Etykiety

niedziela, 17 maja 2026

„... ja już tu nie wrócę”. Tragiczne losy Marcina Bacha z Szulca (1884–1940)



  Wielka historia rzadko pyta o zdanie zwykłych ludzi. Zazwyczaj po prostu wdziera się w ich życie, wywracając je do góry nogami i zostawiając po sobie jedynie ślady w archiwach. 
Ten blog dowodzi, że najwspanialsze i najbardziej poruszające opowieści o ziemi kaliskiej nie kryją się w podręcznikach, ale w domowych szufladach, na starych fotografiach i w żywej pamięci potomków.

   Niedawno, dzięki uprzejmości  moich Czytelników miałam okazję dotknąć losów, które głęboko poruszyły moje regionalne serce. 
To historia Marcina Bacha, dumnego gospodarza z podkaliskiego Szulca, o którego grób w Wojsławicach koło Chełma, woj. Lubelskie dba tamtejsza regionalistka.

   Ta opowieść zaczyna się pięknie – od mroźnego, styczniowego poranka w 1910 roku, kiedy w kościele w Tłokini Marcin przysięgał miłość swojej wybrance, Anieli. Przez lata ich rytm życia wyznaczała ciężka praca na roli, miłość do dzieci i duma z wybudowania solidnego, murowanego domu. Niestety, ta wielkopolska idylla została brutalnie przerwana jesienią 1939 roku, gdy Szulec stał się częścią hitlerowskiego Kraju Warty, a polscy gospodarze zostali uznani za intruzów na własnej ziemi.

   Kiedy Niemcy kazali Bachom się pakować, Marcin, żegnając się z rodzinnym domem, wypowiedział słowa, które stały się tragicznym proroctwem: „... ja już tu nie wrócę”.

Zapraszam Was dzisiaj w niezwykle osobistą podróż śladami jednego z nas. To droga, która prowadzi z kaliskiej ziemi, przez piekło obozu przejściowego w Łodzi, aż po cichy, tragiczny koniec w sam dzień Bożego Narodzenia na lubelskim wygnaniu. 
Poznajcie losy Marcina Bacha – człowieka, którego historia przypomina nam, jak wielką cenę płacili nasi przodkowie za wierność własnym korzeniom.


   Działo się to zimowego dnia, 17 stycznia 1910 roku, kiedy w osadzie Tłokinia węzłem małżeńskim złączone zostały losy dwojga młodych ludzi.
W obliczu Boga i świadków stanął dwudziestosiedmioletni Marcin Bach – młodzieniec urodzony w 1883 roku i zamieszkały w Szulcu, syn Tomasza oraz Petroneli z domu Gruszka.  U jego boku kroczyła wybranka serca, 21-letnia Aniela z domu Baran. Młoda panna pochodziła z Winiar, a jej rodzicami byli rolnicy – Stanisław i Józefa z Gibusów. Tego mroźnego dnia, otoczeni życzliwością świadków i rodzinnym błogosławieństwem, rozpoczęli oni wspólną drogę jako mąż i żona.


Tłumaczenie aktu małżeństwa (z języka rosyjskiego) Nr 30. Tłokinia
Działo się we wsi Tłokinia dnia piętnastego (dwudziestego ósmego) stycznia tysiąc dziewięćset dziesiątego roku
 [15 / 28 stycznia 1910 r.] o godzinie dziewiątej rano.
Oświadczamy, że w obecności świadków: Antoniego Kiełba (Antoni Kiełb), mającego sześćdziesiąt lat, i Franciszka Cerbskiego (Franciszek Cerbski), mającego czterdzieści pięć lat, obu rolników zamieszkałych w Winiarach, 
zawarty został w dniu dzisiejszym religijny związek małżeński między:
Marcinem Bach (Marcin Bach), kawalerem, mającym dwadzieścia siedem lat, urodzonym i zamieszkałym 
w Szulcu przy rodzicach, synem Tomasza i Petroneli z domu Gruszka, małżonków Bachów, rolników ze Szulca,a Agnieszką Baran, panną, mającą dwadzieścia jeden lat, 
urodzoną i zamieszkałą w Winiarach przy rodzicach, córką Stanisława i Józefy z domu Gibus,  małżonków Baranów, 
rolników z Winiar. Małżeństwo to poprzedziły trzy zapowiedzi opublikowane w tutejszym tłokińskim oraz opatowskim kościołach w niedziele: dwudziestego grudnia zeszłego roku (drugiego stycznia bieżącego roku), dwudziestego siódmego grudnia zeszłego roku (dziewiątego stycznia bieżącego roku) oraz trzeciego (szesnastego) stycznia bieżącego roku.
Nowożeńcy oświadczyli, że zawarli przedmałżeńską umowę majątkową (intercyzę) w mieście Kaliszu u notariusza Stanisława Bzowskiego dnia 10 (23) grudnia 1909 roku za numerem 1586.
Religijny obrzęd zaślubin dopełniony został przez Nas, niżej podpisanego Księdza. Akt ten przybyłym i świadkom niepiśmiennym przeczytany, przez Nas tylko podpisany.
[Podpisano]: Ks. W. Peretiatkowicz (?) Utrzymujący Akta Stanu Cywilnego
Adnotacja na dole strony (w języku polskim)
Na dole dokumentu dopisano później urzędową informację o śmierci żony:
żona zmarła dnia 31 Stycznia 1970 r. w Szulcu. USC Opatówek Nr aktu 7/1970.


   Młodzi małżonkowie związali swoje życie z Szulcem – wsią o wyjątkowym znaczeniu historycznym i duchowym. To właśnie tutaj, w XVII wieku, doszło do cudownego uzdrowienia jednego z mieszkańców, który w akcie wdzięczności ufundował słynny, łaskami słynący obraz Świętej Rodziny dla kaliskiej kolegiaty . Przez stulecia osada ta cieszyła się szczególną opieką Świętego Józefa, a wiara ta głęboko wsiąknęła w tożsamość jej mieszkańców.

   Nazwisko rodu Bachów wrosło w tę ziemię od pokoleń. Historyczne korzenie rodziny sięgały aż XVIII wieku, co znalazło swoje oficjalne potwierdzenie na kartach literatury. W monografii Ewy Martinek „Szulec. Wieś cudu Świętego Józefa” na stronie 50, nazwisko XVIII-wiecznego przodka, Marcina Bacha, zostało uwiecznione wśród tutejszych gospodarzy. Ta cenna wzmianka, w połączeniu z żywą pamięcią jego prawnuka Krzysztofa Romańczyka, stała się bezcennym fundamentem do odtworzenia wielopokoleniowych dziejów rodu.

   Jako prawowity gospodarz w Szulcu, Marcin Bach był człowiekiem silnie związanym z ziemią,  odpowiedzialnym za byt nowo założonej rodziny. Praca na roli w tamtych czasach wymagała niezwykłego hartu ducha i bezwzględnego poświęcenia. Każdego dnia Marcin zmagał się z kaprysami pogody i trudem własnych rąk.         Był to żywot uświęcony tradycją, gdzie rytm dni wyznaczały pory roku, a codzienne obowiązki przeplatały się z cichą modlitwą.  Z czasem ciężka praca przyniosła owoce – Bachowie wznieśli porządny, murowany dom, który stał się dumą rodziny i bezpieczną przystanią dla kolejnego pokolenia. A później powodem wysiedlenia, bowiem okupant osiedlał niemieckich osadników w dobrych domach z cegły.

   Marcin byl zamożnym gospodarzem, miał dużo ziemi, specjalizował się w hodowli koni. Przed wybuchem II wojny były przysposabiane do działań bojowych w ramach formacji Przysposobienie Wojskowe Konne, otrzymywały żołd i opiekę weterynaryjną od wojska.

Z biegiem lat przeznaczenie małżonków dopełniło się w najpiękniejszy możliwy sposób. Ich ognisko domowe w Szulcu zostało pobłogosławione przyjściem na świat dzieci, które miały kontynuować historię rodu:

  • Józef ur. 1911. Józef miał dwie córki Stanisławę i Marię. Stanisławę Romańczyk znali wszyscy opatowianie bowiem prowadziła aptekę w centrum Opatówka na rogu ulicy Kościelnej i Poniatowskiego.
  • Stanisław ur. 1913 - zm. 2000

  • Stefan ur. 1915 ( zmarł w wieku 12 lat )

  • Piotr ur. 1924 – zm. 2002, kawaler

Wojenny dramat i wygnanie (1939)

   Spokojny, uregulowany rytm życia w Szulcu został brutalnie przerwany we wrześniu 1939 roku wraz z wybuchem II wojny światowej. Marcin Bach miał wówczas około 56 lat – był dojrzałym mężczyzną, który całe swoje życie i serce włożył w rozbudowę rodzinnego gospodarstwa.

   Ziemia kaliska i Szulec zostały bezpośrednio wcielone do Trzeciej Rzeszy jako część nowo utworzonego tzw. Kraju Warty (Warthegau). Dla mieszkających tu Polaków oznaczało to początek terroru. Niemcy rozpoczęli masowe, bezwzględne wysiedlenia rdzennej ludności, dążąc do całkowitej germanizacji tych terenów. Ofiarami tej polityki padali przede wszystkim właściciele najlepszych, najbardziej zadbanych gospodarstw z solidnymi, murowanymi domami – takimi jak ten, który wzniósł Marcin.

   Pewnego tragicznego dnia w drzwiach domu Bachów stanęli niemieccy urzędnicy, informując rodzinę, że mają czas na podpisanie volkslisty, w przeciwnym razie będą musieli opuścić swoją ojcowiznę. Moment ten był dla Marcina emocjonalnym ciosem. Żegnając się z własnym domem, dręczony złym przeczuciem, wypowiedział na głos prorocze słowa:

... ja już tu nie wrócę”.

   I tak też, niestety, się stało. Pierwszym etapem ich męczeńskiej drogi była Łódź, gdzie znajdowała się Centrala Przesiedleńcza (Umwandererzentralstelle). Bachowie spędzili tam kilka miesięcy w nieludzkich, uwłaczających godności warunkach – w przepełnionych, zimnych i pozbawionych podstawowej higieny barakach obozu przejściowego. To właśnie tam, w wyniku wycieńczenia i wszechobecnego chłodu, Marcin nabawił się pierwszego, ciężkiego zapalenia płuc, które trwale nadwyrężyło jego zdrowie.

   Po dramatycznych miesiącach spędzonych w Łodzi, Marcin wraz z żoną i synem zostali zapakowani do wagonów i wywiezieni na teren Generalnego Gubernatorstwa, w rejon lubelski. Jako wysiedleńcy nie zostali przydzieleni do żadnej stałej pracy – rzucono ich losowi na zatracenie. Dokwaterowano ich do domów innych polskich rodzin, które same borykały się z biedą. W ciasnocie i ubóstwie, Bachowie zostali skazani na biologiczną wegetację.

   W tych skrajnych warunkach, pozbawiony właściwej opieki medycznej, ciepła i odpowiedniego wyżywienia, schorowany Marcin ponownie zapadł na zapalenie płuc. 

Marcin Bach zmarł na wysiedleniu, w miejscowości Majdan Ostrowski na Lubelszczyźnie, w sam dzień Bożego Narodzenia – 25 grudnia 1940 roku. Nad trumną stoi żona i syn Piotr (pierwszy z prawej)

   Wyniszczony organizm dumnego gospodarza z Szulca nie zdołał wygrać tej walki na obcej ziemi. Marcin Bach zmarł w nieludzkich warunkach na wysiedleniu, w miejscowości Majdan Ostrowski na Lubelszczyźnie, w sam dzień Bożego Narodzenia – 25 grudnia 1940 roku. Pochowany jest w Wojsławicach koło Chełma, woj. Lubelskie.


Dom Marcina w Szulcu


  Jego żona Aniela (która wróciła do Szulca i zmarła w 1970 roku) w geście miłości i pamięci ufundowała ten  nagrobek w Wojsławicach koło Chełma, woj. Lubelskie.


Grób Marcina Bacha (1884–1940) z Szulca w Wojsławicach koło Chełma, woj. Lubelskie.


Co się jeszcze działo w Szulcu podczas wojny? Czy inni gospodarze też zostali wysiedleni i musieli opuścić swoje domy? Odsyłam do posta: Aresztowanie 12 Polaków we wsi Szulec, gmina Opatówek 14 czerwca 1940. Pożar podczas wysiedlania polskich rodzin.

Marcin ma także nagrobek symboliczny na cmentarzu w Opatówku. Tu spoczęła jego żona.

Grób Marcina Bacha w Opatówku/ Tu spoczęła jego żona i synowie.

                                            °°°°°°°°°°°°°°° 𓆩♡𓆪 °°°°°°°°°°°°°°°

Bardzo ciekawym wątkiem jest życie Józefa  Bacha (1911-2000), syna Marcina. Jego żona Helena z domu Jodłowska pochodziła z Grybowa koło nowego Sącza. Józef kończył w Grybowie liceum klasyczne a później kierunek: spółdzielczość rolnicza na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. 

Z takim wykształceniem szybko znalazł pracę. 
Najpierw jako urzędnik w Liskowie, a w 1938 roku zaliczył duży awans – został administratorem fabryki włókienniczej w Opatówku na ulicy Kościelnej, w którym obecnie mieści się Muzeum Historii Przemysłu.
Zakład co prawda już wtedy nie działał, ale udziały w fabryce miał liskowski Bank Rolny, a reszta akcji należała do banku angielskiego. 
Józef dostał tam duże, służbowe mieszkanie i wydawało się, że wszystko układa się jak należy. 
Zakłady Fiedlerów w Opatówku były w XIX wieku jedną z największych i najbardziej nowoczesnych fabryk sukienniczych w Królestwie Polskim, jednak ich potęga całkowicie załamała się po I wojnie światowej, głównie z powodu utraty kluczowych rynków zbytu w Rosji. Ostateczny cios finansowy przyniósł Wielki Kryzys z lat trzydziestych, przez który zakład zaczął tonąć w ogromnych długach, co doprowadziło do całkowitego wstrzymania produkcji. Ponieważ właściciele nie byli w stanie spłacić swoich zobowiązań, potężny majątek fabryki – w tym ogromne, kilkupiętrowe gmachy w centrum Opatówka – przeszedł w ręce instytucji finansowych i wierzycieli. 
Informacja o strukturze własnościowej z 1938 roku, wskazująca na liskowski Bank Rolny oraz bank angielski, doskonale obrazuje ten proces, ponieważ instytucje te przejęły udziały właśnie za niespłacone długi. W tej sytuacji wierzyciele pilnie potrzebowali na miejscu zaufanego i wykształconego administratora, takiego jak Józef, którego zadaniem było pilnowanie gigantycznego majątku, budynków oraz mieszkań przyfabrycznych przed ostateczną likwidacją lub licytacją. 
Samo zaangażowanie kapitałowe instytucji z sąsiedniego Liskowa również nie było przypadkowe, ponieważ tamtejszy ruch spółdzielczy i bankowy, zapoczątkowany przez księdza Blizińskiego, był wówczas niezwykle silny i prężny.
Wszystko zmieniło się w 1939 roku. Rodzina z dnia na dzień straciła mieszkanie – wyrzucono ich, żeby zakwaterować tam Niemca. Musiał utrzymać rodzinę, więc zatrudnił się jako urzędnik w gminie, jako buchalter.

Józef Bach stoi oparty o lewą framugę drzwi. Nr. 16
. Zdjęcie z czasów II wojny przedstawia pracowników gminy. Nr 1 Komisarz Brake, nazista.


Z tego okresu pochodzi uderzająca historia. Ówczesny kolejny niemiecki komisarz Opatówka, Nuesse, (pierwszym był Brake) dowiedział się, że ojciec Józefa, Marcin, został wysiedlony w lubelskie. Urzędnik zaoferował pomoc i obiecał, że sprowadzi starszego pana z powrotem w rodzinne strony. "Ściągniemy go tutaj, może pan jednak podpisze tę volkslistę?". Józef uciął jednak temat krótko i rzeczowo:

— To już nieaktualne. Ojciec nie żyje.

Gdy wojna się skończyła, Józef po prostu wrócił do tego, co potrafił robić najlepiej. Ponownie objął posadę administratora fabryki w Opatówku i pracował tam przez pewien czas. Wszystko skończyło się, gdy nowa, komunistyczna władza zaczęła masowo przejmować prywatny i państwowy majątek, co ostatecznie zamknęło ten rozdział jego życia.

Moja rodzina była zaprzyjaźniona z rodziną wnuczki Marcina, a córką Józefa, panią Stanisławą Romańczykową.  Moje ostatnie spotkanie z panią Stanisławą Romańczykową mogło być około 2015 roku na imieninach ciotki Teresy Jaśkiewiczowej


Prawdopodobnie festyn pierwszomajowy. Pierwsza od lewej Teresa Jaśkiewicz, moja chrzestna, następnie pani Stanisława Romańczyk, Sabina Ketner- stomatolog z Ośrodka Zdrowia, mój chrzestny Maciej Wiewiórkowski.

Druga córka Józefa - Maria, była z kolei przyjaciółką mojej mamy. Maria cieszy się dobrym zdrowiem.

Autor Dominika Pawlikowska

 

sobota, 16 maja 2026

Jak zmieniały się nazwy ulic w Opatówku?

Dominika Pawlikowska

Jak zmieniały się nazwy ulic w Opatówku?


Dokumenty, które ostatnio trafiły w moje ręce, otwierają fascynujące okno na to, jak zmieniała się topografia nazewnicza Opatówka na przestrzeni dekad. Widać w nich wyraźnie trzy warstwy historii: nazwy sprzed II wojny światowej, powojenne przemianowania oraz współczesny układ ulic, który znamy z dzisiejszych map.

To właśnie dzięki takim materiałom możemy odtworzyć, jak wyglądała codzienność mieszkańców, jakie postacie były upamiętniane, a także jak polityka i historia wpływały na miejską przestrzeń.
Pytanie od czytelnika: gdzie była ulica Piłsudskiego?

To świetny przykład, jak z pozoru prosta ciekawostka potrafi otworzyć drzwi do szerszej opowieści o przemianach, jakie zachodziły w mieście.

Przedwojenna ulica Piłsudskiego to dzisiejsza ulica Łódzka.

Zmiana nazwy nastąpiła po 1945 roku, kiedy wiele ulic w Polsce otrzymało nowe, zgodne z ówczesną polityką nazwy. 
W Opatówku nie było inaczej — część patronów usunięto, inne zastąpiono bardziej „neutralnymi” określeniami geograficznymi. Te dokumenty pokazują jak kształtowały się nazwy ulic przed wojną, po wojnie i obecnie.
W kolejnym dokumencie występuje niemiecka okupacyjna nazwa Maistrasse, która odpowiada dzisiejszej ulicy 3 Maja.
Warto zauważyć, jak kształtowały się losy tej ulicy:
Przed wojną: Trakt ten nosił nazwę ulica Starokaliska.
W czasie okupacji (1939–1945): Nazistowskie władze zmieniły nazwę na Maistrasse, nawiązując bezpośrednio do daty majowej. W tym okresie Niemcy dokonali tam brutalnych wyburzeń domów w celu przebudowy drogi wylotowej z Łodzi do Kalisza.
Po wojnie: Ulicę przemianowano na 3 Maja. Nazwa ta funkcjonuje do dzisiaj i stanowi jedną z głównych osi komunikacyjnych miasta.

Wszystkie te dokumenty, to zaświadczenia stwierdzające brak przeciwwskazań ze strony policji do pochowania zwłok. Adnotacja „Pole!”: Odręczny dopisek na górze dokumentu oznaczał narodowość zmarłego (Polak). Wpisywano go w celach segregacji narodowościowej w Kraju Warty (Reichsgau Wartheland). 

Co oznacza „Beerdigungsschein”? Kontekst historyczny dokumentu

Dokument, który masz przed sobą, to niemieckie zaświadczenie o pochówku (Beerdigungsschein) wystawione w 1942 roku na terenie okupowanej Polski. Tego typu formularze były elementem ścisłej kontroli administracyjnej, jaką III Rzesza wprowadziła na ziemiach wcielonych do Rzeszy, w tym w Kraju Warty.

Dlaczego w ogóle potrzebne było takie zaświadczenie?

Władze okupacyjne wymagały, aby każdy pochówek — niezależnie od narodowości zmarłego — był zgłoszony i zatwierdzony przez niemiecki urząd. Miało to kilka celów:

  • kontrola ludności (kto umiera, kiedy, gdzie),

  • zapobieganie ukrywaniu zgonów, zwłaszcza wśród robotników przymusowych,

  • utrzymanie porządku administracyjnego zgodnego z niemieckimi przepisami,

  • segregacja narodowościowa — stąd dopisek „Pole” w prawym górnym rogu.

Dlaczego ten dokument jest cenny?

Bo jest oryginalnym śladem życia i śmierci konkretnego człowieka w czasach, gdy wszystko było regulowane przez okupanta. Takie formularze są dziś:

  • źródłem do badań genealogicznych,

  • dowodem na praktyki administracyjne III Rzeszy,

  • elementem lokalnej historii miejscowości,

  • świadectwem losów Polaków w Kraju Warty.


"Zezwolenie na pochówek
Niniejszym zaświadcza się, że policja nie zgłasza sprzeciwu wobec pochówku — /kremacji/ — zwłok
zmarłego w dniu 22 czerwca 1942 roku w Spatenfelde
Ignacego Łukaszczyka (Ignaz Lukaszczyk) – robotnika fabrycznego.
Spatenfelde, dnia 22 czerwca 1942 roku'.
Miejsce: Spatenfelde – jest to okupacyjna, niemiecka nazwa polskiego miasta Opatówek (położonego w powiecie kaliskim).
Pieczęć i podpis: Dokument został podbity okrągłą pieczęcią urzędową z godłem III Rzeszy (orzeł z ze swastyką) oraz napisem: Der Amtskommissar des Amtsbezirks Spatenfelde (Komisarz obwodowy okręgu urzędowego Opatówek). Poniżej widnieje podpis wystawiającego urzędnika.
Drugi dokument
Niniejszym zaświadcza się, że policja nie wnosi zastrzeżeń przeciwko pochówkowi zwłok zmarłego w dniu 1 listopada 1942 roku w Spatenfelde [Opatówek] przy Litzmannstädterstr. 16 [ulica Łódzka]:
Kazimierz Lesniewicz [Lesniewicz] urodzony dnia 26.11.1876 na polskim cmentarzu w Spatenfelde."


Zezwolenie na pochówek
Niniejszym zaświadcza się, że policja nie zgłasza sprzeciwu wobec pochówku — /kremacji/ — zwłok
zmarłego w dniu 22 czerwca 1942 roku w Spatenfelde
Ignacego Łukaszczyka (Ignaz Lukaszczyk) – robotnika fabrycznego.
Spatenfelde, dnia 22 czerwca 1942 roku'.


Zaświadczenie o pochówku

Niniejszym udziela się pozwolenia na pochowanie zmarłego: Kazimierz Leśniewicz, ur. 26 listopada 1876 r. Pochówek ma się odbyć w Spatenfelde dnia 1 listopada 1942 r. Dokument wystawiono 2 listopada 1942 r. Podpis: Amtskommissar (komisarz urzędu) Na dokumencie znajduje się także okrągła pieczęć z orłem i napisem: „Der Amtskommissar des Amtsbezirks Spatenfelde” („Komisarz urzędu okręgu Spatenfelde”) W prawym górnym rogu dopisek odręczny: „Pole” (Polak) oraz data 3 XI 42.




wtorek, 5 maja 2026

Cmentarz ewangelicki w Opatówku.

 autor: Dominika Pawlikowska


    Pamiętam to miejsce z dzieciństwa. Dzisiaj już nie istnieje. Cmentarz został splantowany w 2014 roku. Dla mnie to wielka strata, ponieważ stanowił doskonały obiekt do badań historycznych dla osób, które interesują się historią lokalną tak jak ja. Maja też ogromną wartość historyczną, są często źródłem wiedzy o lokalnej historii: dawnych mieszkańcach, epidemiach, wojnach, migracjach czy kulturze regionu. Można tam znaleźć stare nazwiska, symbole religijne, style architektury i sztuki sepulkralnej. Ich zniszczenie oznacza utratę części wspólnego dziedzictwa. Nawet opuszczony cmentarz może mieć znaczenie dla potomków, lokalnej społeczności albo grup etnicznych czy religijnych. Konflikty wokół likwidacji cmentarzy często wynikają właśnie z poczucia utraty pamięci i tożsamości. W wielu krajach cmentarze są chronione prawem. Przed ewentualną likwidacją trzeba zwykle prowadzić badania archeologiczne, identyfikację grobów i procedury przeniesienia szczątków.

   Jako dziecko bywałam na tym cmentarzu. Wyglądał dla mnie wtedy jak tajemniczy ogród ukryty na końcu świata. Przylegał do katolickiego. Stare, ewangelickie mogiły ginęły w wysokiej trawie, splątanych krzewach i cieniu drzew, których gałęzie pochylały się nisko nad ziemią, jakby chciały pilnować spokoju zmarłych. Między popękanymi płytami rosły paprocie i mech, a ścieżki dawno przestały być wyraźne — trzeba było ostrożnie stawiać kroki, omijając zapadnięte groby i omszałe kamienie. Powietrze miało tam inny zapach niż w reszcie cmentarza — wilgotny, chłodny, pachnący mokrą ziemią i starymi liśćmi. Ciszę przerywał tylko szelest drzew i skrzypienie gałęzi. Miało się wrażenie, że czas zatrzymał się tam wiele lat wcześniej.

  Najbardziej przyciągały uwagę stare niemieckie napisy wyryte na nagrobkach. Litery były już starte przez deszcz i mróz, ale wciąż można było odczytać pojedyncze słowa: Hier ruht…, Geboren, Gestorben. Niektóre tablice miały ozdobne, gotyckie litery, inne żelazne krzyże pokryte rdzą. Nazwiska ludzi, którzy dawno odeszli — Dreszer i wiele innych — wydawały się szeptać historię miejsca, którego prawie nikt już nie pamiętał.

   Między grobami można było znaleźć przewrócone anioły bez skrzydeł, popękane fotografie i kamienie zapadające się w ziemię. Dziecko mogło czuć jednocześnie strach i ciekawość — jakby odkrywało ruiny dawnego świata, ukrytego pod warstwą mchu i zapomnienia.

   W 2014 ukazał się artykuł Opatówek: Splantowali, czy zniszczyli cmentarz ewangelicki? | Kalisz Nasze MiastoArtykuł autorstwa Darii Kubiak został opublikowany 23 lipca 2014 roku i dotyczy kontrowersji wokół ewangelickiej części cmentarza parafialnego w Opatówek.

   Treść artykułu w skrócie: Prof. Piotr Łuszczykiewicz z UAM w Kaliszu zauważył, że podczas prac porządkowych zniknęły stare groby ewangelickie, w tym mogiła Marianny Dreszer – krewnej jego rodziny. Profesor podkreślał, że jeszcze kilka tygodni wcześniej nagrobek znajdował się obok grobów jego bliskich, a później pozostało po nim jedynie puste miejsce z kwiatami. Jego zdaniem usunięcie mogił było przejawem braku szacunku wobec dawnych mieszkańców wyznania ewangelickiego, którzy mieli duży wkład w rozwój Opatówka.

   Proboszcz parafii, ks. prałat Władysław Czamara, tłumaczył, że teren był bardzo zaniedbany i przypominał zarośnięty zagajnik. Wyjaśnił, że parafia prowadzi prace porządkowe oraz przygotowuje nowe miejsca pochówku. Zaznaczył również, że zgodnie z prawem można usuwać groby, którymi nikt nie opiekuje się i za które od ponad 20 lat nie są wnoszone opłaty. Według grabarza w miejscu wskazanym przez profesora nie było pełnego nagrobka, a jedynie leżący kamień.

  Artykuł pokazuje konflikt między formalnym prawem do porządkowania cmentarza a potrzebą ochrony historycznych grobów i pamięci o lokalnej społeczności ewangelickiej.

Wielka szkoda, że cmentarz zniknął. Te nagrobki były świadectwem życia dużej społeczności ewangelików, świadectwem niemieckiego osadnictwa tutaj.

W tej części zostało dosłownie kilka grobów. Wśród nich i ten, ktoś go odwiedza i pielęgnuje.

Zdjęcie z kwietnia 2026. Rodzina Hein.

Na stronie My Heritage znalazłam  kilka aktów zgonów z Opatówka z czasów II wojny, a wśród nich młodego człowieka, który ma tu swój, prawdopodobnie symboliczny, grób.
Ten akt zgonu wszystko wyjaśnia. Tłumaczenie aktu zamieszczam poniżej:

 

Treść dokumentu Nr 33 "Spatenfelde (Opatówek), dnia 17 marca 1943 r. Ogrodnik Alfred Hein, zamieszkały w Spatenfelde przy Poniatowskistrasse 51, poległ dnia 11 maja 1942 roku w Posadnikowo, wschodni teatr niemieckich działań wojennych. Zmarły urodził się 18 grudnia 1920 roku w Spatenfelde, powiat Kalisz (Urząd Stanu Cywilnego: Parafia Ewangelicka Kalisz – Nr 2/1921)".

.

Zmarły urodził się 18 grudnia 1920 roku w Spatenfelde, powiat Kalisz (Urząd Stanu Cywilnego: Parafia Ewangelicka Kalisz – Nr 2/1921).

Ojciec: Pracownik cegielni, Ernst Hein, ostatnio zamieszkały w Opatówku, obecnie Spatenfelde, powiat Kalisz.

Matka: Emma Hein, z domu Schornik, zamieszkała w Spatenfelde, powiat Kalisz. Zmarły nie był żonaty. Mieszkał na ul Poniatowskiego 51. Wpisano na podstawie pisemnego zgłoszenia Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu (Oberkommando der Wehrmacht) w Berlinie W 30, z dnia 23 lutego 1943 r. Urzędnik Stanu Cywilnego: (podpis nieczytelny)

Przyczyna zgonu: Poległ jako starszy szeregowy (Gefreiter) w 8. kompanii karabinów maszynowych 23. pułku piechoty. 

Kluczowe informacje historyczne: Posadnikowo: Miejsce śmierci znajduje się w Rosji. Jednostka Alfreda Heina (23. Pułk Piechoty) brała udział w ciężkich walkach na froncie wschodnim w 1942 roku. Data zgonu a data aktu: Dokument został wystawiony prawie rok po śmierci żołnierza, co było powszechne w przypadku zgonów na froncie (czas potrzebny na przepływ informacji z wojska do cywilnego urzędu).

Treść dokumentu Nr 33 Spatenfelde, dnia 17 marca 1943 r. Ogrodnik Alfred Hein, zamieszkały w Spatenfelde przy Poniatowskistrasse 51, poległ dnia 11 maja 1942 roku w Posadnikowo, wschodni teatr działań wojennych.

Alfred Hein służył w 23. Pułku Piechoty (Infanterie-Regiment 23), który wchodził w skład 23. Dywizji Piechoty. Jest to jednostka o bogatej, ale i tragicznej historii, szczególnie na froncie wschodnim. ## Szlak bojowy jednostki (maj 1942) W momencie śmierci Alfreda Heina (maj 1942 r.), 23. Dywizja Piechoty znajdowała się w krytycznym punkcie swojej historii.

 * Lokalizacja: Jednostka brała udział w ciężkich walkach obronnych i pozycyjnych w rejonie tzw. występu rżewskiego (często nazywanego "maszynką do mięsa pod Rżewem"). Występ rżewski (nazywany też „kolanem rżewskim”) to potężne wybrzuszenie linii frontu podczas II wojny światowej, które powstało na przełomie 1941 i 1942 roku po radzieckiej kontrofensywie pod Moskwą. Był to obszar o strategicznym znaczeniu, znajdujący się w bezpośredniej bliskości Moskwy (ok. 150–200 km), co czyniło go „pistoletem wycelowanym w serce ZSRR".

* Posadnikowo: To niewielka miejscowość w Rosji, w obwodzie smoleńskim (rejon gieziatowski). W maju 1942 r. linia frontu przebiegała tam przez tereny bagniste i leśne, gdzie Wehrmacht odpierał gwałtowne kontrataki Armii Czerwonej.

* 8. Kompania: Zgodnie z dokumentem, Alfred służył w 8. kompanii (karabinów maszynowych). Była to kompania wsparcia ogniowego w ramach II batalionu pułku. 

Co stało się z pułkiem później?

Krótko po śmierci Alfreda Heina, cała 23. Dywizja Piechoty została wycofana z frontu wschodniego z powodu ogromnych strat: * Czerwiec 1942: Jednostkę przeniesiono do Francji (rejon Charleroi), aby tam ją odtworzyć i odpocząć. 

* Przekształcenie: We wrześniu 1942 r. dywizja ta przestała istnieć w swojej pierwotnej formie – została przekształcona w 26. Dywizję Pancerną. Później pod koniec 1942 r. sformowano nową 23. Dywizję Piechoty, która walczyła m.in. pod Leningradem. 

 Gdzie może być pochowany Alfred Hein? Miejscowość Posadnikowo oraz sąsiednie wioski były miejscami wielu prowizorycznych grobów wojennych. Obecnie szczątki niemieckich żołnierzy z tego rejonu są zazwyczaj ekshumowane i przenoszone na zbiorcze cmentarze wojenne. 

* Największym takim cmentarzem w tym regionie jest Duchowszczina (Duchowschtschina), gdzie spoczywa dziesiątki tysięcy żołnierzy Wehrmachtu poległych w obwodzie smoleńskim.


piątek, 20 marca 2026

Wielkanocny talerz pełen miłości

Wielkanocny talerz pełen miłości

Wielkanocny poranek był dla mnie synonimem szczęścia.

W niedzielę, szóstego kwietnia 1980 roku, przypadała Wielkanoc. Leżałam jeszcze pod wspaniałą, puchową pierzyną, która otulała mnie jak miękki kokon. Towarzyszyła mi przez długie lata — była prezentem od babci,  ciepła i bezpieczeństwa. Tego dnia nie musiałam zrywać się do szkoły. To był jeden z tych nielicznych poranków, kiedy czas płynął wolniej, łagodniej, a cały dom zdawał się oddychać oczekiwaniem na świętowanie.

Z kuchni dobiegały stłumione odgłosy krzątania i cichy szum radia. Babcia przygotowywała wielkanocne śniadanie. Nie była kobietą, która kochała stać przy garnkach — choć jako córka restauratorów potrafiła gotować. Do dawnych przepisów i umiejętności wracała rzadko; zbyt wiele w nich było wspomnień. Wirtualne Muzeum. Historia w sepii. : Szaliński Nosiła w sobie jakąś cichą niechęć do przeszłości, jakby każdy zapach i smak mógł obudzić coś, co chciała pozostawić za sobą.

Zawsze bała się kwietnia. Powtarzała, że jeśli przeżyje kwiecień, to reszta roku będzie już dobra. W naszym domu to właśnie w tym miesiącu zdarzało się wszystko, co najtrudniejsze — choroby, śmierci, niepokój. I faktycznie zmarła 20 kwietnia 2001 roku.

A jednak potrafiła piec ciasta — czego ja nigdy nie polubiłam. Słodka woń pieczonej baby mieszała się z ostrym zapachem świeżo tartego chrzanu. Wiedziałam, że tam, za drzwiami, trwa krzątanie, które dla mnie było najpiękniejszą melodią dzieciństwa.

Nagle drzwi skrzypnęły, wpuszczając do pokoju falę ciepła i zapachów wielkanocnych potraw. Babcia weszła, niosąc talerz — talerz, który do dziś pozostaje dla mnie jednym z najczystszych obrazów szczęścia. Nie musiałam nawet wychodzić z łóżka. Wystarczyło, że się podniosłam, a ona postawiła przede mną ten świąteczny skarb.

Na talerzu lśniła świeżo ugotowana szynka — jeszcze parująca, krucha. Obok niej pyszniła się gęsta, domowa sałatka jarzynowa. Był też kawałek białej, aromatycznej kiełbasy i intensywnie czerwona ćwikła, która barwiła wszystko wokół. Brałam pierwszy kęs, czując w ustach smaki, których nie da się podrobić ani zapomnieć. Babcia uśmiechała się, patrząc, jak jem. A ja miałam pewność, że te Święta Wielkanocne — pod jej dachem — są najbezpieczniejszym i najszczęśliwszym miejscem na świecie.

Początki wiosny bywały jeszcze chłodne. W rogu pokoju stał stary piec kaflowy, dumny i niewzruszony — jak milczący strażnik domowego ogniska. Jego gładka powierzchnia lśniła ciemną, butelkową zielenią. W zimowe wieczory, gdy mróz malował na szybach fantazyjne wzory, wystarczyło przyłożyć dłoń do rozgrzanych kafli, by poczuć, jak świat zwalnia, a codzienne troski rozpływają się w tym kojącym cieple.

Każdy, kto wchodził do pokoju, opierał się o piec plecami, podkulał ręce i ogrzewał się w jego cieple. Lubiłam nawet palić w nim — wpatrywać się w żarzące się polana, które powoli zamieniały się w popiół. Trochę mniej lubiłam nosić wiadra z węglem z piwnicy na drugie piętro.

Budynek przy Placu Wolności miał już wtedy swoją historię. Dziś liczy dwieście lat Placu Wolności . Niegdyś był budynkiem fabrycznym, a w czasie wojny mieściła się tu niemiecka szkoła. Czasami zastanawiałam się, czy w tym właśnie pokoju uczyły się dzieci folksdojczów i przyjezdnych Niemców. Nigdy jednak nie dotarło do mnie żadne wspomnienie, które mogłoby to potwierdzić.

Był rok 1980. Kończyłam szkołę podstawową.

Świat na zewnątrz nie był już tak łagodny jak ten zamknięty w ścianach naszego domu. Gospodarka PRL znajdowała się w głębokim kryzysie. Ludzie, zmęczeni i zrezygnowani, godzinami stali w kolejkach, nie wiedząc, „co rzucą”. Mięso, cukier, benzyna, a nawet papier toaletowy — wszystko było na kartki.

Byłam w ósmej klasie.

Za rok generał Jaruzelski wprowadzi stan wojenny.   

 Opatóweccy partyjniacy obradowali nad zaletami Rewolucji Październikowej Wirtualne Muzeum. Historia w sepii. : Zebranie ZBoWiD 23 listopada 1980 roku w Opatówku


1980


1996
 

autor: Dominika Pawlikowska

piątek, 30 stycznia 2026

Zygmunt Gadzinowski (1909–1941). Lisków.

Zygmunt Gadzinowski (1909–1941)


Zygmunt Gadzinowski urodził się 17 lutego 1909 roku w Wilamowie koło Uniejowa. 

Był urzędnikiem samorządowym, działaczem społecznym i politycznym, przedstawicielem przedwojennej inteligencji administracyjnej II Rzeczypospolitej.
Odznaczał się wysokim wykształceniem, aktywnością publiczną oraz znaczną pozycją w środowisku lokalnym, co w okresie okupacji niemieckiej stało się jedną z przyczyn jego represjonowania.

W 1931 roku ukończył Studium Administracji Komunalnej przy Wydziale Prawa i Nauk Ekonomiczno-Społecznych Wolnej Wszechnicy Polskiej w Warszawie – jednej z najlepszych wówczas uczelni kształcących kadry administracyjne w Polsce. Od 1929 roku Wszechnica posiadała status uczelni wyższej, a nadawane przez nią dyplomy były równoważne z uniwersyteckimi. Program studiów obejmował zagadnienia prawa, ekonomii, samorządu i polityki społecznej, przygotowując absolwentów do odpowiedzialnej pracy w administracji publicznej. Uczelnia odegrała istotną rolę w formowaniu nowoczesnych elit urzędniczych II RP.

Po zawarciu małżeństwa z Heleną Wiewiórkowską z Opatówka przeniósł się do Liskowa, gdzie objął stanowisko sekretarza gminy. Zamieszkał wraz z żoną i dwojgiem dzieci – Teresą i Leszkiem – w budynku gminnym. Od stycznia 1934 roku pełnił funkcję wiceprezesa Gminnego Oddziału Związku Strzeleckiego w Liskowie (gm. Strzałków), angażując się w działalność paramilitarną i wychowawczą. Zachowane w archiwach dokumenty potwierdzają również jego aktywność w inicjatywach państwowych, m.in. w organizowaniu Pożyczki Narodowej, za co w 1934 roku otrzymał dyplom uznania.

Zygmunt Gadzinowski był sekretarzem Koła Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem w Jastrzębnikach, działającego od 1932 roku. Funkcję prezesa koła pełnił Stefan Chenczke ze Skrajni, a wiceprezesa Kacper Pawlak z Jastrzębnik. Jako urzędnik i działacz społeczny należał do osób szczególnie aktywnych w życiu publicznym gminy.

W Liskowie był bliskim współpracownikiem ks. Wacława Blizińskiego (1870–1944), wybitnego działacza społecznego, posła i senatora II RP, proboszcza parafii liskowskiej. Uczestniczył w realizacji szeroko zakrojonych inicjatyw społeczno-gospodarczych i kulturalnych, które uczyniły Lisków jednym z najbardziej znanych ośrodków nowoczesnej wsi polskiej w okresie międzywojennym. Brał czynny udział w przygotowaniach do wystawy Praca i Kultura Wsi (1937), za co został odznaczony, oraz odpowiadał za zabezpieczenie logistyczne Kongresu Eucharystycznego w Liskowie w czerwcu 1938 roku.

Rozmach działań społecznych, obecność najwyższych władz państwowych – w tym prezydenta Ignacego Mościckiego i marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego – a także aktywność urzędników gminnych zwróciły uwagę miejscowych Niemców jeszcze przed wybuchem wojny. Po zajęciu Liskowa przez okupanta Gadzinowski przeniósł się wraz z rodziną do Opatówka, zamieszkując przy Placu Wolności 14.

Sekretarze gmin znaleźli się w centrum zainteresowania niemieckiego aparatu represji i byli licznie reprezentowani na listach proskrypcyjnych. W niemieckiej charakterystyce Zygmunta Gadzinowskiego zapisano: „Był wiodącą postacią w Liskowie. Jego nienawistne, podjudzające wystąpienia przeciw niemieckiej państwowości są tu w pamięci wszystkich. Ma wielkie wpływy pomiędzy tutejszymi Polakami i nie będzie ich używał na korzyść niemieckich władz”. Na tej podstawie uznano go za osobę szczególnie niebezpieczną dla III Rzeszy.

Listo z obozu

Został aresztowany przez gestapo 15 kwietnia 1940 roku w Opatówku. Dnia 26 kwietnia 1940 przewieziono go do obozu koncentracyjnego Dachau jako więźnia politycznego, gdzie otrzymał numer 6094. Następnie, 5 czerwca 1940 roku, deportowano go do KL Mauthausen-Gusen w Austrii. Osadzony był kolejno w blokach 1 i 5, jako więzień nr 3607.

Lista proskrypcyjna sporządzona przez lokalnych żandarmów z nazwiskiem Gadzinowskiego i pozostałymi współpracownikami księdza Blizińskiego

Zachował się list z obozu, napisany 28 lipca 1941 roku do żony, w którym informował o swoim stanie zdrowia i troszczył się o los rodziny, starając się podtrzymać bliskich na duchu.

Zygmunt Gadzinowski został zamordowany 29 października 1941 roku w obozie Mauthausen-Gusen w wieku 32 lat. Urna z jego prochami, przesłana przez władze obozowe, spoczęła w grobowcu rodziny Wiewiórkowskich na cmentarzu w Opatówku.

Wkrótce po jego śmierci zmarła również żona Helena. Osierocone dzieci – Teresa i Leszek – zostały oddane pod opiekę babki, Leokadii Wiewiórkowskiej z Opatówka. Los rodziny Gadzinowskich stał się tragicznym przykładem ceny, jaką zapłaciła lokalna inteligencja i administracja II Rzeczypospolitej za wierność państwu polskiemu i działalność społeczną w obliczu niemieckiej okupacji.

Dokumenty z archiwum rodzinnego córki Gadzinowskiego-Teresy Jaśkiewicz