Etykiety

piątek, 20 marca 2026

Wielkanocny talerz pełen miłości

Wielkanocny talerz pełen miłości

Wielkanocny poranek był dla mnie synonimem szczęścia.

W niedzielę, szóstego kwietnia 1980 roku, przypadała Wielkanoc. Leżałam jeszcze pod wspaniałą, puchową pierzyną, która otulała mnie jak miękki kokon. Towarzyszyła mi przez długie lata — była prezentem od babci,  ciepła i bezpieczeństwa. Tego dnia nie musiałam zrywać się do szkoły. To był jeden z tych nielicznych poranków, kiedy czas płynął wolniej, łagodniej, a cały dom zdawał się oddychać oczekiwaniem na świętowanie.

Z kuchni dobiegały stłumione odgłosy krzątania i cichy szum radia. Babcia przygotowywała wielkanocne śniadanie. Nie była kobietą, która kochała stać przy garnkach — choć jako córka restauratorów potrafiła gotować. Do dawnych przepisów i umiejętności wracała rzadko; zbyt wiele w nich było wspomnień. Wirtualne Muzeum. Historia w sepii. : Szaliński Nosiła w sobie jakąś cichą niechęć do przeszłości, jakby każdy zapach i smak mógł obudzić coś, co chciała pozostawić za sobą.

Zawsze bała się kwietnia. Powtarzała, że jeśli przeżyje kwiecień, to reszta roku będzie już dobra. W naszym domu to właśnie w tym miesiącu zdarzało się wszystko, co najtrudniejsze — choroby, śmierci, niepokój. I faktycznie zmarła 20 kwietnia 2001 roku.

A jednak potrafiła piec ciasta — czego ja nigdy nie polubiłam. Słodka woń pieczonej baby mieszała się z ostrym zapachem świeżo tartego chrzanu. Wiedziałam, że tam, za drzwiami, trwa krzątanie, które dla mnie było najpiękniejszą melodią dzieciństwa.

Nagle drzwi skrzypnęły, wpuszczając do pokoju falę ciepła i zapachów wielkanocnych potraw. Babcia weszła, niosąc talerz — talerz, który do dziś pozostaje dla mnie jednym z najczystszych obrazów szczęścia. Nie musiałam nawet wychodzić z łóżka. Wystarczyło, że się podniosłam, a ona postawiła przede mną ten świąteczny skarb.

Na talerzu lśniła świeżo ugotowana szynka — jeszcze parująca, krucha. Obok niej pyszniła się gęsta, domowa sałatka jarzynowa. Był też kawałek białej, aromatycznej kiełbasy i intensywnie czerwona ćwikła, która barwiła wszystko wokół. Brałam pierwszy kęs, czując w ustach smaki, których nie da się podrobić ani zapomnieć. Babcia uśmiechała się, patrząc, jak jem. A ja miałam pewność, że te Święta Wielkanocne — pod jej dachem — są najbezpieczniejszym i najszczęśliwszym miejscem na świecie.

Początki wiosny bywały jeszcze chłodne. W rogu pokoju stał stary piec kaflowy, dumny i niewzruszony — jak milczący strażnik domowego ogniska. Jego gładka powierzchnia lśniła ciemną, butelkową zielenią. W zimowe wieczory, gdy mróz malował na szybach fantazyjne wzory, wystarczyło przyłożyć dłoń do rozgrzanych kafli, by poczuć, jak świat zwalnia, a codzienne troski rozpływają się w tym kojącym cieple.

Każdy, kto wchodził do pokoju, opierał się o piec plecami, podkulał ręce i ogrzewał się w jego cieple. Lubiłam nawet palić w nim — wpatrywać się w żarzące się polana, które powoli zamieniały się w popiół. Trochę mniej lubiłam nosić wiadra z węglem z piwnicy na drugie piętro.

Budynek przy Placu Wolności miał już wtedy swoją historię. Dziś liczy dwieście lat Placu Wolności . Niegdyś był budynkiem fabrycznym, a w czasie wojny mieściła się tu niemiecka szkoła. Czasami zastanawiałam się, czy w tym właśnie pokoju uczyły się dzieci folksdojczów i przyjezdnych Niemców. Nigdy jednak nie dotarło do mnie żadne wspomnienie, które mogłoby to potwierdzić.

Był rok 1980. Kończyłam szkołę podstawową.

Świat na zewnątrz nie był już tak łagodny jak ten zamknięty w ścianach naszego domu. Gospodarka PRL znajdowała się w głębokim kryzysie. Ludzie, zmęczeni i zrezygnowani, godzinami stali w kolejkach, nie wiedząc, „co rzucą”. Mięso, cukier, benzyna, a nawet papier toaletowy — wszystko było na kartki.

Byłam w ósmej klasie.
Za rok generał Jaruzelski wprowadzi stan wojenny.    Opatóweccy partyjniacy obradowali nad zaletami Rewolucji Październikowej Wirtualne Muzeum. Historia w sepii. : Zebranie ZBoWiD 23 listopada 1980 roku w Opatówku


1980


1996
 

autor: Dominika Pawlikowska

piątek, 30 stycznia 2026

Zygmunt Gadzinowski (1909–1941). Lisków.

Zygmunt Gadzinowski (1909–1941)


Zygmunt Gadzinowski urodził się 17 lutego 1909 roku w Wilamowie koło Uniejowa. 

Był urzędnikiem samorządowym, działaczem społecznym i politycznym, przedstawicielem przedwojennej inteligencji administracyjnej II Rzeczypospolitej.
Odznaczał się wysokim wykształceniem, aktywnością publiczną oraz znaczną pozycją w środowisku lokalnym, co w okresie okupacji niemieckiej stało się jedną z przyczyn jego represjonowania.

W 1931 roku ukończył Studium Administracji Komunalnej przy Wydziale Prawa i Nauk Ekonomiczno-Społecznych Wolnej Wszechnicy Polskiej w Warszawie – jednej z najlepszych wówczas uczelni kształcących kadry administracyjne w Polsce. Od 1929 roku Wszechnica posiadała status uczelni wyższej, a nadawane przez nią dyplomy były równoważne z uniwersyteckimi. Program studiów obejmował zagadnienia prawa, ekonomii, samorządu i polityki społecznej, przygotowując absolwentów do odpowiedzialnej pracy w administracji publicznej. Uczelnia odegrała istotną rolę w formowaniu nowoczesnych elit urzędniczych II RP.

Po zawarciu małżeństwa z Heleną Wiewiórkowską z Opatówka przeniósł się do Liskowa, gdzie objął stanowisko sekretarza gminy. Zamieszkał wraz z żoną i dwojgiem dzieci – Teresą i Leszkiem – w budynku gminnym. Od stycznia 1934 roku pełnił funkcję wiceprezesa Gminnego Oddziału Związku Strzeleckiego w Liskowie (gm. Strzałków), angażując się w działalność paramilitarną i wychowawczą. Zachowane w archiwach dokumenty potwierdzają również jego aktywność w inicjatywach państwowych, m.in. w organizowaniu Pożyczki Narodowej, za co w 1934 roku otrzymał dyplom uznania.

Zygmunt Gadzinowski był sekretarzem Koła Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem w Jastrzębnikach, działającego od 1932 roku. Funkcję prezesa koła pełnił Stefan Chenczke ze Skrajni, a wiceprezesa Kacper Pawlak z Jastrzębnik. Jako urzędnik i działacz społeczny należał do osób szczególnie aktywnych w życiu publicznym gminy.

W Liskowie był bliskim współpracownikiem ks. Wacława Blizińskiego (1870–1944), wybitnego działacza społecznego, posła i senatora II RP, proboszcza parafii liskowskiej. Uczestniczył w realizacji szeroko zakrojonych inicjatyw społeczno-gospodarczych i kulturalnych, które uczyniły Lisków jednym z najbardziej znanych ośrodków nowoczesnej wsi polskiej w okresie międzywojennym. Brał czynny udział w przygotowaniach do wystawy Praca i Kultura Wsi (1937), za co został odznaczony, oraz odpowiadał za zabezpieczenie logistyczne Kongresu Eucharystycznego w Liskowie w czerwcu 1938 roku.

Rozmach działań społecznych, obecność najwyższych władz państwowych – w tym prezydenta Ignacego Mościckiego i marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego – a także aktywność urzędników gminnych zwróciły uwagę miejscowych Niemców jeszcze przed wybuchem wojny. Po zajęciu Liskowa przez okupanta Gadzinowski przeniósł się wraz z rodziną do Opatówka, zamieszkując przy Placu Wolności 14.

Sekretarze gmin znaleźli się w centrum zainteresowania niemieckiego aparatu represji i byli licznie reprezentowani na listach proskrypcyjnych. W niemieckiej charakterystyce Zygmunta Gadzinowskiego zapisano: „Był wiodącą postacią w Liskowie. Jego nienawistne, podjudzające wystąpienia przeciw niemieckiej państwowości są tu w pamięci wszystkich. Ma wielkie wpływy pomiędzy tutejszymi Polakami i nie będzie ich używał na korzyść niemieckich władz”. Na tej podstawie uznano go za osobę szczególnie niebezpieczną dla III Rzeszy.

Listo z obozu

Został aresztowany przez gestapo 15 kwietnia 1940 roku w Opatówku. Dnia 26 kwietnia 1940 przewieziono go do obozu koncentracyjnego Dachau jako więźnia politycznego, gdzie otrzymał numer 6094. Następnie, 5 czerwca 1940 roku, deportowano go do KL Mauthausen-Gusen w Austrii. Osadzony był kolejno w blokach 1 i 5, jako więzień nr 3607.

Lista proskrypcyjna sporządzona przez lokalnych żandarmów z nazwiskiem Gadzinowskiego i pozostałymi współpracownikami księdza Blizińskiego

Zachował się list z obozu, napisany 28 lipca 1941 roku do żony, w którym informował o swoim stanie zdrowia i troszczył się o los rodziny, starając się podtrzymać bliskich na duchu.

Zygmunt Gadzinowski został zamordowany 29 października 1941 roku w obozie Mauthausen-Gusen w wieku 32 lat. Urna z jego prochami, przesłana przez władze obozowe, spoczęła w grobowcu rodziny Wiewiórkowskich na cmentarzu w Opatówku.

Wkrótce po jego śmierci zmarła również żona Helena. Osierocone dzieci – Teresa i Leszek – zostały oddane pod opiekę babki, Leokadii Wiewiórkowskiej z Opatówka. Los rodziny Gadzinowskich stał się tragicznym przykładem ceny, jaką zapłaciła lokalna inteligencja i administracja II Rzeczypospolitej za wierność państwu polskiemu i działalność społeczną w obliczu niemieckiej okupacji.

Dokumenty z archiwum rodzinnego córki Gadzinowskiego-Teresy Jaśkiewicz