Wybuchło poruszenie. Strażnik Frąckowiak, który pilnował „rzeźbiarzy”, natychmiast zareagował:
– Kto to zrobił?
Przyznał się bez wahania. Zabrano go do biura, gdzie grożono mu karą i wyrzuceniem z kartoflarni.
– Ten kapuś dziś zameldował na mnie, jutro może zameldować na pana – powiedział spokojnie do strażnika. Koledzy stanęli po jego stronie. Potwierdzili, że tamten więzień jest konfliktowy. Sprawa nie trafiła wyżej. Kapuś dostał naganę.
   W obrębie więzienia funkcjonował duży magazyn żywnościowy, zaopatrujący nie tylko zakład, lecz także korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Gdy przywożono większe ilości mąki czy kaszy, kierownik magazynu prosił o pomoc więźniów.
   Był początek marca 1951 roku, kiedy do kartoflarni wszedł strażnik i zapytał, kto pomoże przy noszeniu mąki. Zgłosił się od razu. Podczas pracy w magazynie zagadnął kierownika:
– Jestem rzeźnikiem. Może przydałbym się tu do pracy? Następnego dnia został przeniesiony do magazynu. Kierownikiem był Teodor Ruciński – młody człowiek z okolic Wilna. W przeszłości należał do AK, ale gdy Rosjanie rozbili struktury Armii Krajowej, uciekł i przedostał się do Polski. Został strażnikiem w Rawiczu, znanym z uczciwości i szacunku wobec więźniów.
   W magazynie panowała inna atmosfera niż w kartoflarni. Nie byli już skrępowani, a jedzenia nie brakowało. Pracowało tam trzech więźniów – każdy z innego regionu, ale wszyscy lojalni i zżyci: on z okolic Kalisza, Władysław Wojda z rzeszowskiego AK oraz Stefan Matuszak z lubelskiego.
   W kwietniu 1951 roku do Rawicza przywieziono jego brata Józefa i Ludwika Wilkowskiego. Józef trafił do tzw. białego bloku, Wilkowski do czerwonego. Wilkowski był fryzjerem – dostał więc przydział do golenia strażników.
   Gdy tylko dowiedział się o przybyciu brata, napisał podanie o widzenie. Udało się – co miesiąc widywał się z Józefem. Za wszelką cenę próbował wciągnąć go do pracy w piekarni, gdzie strażnikiem był Józef Kerczmer – człowiek zaufany, lojalny wobec więźniów.
W cieniu murów Rawicza, między niepewnością jutra a walką o resztki godności, Jan nie przestawał wierzyć, że kiedyś nadejdzie wolność. I że warto na nią czekać, nawet w miejscu, gdzie każdy dzień był aktem oporu.

 Powrót do życia

   W kwietniu 1952 roku zabrano go z magazynu na szkolenie stolarskie. Razem z grupą innych więźniów przygotowywano ich do transportu do Jelcza. Jego brat, decyzją Kerczmera, został skierowany do pracy w piekarni, gdzie pozostał aż do końca wyroku.
Praca w magazynie układała się dobrze. Więźniowie dogadywali się ze sobą jak bracia, zdrowie dopisywało. W ich celi mieszkało ośmiu mężczyzn. Zimą dołączył do nich kapuś – Kazimierz Szumilas. Miał za zadanie sprawdzić, czy więźniowie nie prowadzili żadnych nielegalnych interesów. Jako magazynierzy mieli kontakt z innymi osadzonymi – pracującymi w kuchni, na podwórzu, czy właśnie w piekarni. Szybko zdemaskowali intruza. By nie stracić dobrej pracy, postanowili traktować go dyplomatycznie.
W ich celi próg był tak wydeptany, że powstała szeroka szczelina między nim a drzwiami. Zimą przez nią wciskał się lodowaty wiatr. Pokazali Szumilasowi miejsce tuż przy drzwiach. Spał tam samotnie pod jednym cienkim kocem, podczas gdy pozostali dzielili się dwoma kocami po dwóch. Biedak nie zmrużył oka przez całe noce. Trząsł się z zimna, płakał. Wytrzymał dwa tygodnie, po czym trafił do szpitala.
   Był kwiecień. Minął rok pracy w magazynie. Czuł się dobrze odżywiony i zdrowy. Mimo starań kierownika magazynu, który dwukrotnie chodził do biura z prośbą o jego zatrzymanie, decyzji nie udało się zmienić – został zakwalifikowany do wyjazdu do Jelcza. Dla stu więźniów zorganizowano kurs przysposobienia przemysłowego w zawodzie stolarza. Trwał on niemal trzy miesiące – od kwietnia do lipca 1952 roku. Po jego zakończeniu uczestnicy otrzymali świadectwa.
   Pod koniec lipca zostali przetransportowani do Jelcza, gdzie rozpoczynała działalność państwowa fabryka samochodów ciężarowych. Zakład w Jelczu powstał na bazie dawnych zakładów Kruppa – niemieckiej fabryki zbrojeniowej. W czasie II wojny światowej produkowano tam części do dział i pojazdów wojskowych. Po 1945 roku, w wyniku decyzji władz komunistycznych, ruiny poniemieckiej fabryki zostały przejęte przez państwo i stopniowo odbudowane. W odbudowie tej brali udział m.in. więźniowie polityczni, w tym także on.
   Zakład z czasem przekształcił się w Państwowe Zakłady Samochodowe w Jelczu, gdzie rozpoczęto produkcję samochodów ciężarowych na radzieckiej licencji. Obóz pracy otaczał wysoki, trzymetrowy płot z kolczastego drutu i wieże strażnicze z wartownikami uzbrojonymi w broń maszynową. Bloki mieszkalne – dwupiętrowe – przypominały wojskowe koszary. W salach znajdowały się piętrowe łóżka – jedno dla każdego więźnia. Na środku placu stała świetlica mogąca pomieścić nawet tysiąc osób. Był też plac sportowy, boisko do piłki nożnej i siatkówki, biblioteka oraz kantyna. Codziennie podawano trzy posiłki. W kantynie można było kupić chleb, masło, smalec i papierosy. Zarobki więźniów dzielono na trzy części: jedna trafiała bezpośrednio do więźnia, druga była deponowana, a trzecia przeznaczana na potrzeby administracji więziennej. Pracowali na trzy zmiany. Montowali ciężarówki wojskowe – głównie cysterny i pojazdy techniczne – z części dostarczanych z NRD. Więźniowie stanowili aż 90% załogi, resztę stanowili cywile.
Bloki mieszkalne – dwupiętrowe – przypominały wojskowe koszary. W każdej sali znajdowały się piętrowe łóżka – jedno dla każdego.
   Na środku placu stała świetlica mieszcząca nawet tysiąc osób, był też plac sportowy z boiskiem do piłki nożnej i siatkówki, biblioteka oraz kantyna. Więźniowie otrzymywali trzy posiłki dziennie, a w kantynie można było kupić chleb, masło, smalec i papierosy. Zarobki dzielono na trzy części – jedna trafiała do więźnia, druga na depozyt, trzecia na potrzeby więziennictwa.
   Pracowali na trzy zmiany. Montowali wojskowe ciężarówki na radzieckiej licencji, z części dostarczanych z NRD – między innymi cysterny na paliwo oraz pojazdy techniczne. Więźniowie stanowili 90% załogi, reszta to cywile. Zakład podzielony był na działy: stolarski, ślusarski, tokarski, blacharski oraz halę montażową. Samochody schodziły z taśmy gotowe do przeglądu.
Pierwsze dwa miesiące spędził jako ślusarz – od września do listopada, po ukończeniu kursu. Próbował też pracy jako spawacz, ale szybko zrezygnował – była zbyt szkodliwa dla zdrowia. Dzięki znajomości z inżynierem z Krakowa, również więźniem, udało mu się przenieść na taśmę montażową. Po pewnym czasie został brygadzistą.
   Pewnego dnia zwolniło się stanowisko grupowego. Strażnik polecił mu je objąć. Wiedział jednak, jak złą sławą cieszyła się ta funkcja – grupowi nosili opaskę na rękawie i byli podejrzewani o donosicielstwo. Nie chciał jej zakładać. Mimo to, trzeciego dnia, przy bramie zmuszono go do jej włożenia. W oczach kolegów natychmiast stał się kimś obcym. Szybko z tego „zaszczytu” zrezygnował – po tygodniu oddał opaskę, a jemu towarzyszyła ulga.

1953 rok. Śmierć tyrana.

    Choć Jan nigdy nie był w Moskwie, choć nie stanął nigdy przed obliczem Józefa Stalina, to jego życie – jak życie milionów ludzi w Europie Środkowo-Wschodniej – zostało ukształtowane właśnie przez tego jednego człowieka. Stalin, który zbudował imperium na krwi i strachu, sięgał swoją polityką daleko poza granice Związku Radzieckiego. Również do Polski. To właśnie on, człowiek o martwym spojrzeniu, zdecydował, że po 1945 roku Polska nie będzie już wolna, lecz podporządkowana. Że opór wobec komunistycznej władzy zostanie uznany za „zdradę ludową”, a ludzie tacy jak Jan – młodzi, wierni wartościom, odważni – zostaną nazwani wrogami.
   Władza, którą Stalin zbudował, była bezlitosna i doskonale zorganizowana. UB – polski odpowiednik radzieckiego NKWD – przejmował metody i mentalność moskiewskich instruktorów. Tortury, procesy pokazowe, wymuszanie zeznań, więzienia bez wyroków – to była codzienność w stalinowskiej Polsce. Śmierć Stalina 05.03.1953, radzieckiego polityka i krwawego dyktatora, który od lat 20. XX wieku aż do swojej śmierci sprawował władzę absolutną w Związku Radzieckim, wywołała zmiany polityczne w całym bloku wschodnim, w tym w Polsce. Władze ZSRR rozpoczęły proces „odwilży”, czyli stopniowego łagodzenia terroru i represji. Kraje satelickie, w tym Polska, również zaczęły dostosowywać swoją politykę – m.in. poprzez ogłaszanie amnestii dla więźniów politycznych. Komuniści chcieli złagodzić napięcia społeczne po latach terroru stalinowskiego. Kierowały nimi również względy praktyczne – przepełnienie więzień. W latach stalinizmu (1948–1952) liczba więźniów politycznych drastycznie wzrosła. Władze nie były w stanie utrzymać tak dużej liczby osadzonych, dlatego potrzebowały „legalnego” sposobu ich redukcji.
W obozie zaczęły krążyć pogłoski o amnestii.  Amnestia miała stworzyć pozory „humanitaryzmu” władzy ludowej oraz odbudować zaufanie obywateli do państwa. 
   W sercach więźniów pojawiła się nadzieja. Wiosną, gdy nadal pracował przy montażu, do zakładu przybyła inspekcja: główny dyrektor, dyrektor produkcji, radziecki generał, kapitan i... polski porucznik. Spojrzał na niego – i zamarł. To był jego znajomy ze Stawiszyna – pan Zenon Schmidt, pracownik Ministerstwa Obrony Narodowej.
– Cześć, Jasiu! – zawołał głośno porucznik. Podszedł i serdecznie go objął. Wszyscy zamilkli. Rozmawiali z dziesięć minut. Schmidt wręczył mu paczkę papierosów i obiecał, że odwiedzi go po inspekcji. Przyszedł punktualnie, o 1:30, i razem poszli na plac zbiórek. Pocieszył go, że amnestia obejmie również jego. To spotkanie zostawiło ślad w jego sercu – do dziś czuł wobec niego dług wdzięczności.
  Niestety, spotkanie nie uszło uwadze strażników. Wszczęto dochodzenie. Wezwano go na przesłuchanie. Powiedział prawdę – że to jego znajomy z rodzinnych stron, że podarował mu papierosy. Następnego dnia ponownie go przesłuchano. Wówczas oświadczył, że wszystko mu przekaże. Poproszono go, aby nie wspominał nikomu o tej rozmowie. Potem wrócił do codziennej rutyny.
   Wreszcie, 20 lipca 1953 roku, po pracy do sali wszedł strażnik i polecił mu spakować rzeczy. Zapytał, czy wychodzi. Chciał oddać kolegom prowiant, ale strażnik rozkazał zabrać wszystko. Trafił do sali kwarantanny, gdzie było już dziesięciu innych więźniów. Powiedziano im, że wychodzą następnego dnia – 22 lipca. Mieli przygotować cywilne ubrania. Tego dnia opuścili więzienie w grupie. Nie wolno im było pożegnać się z kolegami, ale mimo zakazu, poszedł oddać im żywność.
– Cześć – powiedział tylko. Bo w więzieniu nie mówi się „do widzenia”.
Wydano im przepustki i pieniądze. 
   Wieczorem wsiadł do pociągu. O pierwszej w nocy miał przesiadkę do Kalisza. 23 lipca wysiadł na dworcu. Kupił dla córki słodycze i dużą piłkę – znał ją tylko ze zdjęć. Nie widział jej od czterech lat.

Jan Przybyła z zona Izabela z d. Pilarska i 4-letnią Tereską. Zdjęcie wykonane po powrocie z więzienia.
Jan Przybyła z zona Izabela z d. Pilarska i 4-letnią Tereską.
Zdjęcie wykonane po powrocie z więzienia
.
   Przed południem dotarł do Kiączyna. Wieś Kiączyn Nowy to niewielka miejscowość położona w województwie wielkopolskim, niedaleko Kalisza, w gminie Stawiszyn. Malowniczo usytuowana pośród pól i lasów, zachowała spokojny, wiejski charakter typowy dla regionu południowej Wielkopolski. W latach powojennych była to cicha osada, w której życie toczyło się zgodnie z rytmem natury i prac polowych. Mieszkańcy żyli skromnie, zajmując się głównie rolnictwem. Choć z pozoru odcięta od wielkiej historii, to właśnie tu wielu powracających z więzień i obozów odnajdywało swoje rodziny i próbowało budować życie na nowo — tak jak Jan, który po latach represji odnalazł w Kiączynie schronienie i początek nowego rozdziału. Żona była w ogrodzie. Nie zauważyła go. Podszedł i powiedział: – Szczęść Boże. Zamarła. Wybiegła do niego. Uściskali się, wzruszeni do łez. Na podwórku bawiła się ich córeczka. Wziął ją w ramiona, ale był dla niej obcym mężczyzną. Broniła się, wyrywała.– To tatuś. Już z nami zostanie – tłumaczyła matka.

Wotum wdzięczności

   Jeszcze w ciemnej izolatce UB, skatowany i zmarznięty, przyrzekł sobie, że jeśli przeżyje – ufunduje kapliczkę na cześć Matki Boskiej Królowej Polski. Wierzył, że dzięki Jej wstawiennictwu wyszedł cało z piekła. Choć wrócił zrujnowany materialnie, obietnicę spełnił.
   Kapliczka, strażnik wiary i pamięci, stanęła na posesji jego syna Ryszarda, przy drodze ze Stawiszyna do Zbierska. W 1958 roku zbudował ją murarz Andrzej Szczepański wraz z pomocnikiem Stanisławem Bukowskim. Od zachodniej strony wmurował swoją intencję. 15 czerwca, w dniu Pierwszej Komunii Świętej córki Teresy, kapliczka została poświęcona. 

Wiejskie kapliczki to nie tylko znaki wiary, lecz także pamiątki ludzkiego losu, zapisane w tynku, w drewnie, w popękanym szkle osłaniającym figurki Matki Bożej czy Chrystusa Frasobliwego. Stawiane były z wdzięczności – za ocalenie z choroby, za powrót z wojny, za deszcz po długiej suszy. Były ślubem, modlitwą, wotum i znakiem nadziei.
1991. Jan przy kapliczce.


   Uroczystość prowadził ksiądz Henryk Posłuszny, ówczesny prefekt ze Stawiszyna. Na tablicy umieszczono wezwanie: „Królowo Polski, błogosław nam i ratuj w potrzebie.”
   Wiejskie kapliczki to nie tylko znaki wiary, lecz także pamiątki ludzkiego losu, zapisane w tynku, w drewnie, w popękanym szkle osłaniającym figurki Matki Bożej czy Chrystusa Frasobliwego. Stawiane były z wdzięczności – za ocalenie z choroby, za powrót z wojny, za deszcz po długiej suszy. Były ślubem, modlitwą, wotum i znakiem nadziei. Często budowano je tam, gdzie wydarzyło się coś ważnego. Gdzie ktoś umarł – nagle, tragicznie – albo gdzie ktoś cudem uniknął śmierci. W innych miejscach kapliczki wyznaczały granice wsi, chroniły pola przed burzą, domy przed zarazą, dusze przed zwątpieniem. Były jak drogowskazy nie tylko dla ciała, ale i dla ducha.
  Na wsiach ludzie znali każdą z nich po imieniu. Mówili: „ta przy lesie, co ją dziadek stawiał po wojnie”, „ta pod dębem, co Matka Boska miała tam ukazać się pasterce”, „ta, co ojciec wrócił znad Bzury i przysiągł, że zbuduje”. Kapliczka stawała się pamiątką – bardziej wieczną niż dom, który mógł spłonąć, runąć lub zostać opuszczony.

Kapliczka w Kiączynie jest częścią rodzinnego drzewa Przybyłów. Dopóki żyli Izabela i Jan Przybyłowie, opieka nad kapliczką była dla nich nie tylko obowiązkiem, lecz przede wszystkim aktem serca. Izabela przystrajała ją świeżymi kwiatami, które zmieniały się z porami roku, a Jan troszczył się o jej wygląd – bielił ściany, naprawiał ubytki, doglądał każdego detalu.
Kwiecień 2000


   Kapliczka w Kiączynie jest częścią rodzinnego drzewa Przybyłów. Dopóki żyli Izabela i Jan Przybyłowie, opieka nad kapliczką była dla nich nie tylko obowiązkiem, lecz przede wszystkim aktem serca. Izabela przystrajała ją świeżymi kwiatami, które zmieniały się z porami roku, a Jan troszczył się o jej wygląd – bielił ściany, naprawiał ubytki, doglądał każdego detalu. W kwietniu 2000 roku własnoręcznie ją otynkował i pomalował. 
  15 lutego 2001 roku Jan Przybyła odszedł. Wtedy troskę o kapliczkę przejęły jego żona Izabela oraz córka Teresa Pietrzak. Przez kolejne lata kontynuowały dzieło rozpoczęte przez ojca i męża, dbając o miejsce modlitwy i zadumy. Wiosną, w latach 2008–2010, w maju, codziennie zbierała się przy niej grupa kobiet z Nowego Kiączyna. Rozbrzmiewały pieśni ku czci Matki Bożej, a słowa Litanii loretańskiej unosiły się w wieczornym powietrzu niczym cicha modlitwa całej wsi.
   Gdy w lutym 2018 roku odeszła Izabela Przybyła. Sześcioletnia choroba opiekunki i upływ czasu odcisnęły piętno nie tylko na rodzinie, ale i na miejscu, które przez lata było symbolem wiary i wspólnoty.
   Latem tego samego roku syn Izabeli i Jana – Ryszard Przybyła – wraz z żoną Danutą podjął się renowacji. Obudowali kapliczkę z cegły klinkierowej i zadbali o jej otoczenie, przywracając dawną godność temu świętemu miejscu. 7 stycznia 2019 roku kapliczka została uroczyście poświęcona przez księdza Jakuba Ubysza, wikariusza parafii w Stawiszynie. Los jednak postawił kapliczkę przed kolejną próbą. W czerwcu 2024 roku ruszyła budowa ścieżki rowerowej między Stawiszynem a Zbierskiem. Jej trasa przebiegała dokładnie przez teren, na którym stała kapliczka. 8 lipca 2024 roku została rozebrana – zburzona, ale nie zapomniana. Przedsiębiorstwo Budowy Dróg z Kalisza nieodpłatnie przekazało cegłę klinkierową i zaprawę. Burmistrz Stawiszyna Grzegorza Kaczmarkek pokrył koszty budowy, kapliczka mogła powrócić na swoje miejsce. Nową wzniósł murarz Daniel Biesiada ze Zbierska, wspierany przez Jerzego Stasiaka i Ireneusza Balcera. Teren wokół kapliczki uporządkował Ryszard z żoną Danutą.
   15 maja 2025 roku odbyło się uroczyste poświęcenie nowej kapliczki. Aktu tego dokonał proboszcz parafii w Stawiszynie – ksiądz Jakub Piotrowski. W modlitewnym skupieniu uczestniczyli mieszkańcy Nowego Kiączyna.

Kiączyn Nowy, kapliczka
Kapliczka w Kiączynie Nowym, wybudowana w 2025.
Oryginalna tablica nie zachowała się. Oryginalny jest za to krzyż zwieńczający kapliczkę
oraz figura Matki Boskiej. Tablica została odtworzona wg. oryginału. 
Poświęcił proboszcz parafii w Stawiszynie ks. Jakub Piotrowski w dniu 15.05.2025.


   Kapliczka przywraca łączność między pokoleniami, między Kiączynem sprzed lat a współczesnym światem, który coraz mniej pamięta. A gdy zatrzymać się przy niej choć na chwilę, zrozumieć można, że kryje w sobie coś więcej – opowieść o ludzkim losie.

Tereska  (ur. 20.08.1949) w 1951.
Jan przechowywał zdjęcie w podwójnym dnie
proszku do mycia zębów.  


Teresa Pietrzak z domu Przybyła, córka Jana, przechowuje wspomnienia ojca i pielęgnuje pamięć o Nim. 

Świadectwo ukończenia kursu stolarskiego.



Podwórze Jana Przybyły w Nowym Kiączynie w tle. Izabela z 2 letnim Ryszardem i 9 letnią Teresą - 1958.
 Nowy Kiączyn.
 2 letni Ryszard i 9 letnią Teresą - 1958.