Etykiety

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LITERATURA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LITERATURA. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 stycznia 2019

O V-tej kolumnie i polskich elitach p.Leszek Żebrowski

Dla Hitlera było jasne, że warunkiem skutecznego zapanowania nad Polakami i germanizacji ich ziem było usunięcie klasy przywódczej. Zaczęto się do tego przygotowywać wiosną 1939 roku, tworząc listy osób przeznaczonych do eliminacji: intelektualistów, urzędników, duchownych, działaczy gospodarczych, politycznych czy społecznych. Fizyczna likwidacja polskiej klasy przywódczej rozpoczęła się w ramach tzw. Intelligenzaktion już podczas kampanii wrześniowej i była kontynuowana praktycznie do końca okupacji.

Wykład pana L.Żebrowskiego na temat, kto przed wojną był elitą? a kto uzurpował sobie to prawo po wojnie?
123 lata w niewoli przetrwaliśmy dlatego, że mieliśmy elity. Po 1918 odbudowa Polski nie nastąpiła jednego dnia, tamta Polska nie powstała niczego. Postawiono na rozwój edukacji, poziom szkolnictwa średniego w Polsce był nieporównywalny z innymi krajami. Matura była zdawana ze wszystkich przedmiotów, które nauczano. 4 języki, 2 klasyczne i dwa nowożytne. /9 minuta nagrania/
1939 rok to dla Polski tragedia niewyobrażalna. Niemcy na podstawie wiele miesięcy wcześniej selekcjonowanych nazwisk wybrali 80 tys. ludzi przeznaczonych na śmierć, z tego większość zamordowana od razu. Kto to zrobił? sąsiedzi, Niemcy czy Polacy niemieckiego pochodzenia, którzy opowiedzieli sie za III Rzeszą. To 4 razy więcej niż w Katyniu. Kto był mordowany? elity centralne i elity lokalne, czyli kadra uniwersytecka, ziemianie, księża, weterani powstań, ale też miejscowy sołtys we wsi, człowiek, którzy służył gdzieś w wojsku, poznał obce kraje, gdzieś był , coś widział i był dla miejscowych autorytetem. Siadano, tak jak w restauracji mojego pradziadka Szalińskiego, w długie jesienne lub zimowe wieczory, zbierało się towarzystwo, sąsiedzi, i on tłumaczył: są takie orientacje, takie partie, to będzie dla nas dobre. To dla nas będzie niedobre. Temu człowiekowi ufano, to on był autorytetem.

https://www.youtube.com/watch?v=e4qYKfk1BUM 


wtorek, 12 czerwca 2018

Przez kamieniołomy i kolczasty drut - Zbigniew Wlazłowski. Gusen.


Wspomnienia Zbigniewa Wlazłowskiego z uwięzienia w "przedsionku piekła" jakim był hitlerowski obóz koncentracyjny Gusen na terenie Austrii zasługują na uważną lekturę.
Komendant obozu SS Hauptsturmfuehrer Seidler twierdził, że wiezień mógł w tym obozie przeżyć tylko 3 miesiące. Mój dziadek, Marian Wiewiórkowski, naczelnik pocztowy z Opatówka,  przebywał w tym piekle prawie rok, do swojej męczeńskiej śmierci 6 kwietnia 1941 roku. 

Zbigniew Wlazłowski, autor wspomnień, przeżył obóz. Pełnił w obozie funkcję sanitariusza, laboranta w przyoobozowym szpitalu.
13 lutego 1941 roku został aresztowany wraz z innymi studentami medycyny i uwięziony na Montelupich. Po krwawych przesłuchaniach został wsadzony do pociągu w stronę Buchenwaldu. W obozie w Buchenwaldzie otrzymał numer 3277. W maju, kolejnym transportem, pojechał do Mauthausen-Gusen. Tak opisuje warunki panujące w austriackim obozie śmierci Gusen:
"Błotnisty, nieduży plac apelowy oraz małe drewniane baraki, stojące rzędami przy wąskich uliczkach, robiły przykre wrażenie. Znalazłem się w nowym krajobrazie. Od północy i wschodu obóz otaczały strome granitowe skały kamieniołomu "Gusen" i "Kastenhofen". Od zachodu sterczało na horyzoncie wzniesienie Pfanning-Berg. Od południa na krańcach rozległej równiny wił się szeroko rozlany Dunaj i widniały zarysy pobliskich Alp. Sam lager o kształcie prostokąta i wymiarach około 360x150 metrów otaczały mury wysokie na 3 metry z pięcioma wieżami obserwacyjnymi. Nad każdą z nich błyskało oko potężnego reflektora. Przed murem rozciągało się ogrodzenie z kolczastego drutu ,naładowane prądem elektrycznym. Brama wyjściowa przechodziła przez budynek komendantury z celami więziennymi , tak zwany Jourahaus, a przed nim znajdował się plac apelowy o wymiarach ok. 150 x 75 metrów. Od strony kamieniołomu przylegał do niego duży drewniany barak, w którym mieściła się kuchnia. Po stronie zachodniej, przy wąskich błotnistych uliczkach stały 32 baraki, rozmieszczone w czterech szeregach, po osiem w każdym."
Więźniowie obozu pracowali przy budowie kolei Gusen-Linz, w kamieniołomach, przy drążeniu tunelów i w zakładach Steyr. Wlazłowski był zaangażowany dzięki swojej funkcji w misternie snutą siatkę ruchu oporu w obozie, polegającego na przeciwstawianiu się zbrodniczym planom i zarządzeniom ss-manów  oraz ratowaniu skazanych na śmierć chorych.

Gusen, obóz koncentracyjny, KL, warunki w Gusen,
Jourhaus w Gusen podczas wojny
 
Jourhaus dzisiaj- prywatna willa

Więźniowie pracujący w kamieniołomach od brzasku do świtu, w słońcu i na mrozie, ubrani jedynie w cienki drelich i otrzymujący jako pożywienie 250 g gliniastego chleba, gotowanego z pokrzyw zielska, w krótkim czasie ginęli z zimna i głodu. Normalnie odżywieni i dobrze wyglądający ludzie w ciągu bardzo krótkiego czasu stawali się tzw. muzułmanami, ludźmi-szklieletami, niezdolnymi do przetrwania ciężkich warunków i nadludzkiej pracy.

Na więźniach wyżywali się często pijani esesmani.  Komendant obozu Chmielewsky, przezywany "Czmij" szczuł swojego psa na pracujących więźniów. Pies zagryzał stawiającego coraz słabszy opór bezbronnego, osłabionego człowieka. Kompani Chmielewskiego śmiali się głośno i szczuli zwierzę.


Autor wspomnień Zbigniew Wlazłowski podał się w obozie za snycerza.  Został wezwany do oberkapo kamieniołomu Kastenhofen-Krutzkyego.
Krutzky był kryminalistą odsiadującym wieloletnie więzienie. Dozorował pracujących w kamieniołomie więźniów. Był też sztubowym bloku 19. Nazywano go "Tygrysem", wymyślał niewyobrażalne tortury dla więźniów, maltretował ich np. przez wkładanie bitemu człowiekowi węża do gardła i wlewanie wody. Krutzky skakał też lezącym, pobitym więźniom na pierś, łamiąc im żebra i uśmiercając poprzez tratowanie.
Po pewnym czasie autor wspomnień, przed wojną student medycyny, został wybrany do pracy w przyobozowym szpitalu. Otrzymał łózko w bloku 29 . W początkowym okresie trwania obozu szpital znajdował się w w bloku 24.W lipcu 1940 roku powiększono izbę chorych o blok 29 i 30.
W połowie 1941 roku sześć bloków oznaczonych numerami 27 do 32 oddzielono od pozostałej części obozu. Wykonywał analizy lekarskie chorym esesmanom oraz badał plwocinę więźniów chorych na gruźlicę, których natychmiast uśmiercano.
Autor opisuje życie obozowe widziane z perspektywy szpitala, nie szczędząc realistycznych obrazów tragicznego losu więźniów. Wymienia nazwiska niemieckich lekarzy pracujących w Gusen, miedzy innymi sadysty Kiesewettera, który ciężko chorych od razu skazywał na śmierć. Wyznaczonych zabijano przy pomocy szprycy. Wielu chorych umierało też po prostu z głodu. Polscy pracownicy szpitaliku dokonywali cudów, żeby ocalić chorych od śmierci. W  oficjalnych historiach chorób wpisywano zmyślone rozpoznania, rokujące szybkie wyleczenie, nieprawdziwe wyniku analiz lekarskich. Kiesewetter , chociaż podejrzewał jakieś machlojki, nie wpadł nigdy na właściwy trop.
W Gusen nie było komór gazowych.  Ponieważ Kiesewetter uznał ze zadawanie śmierci ciężko chorym jest mało efektywne rozkazał podać 70  chorym w bloku 27 cyjanek potasu w kawie.
Stosował tez kąpiele, zabijając za pomocą strug zimnej wody. Z tyłu obozu rozpięto sieć wodociągową, pod nią stawiano więźniów. W ten sposób wymordowano kilkuset.
W czasie jednego z apeli ogłoszono, że najsłabsi zostaną wysłani do sanatorium w Hartheim. Dostaną tam jedzenie i odpoczynek. Wielu więźniów zgłosiło u obozowych pisarzy chęć wyjazdu. Nie posłuchali przestróg nieufnych wobec tej propozycji współwięźniów. W sumie "do sanatorium" wywieziono z Gusen 1132 osoby. Po drodze zostali uduszeni spalinami z rur wydechowych, skierowanych do wnętrza wozów.

plan obozu Gusen
Wlazłowski w swoich wspomnieniach poświęca kilka stron obozowym prominentom. W obozie panowała specyficzna hierarchia.
Na czele obozowej kantyny stał Ernst Hallem. Za przywłaszczone towary skupował od więźniów przemycone kosztowności, złote zęby, wymieniał to na np. wódkę. Otaczał się artystami, śpiewakami, miał swojego masażystę, fryzjera, uważał się za "mecenasa sztuki". Postarał się o instrumenty dla orkiestry obozowej. Słynni więźniowie Gusen jak Faliszewski, Guziński, Jeleński musieli śpiewać dla niego wieczorami. Starszym obozu był Helmut Becker- przestępca kryminalny, zbrodniarz, pijak, psychopata, a pisarzem obozowym Rudol Meixner, o którym autor wypowiada się pozytywnie.
Po Chmielewskym komendantem obozu został Fritz Seidler. Były komendant Auschwitz, sadysta.
Po ucieczce jednego z więźniów /ucieczki należały do rzadkości/, zarządził dwa dni karnych ćwiczeń w obozie. Przy okazji innej ucieczki pijani oprawcy katowali pędzonych wiezniów bykowcami, a później stawiali ich na wielogodzinnych apelach, podczas których maltretowano ludzi na koźle, bijąc bykowcami. Po tym wszystkim zapędzono ich na następny dzień do pracy. Po takim dniu o zmierzchu przyniesiono do obozu 150 trupów.
Przed Jourhausem Franz Ziereis wygłosił przemówienie "więźniowie to ścierwo rzucone na kupę gnoju i żyjące tylko z mej łaski...każdy opór będzie karany śmiercią, a próba ucieczki powieszeniem".

Pod koniec 1942 skończyło się masowe mordowanie więźniów. Rozciągający się front wymagał coraz większej  ilości broni, a co za tym idzie, fabryki - robotników przymusowych.
Zwiększono racje żywnościowe, kapom zakazano bicia. Niestety mój dziadek nie dożył już tej chwili.
Po uruchomieniu fabryk Steyera śmiertelność w obozie zmalała. Przyczyniło się tez do tego pozwolenie na przysyłanie paczek więźniom. Paczki wielu uratowały życie. Dzięki nim można było załatwić lepsza pracę, zdobyć przychylność blokowego czy kapo. Ci, którzy niechętnie płacili daninę byli narażeni na różne nieprzyjemności.
Więźniami Gusen byłą głownie inteligencja. Artyści, naukowcy, nauczyciele, poeci, muzycy, plastycy. Wśród nich poeta Grzegorz Timofiejew, którego książka Człowiek jest nagi stanowi jedną z podstawowych lektur dla chcących poznać życie obozowe w 'przedsionku śmierci', jakim było Gusen.
Z postacią Wacława Gazińskiego - kompozytora, poety, śpiewaka, można się zapoznać na stronie p. Romana Wójcickiego.
Mimo głodu, upodlenia, muzułmaństwa ludzie ciągnęli do sztuki, ujawniały się talenty, na kawałkach papieru po cemencie zapisywano wiersze, jak ten Lubomira Szopińskiego:

"Śniła mi się wioska, mazowieckie nasze piaski, 
a pod gruszą Matka Boska, strojna w swej korony blaski, 
na rozstajnych drogach stała, śniła mi się nasza chatka, 
nad kądzielą pochylona, przędła sobie moja matka, samiuteńka, opuszczona..."

Choć życie w obozie nie sprzyjało twórczości artystycznej, coraz więcej utalentowanych ludzi znajdowało się w obozie. Szopiński skupił wokół siebie podobnych mu artystów i w ten sposób powstał chór, który liczył nawet do 200 osób. Pierwszy występ chóru miał miejsce w 1941 roku w wigilię Bożego Narodzenia. Audytorium stanowili więźniowie a scenerię plac apelowy. Chór dał setki koncertów w różnych blokach. Wielką popularnością cieszył się "Już przebrzmiał grom"
cdn

Gusen, obóz koncentracyjny, KL, Konzentrationslager, Jourhaus, Opatówek
Zbigniew Wlazłowski/ Przez kamieniołomy i kolczasty drut
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie Kraków 1974

Karl Chmielewski od 1940 do 1942 sprawował stanowisko komendanta Gusen I, podobozu Mauthausen. Jako że osobiście mordował i maltretował więźniów na każdym kroku, Chmielewski otrzymał pseudonim „diabła z Gusen”. W 1944 został skazany przez Sąd SS (SS-Gericht) na 15 lat pozbawienia wolności. Umieszczono go najpierw w obozie Sachsenhausen, a następnie w Dachau (między innymi w podobozie Allach, gdzie pełnił funkcję starszego obozu do kwietnia 1945). W 1953 Chmielewski został skazany przez sąd zachodnioniemiecki za morderstwa dokonywane w Gusen na jeden rok więzienia.
Kolejny jego proces odbył się w 1961 przed Sądem w Ansbach. Za dokonanie 282 zabójstw i inne zbrodnie Karl Chmielewski skazany został na dożywotnie pozbawienie wolności. Z więzienia zwolniono go w marcu 1979. Dożył 88 lat i zmarł śmiercią naturalną.

Moja pielgrzymka do KL Gusen wrzesień 2017


Podobne posty

Gdy Opatówek został "Spatenfelde"

Poczta polska, telegraf, telefon. Opatówek.

A było to tak. Konrad Wuensche.

Matka Niobe. Leokadia Wiewiórkowska.

Listy proskrypcyjne. Aresztowania w Opatówku 1940





sobota, 17 lutego 2018

Polityczne oczyszczanie gruntu. Zagłada polskich elit w Wielkopolsce. A.Łuczak

Historia niemiłosiernie wkroczyła do domu moich dziadków Wiewiórkowskich, do Wielkopolski. Hitler tłumaczył Niemcom "że tylko naród, którego warstwy kierownicze zostaną zniszczone, da się zepchnąć do roli niewolników" i wskazał na konieczność masowego wyniszczenia polskiej inteligencji.

Zostaliśmy nazwani Krajem Warty, którego namiestnikiem przez cały okres okupacji był Arthur Greiser. Województwo poznańskie wraz z częścią pomorskiego, łódzkiego i skrawkiem warszawskiego stało się Warthegau na podstawie dekretu Hitlera z 8 października 1939r. Dążeniem Greisera była szybka i pełna germanizacja. Zakładano, że stanie się to w ciągu 10 lat.

'Hitler dążył do politycznego oczyszczenia gruntu, terminu tego użył podczas narady z dowódcami Wehrmachtu 12 września 1939r. Celem miało być całkowite wyniszczenie elementów przywódczych.
W drugim etapie akcji politycznego oczyszczania gruntu, zwłaszcza w kwietniu i maju 1940 do obozów koncentracyjnych deportowano około 5000 osób, z których do końca wojny dożyło zaledwie kilka procent" cyt. z książki Polityczne oczyszczanie gruntu. Zagłada polskich elit w Wielkopolsce (1939-1941). A.Łuczak, A.Pietrowicz

I dalej tamże:" Rozpoczęto rozprawę z polskimi elitami-inteligencją, ziemiaństwem, duchowieństwem, oraz innymi aktywnymi politycznie i społecznie osobami"

Pytałam babcię, czy myśleli o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Ale im się to nie mieściło w głowie, brakowało im wyobraźni na to, co za rok stanie się faktem. W 1933 dziadek Marian Wiewiórkowski / biogram tutaj/ miał 23, a w sąsiednich Niemczech już powstawał obóz koncentracyjny w Dachau. Klepsydra czasu jak okrutny strażnik już odmierzała kres młodego życia.
Dziadek uspokajał babcię, twierdząc, w myśl ówczesnej propagandy, że "Jak tylko przyjdą, damy im łupnia". Jednak gestapowcy już dobijali się do drzwi.

Ta książka jest ważna dla rodzin ofiar polityki oczyszczania gruntu, pozwala też zrozumieć rodzinom dlaczego właśnie ich bliscy zostali wybrani na listy proskrypcyjne, aresztowani, zamordowani, zamęczeni. Zostały tu omówione podstawowe założenia polityki okupanta niemieckiego wobec polskich elit w Wielkopolsce oraz metody realizacji tej polityki.
Druga część albumu ukazuje ofiary egzekucji publicznych i tajnych. W trzeciej przedstawiono losy przywódców polskiego społeczeństwa, osadzonych i zamordowanych w Forcie VII w Poznaniu. Kolejną część poświęcono wypędzeniom z domów i wysiedleniom do Generalnego Gubernatorstwa. W ostatniej części ukazano sylwetki osób deportowanych do obozów koncentracyjnych, zwłaszcza ofiary akcji prewencyjnych aresztowań, przeprowadzonych wiosną 1940 r.
Zaprezentowano kilkaset fotografii i archiwaliów, zebranych w wyniku kwerendy w archiwach, muzeach oraz zbiorach prywatnych, wśród których znaleźć można zdjęcia ofiar i egzekucji, niemieckie afisze i dokumenty oraz pamiątki po ofiarach prześladowań. Wiele z nich publikowanych jest po raz pierwszy. Niniejsza publikacja zapoznaje czytelników z ogromem strat, jakie poniosło polskie społeczeństwo w latach 1939–1941.

Agnieszka Łuczak, Aleksandra Pietrowicz, Polityczne oczyszczanie gruntu. Zagłada polskich elit w Wielkopolsce (1939–1941), Poznań 2009, 181 s.

piątek, 10 listopada 2017

Podejrzani o patriotyzm. Artykuł dr G.Bębnika w "Biuletynie IPN" o tzw.listach proskrypcyjnych

Autor: Dominika Pawlikowska

Bardzo ważny artykuł, będący kontynuacją tematu tzw. list proskrypcyjnych ukazał się we wrześniowym "Biuletynie IPN".

SONDERFAHNDUNGSBUCH POLEN. SPECJALNA KSIĘGA GOŃCZA DLA POLSKI(klik)
Interesujący tekst dr. Grzegorza Bębnika (OBBH w Katowicach) z najnowszego "Biuletynu IPN".

"Posługiwanie się przez niemieckie grupy operacyjne wspomnianą listą gończą jest dowiedzione i nie ulega wątpliwości. W doniesieniach Einsatzgruppe V z 10 września 1939 r. czytamy np.: „Jeden pluton Einsatzkommando wspólnie z Wehrmachtem przeprowadził obławę w 13 wioskach powiatu działdowskiego. Aresztowano Polaków w wieku poborowym, zatrzymano cztery osoby na podstawie danych z tajnej listy gończej i dwie osoby z powodu nieprzyjaznego zachowania się wobec Niemców. Nie jest jednak znany ani jeden tego rodzaju oryginalny rejestr; o ile wiadomo, żaden podobny dokument nie został również dotychczas opisany w literaturze. Na pewno jednak musiał on mieć znormalizowaną formę, co w samym założeniu wyklucza rękopis."


Ten dokument - lista Polaków do aresztowania - budzi ogromne emocje. Osoby uwiecznione w specjalnej księdze Polaków ściganych listem gończym to ludzie zasłużeni dla ojczyzny, którzy zostali skazani przez Niemców na wyniszczenie.
Pisałam o liście w kontekście mojej rodziny TUTAJ.

Bardzo ciekawy jest wniosek dr G.Bębnika: Na zakończenie można jedynie powtórzyć postulat zawarty w pierwszych zdaniach tego szkicu: możliwie pełne, krytyczne opracowanie biogramów osób figurujących w księdze na pewno przyczyniłoby się do pełniejszego poznania mechanizmów niemieckich represji wobec polskich elit, zwłaszcza w początkowym okresie okupacji. 
Panie doktorze, zróbmy to!





sobota, 28 października 2017

Nieszczęścia Polski w jednym życiorysie. Zofia Kossak "Dziedzictwo"

Autor: Dominika Pawlikowska

Przeczytałam książkę "Dziedzictwo" Zofii Kossak. Powieść była dla mnie interesująca dzięki dużym walorom poznawczym i podkaliskim akcentom.

Składają się na nią trzy części: Dziedzictwo I (1956, napisane w Anglii ), Dziedzictwo II (1964), Dziedzictwo III (1967, razem z mężem Zygmuntem Szatkowskim)
Miałam zacząć od "Pożogi", w której opisała wspomnienia z Wołynia, ale "Dziedzictwo" przyciągnęło mnie najpierw swoimi lokalnymi smaczkami.

Autorka była wnuczką Juliusza Kossaka, założyciela artystycznego rodu Kossaków, córką Tadeusza, bratanicą Wojciecha, siostrą stryjeczną satyryczki Magdaleny Samozwaniec, poetki Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i malarza Jerzego Kossaka, sama również ukończyła Szkołę Sztuk Pięknych. O barwnym życiorysie autorki można się wiele dowiedzieć z kart jej książek, gdzie opisuje dzieciństwo i młodość na Wołyniu, bolszewicką pożogę, obóz w Oświęcimiu, który opisała w "Z otchłani" ( w 1943 roku na warszawskiej ulicy natknęła się na patrol. Niemcy odkryli, że ma sfałszowaną kenkartę, torturowali ją, wybili połowę zębów).

Założyła katolicki Front Odrodzenia Polski i Komitet Pomocy Żydom, dla którego wymyśliła nazwę Żegota. Jej sekretarzem podczas okupacji był W. Bartoszewski. Jej wnuk powiedział, że w jej życiorysie spotkały się wszystkie nieszczęścia Polaków w XX wieku. Jej osobowość przyciągała, znajomi wspominali, że wszyscy do niej lgnęli, wszyscy chcieli jej rady, wstawiennictwa, opinii i po prostu chcieli z nią być.
W 1945 roku dostała wezwanie do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Minister Jakub Berman oznajmił, że albo wyjedzie za granicę, albo trafi do więzienia jako człowiek londyńskiego rządu. Wyjechała. Powrót w 1957r. Do końca życia pozostała w opozycji do komunistycznych władz. Jej książki wyrzucono więc ze szkolnych programów nauczania. Dziś są mało znane.
Udało m się kupić wydanie stare, z 1974 roku, ale jest nowe, chyba z 2010 z piękną kolorowa okładką.

Zofia Kossak, „Dziedzictwo”, cz. I/II, wyd. Instytut Wydawniczy Pax, 1974

Lokalny koloryt "Dziedzictwa" sprawił, że przeczytałam ją jednym tchem. Najbardziej wciągnął mnie pierwszy tom, w którym dzięki umiejętności obrazowania i potoczystej narracji widzimy podkaliskie ziemiańskie dwory i ich mieszkańców jak żywych. 


Stadnina_na_Podolu_Juliusz_Kossak_1886.jpg/Wikipedia

Wszystko zaczęło się w Siąszycach, gdzie mieszkał pan Wojciech Gałczyński, powstaniec listopadowy, zesłaniec na Sybir, po ogłoszeniu amnestii przez cara cudem powrócił na łono rodziny, szczęśliwy ojciec sześciu! córek. Siąszyce należą do gminy Rychwał, a parafii Grochowy. Dworu w Siąszycach już nie ma, ale przetrwał na kartach opowieści Zofii Kossak.

Uroda córek, zamożność i gościnność gospodarzy, a także przepiękne stado koni przyciągało wielu gości.
W 1844 Kossak, dzięki znajomości i protekcji Gwalberta Pawlikowskiego oraz Kazimierza i Juliusza Dzieduszyckich, wszedł w środowisko ziemiańskie. Miał mecenasów, dzisiaj powiedzielibyśmy sponsorów, którzy dostrzegali wielki talent i tym samym torowali drogę do sławy. Przebywając na ziemiańskich dworach obserwował życie arystokracji, malował sceny z polowań, portrety, konie, stadniny. Kossakowi wpadła w oko córka siąszyckiego gospodarza Zofia (1824-1899). W książce tak opisana jest scena poznania:  "(...) Dzień miał się ku zachodowi, kiedy Wojciech z Zofią wracali konno, weseli, wychłostani wiatrem, obryzgani błotem. Wojciech siedział na Perkunie, Zofia na Fatimie. Roztargane włosy pasmami przegradzały jej twarz, białe zęby błyszczały, istna cygańska królewna.(...)
25 sierpnia 1855 roku poślubił Zofię.

U Gałczyńskich bywali też Adam Asnyk, młody wówczas kawaler z sąsiedniego Kalisza. Juliusz Kossak pozostawił na swoich obrazach wizję tamtych Siąszyc. O tym, jak wyglądał dwór i co obecnie dzieje się w Siąszycach można przeczytać tutaj.
Młodzi Kossakowie opuścili kraj i zamieszkali w Paryżu. Z małżeństwa Zofii Gałczyńskiej i Juliusza Kossaka urodziło się czworo dzieci, w tym kolejny malarz - Wojciech Kossak. Na kartach powieści poznajemy środowisko emigracyjne Paryża. Po kilku latach Juliusz w 1860 r. przyjął propozycję kierowania działem artystycznym Tygodnika Ilustrowanego. Powrócił do kraju i zamieszkał w Warszawie. W drugim tomie coraz mniej jest opisów życia codziennego a coraz więcej życia politycznego Warszawy i bohaterów wydarzeń z czasów sprzed wybuchu powstania styczniowego.

Ale wróćmy do Siąszyc. W posiadłości pana Gałczyńskiego bywa częstym gościem pan Jan Nepomucen Niemojewski, właściciel pobliskich Śliwnik (3 km od Kalisza). W Śliwnikach przetrwał pałac Niemojewskich, wybudowany w stylu neogotyckim w latach 1848-1850, prawdopodobnie według projektu Karol Würtemberga.
Pałacyk jest niedostępny dla publiczności, przeznaczony na cele prywatne pana A.Rogowskiego. Jak wyglądał pałacyk wcześniej można zobaczyć tutaj.
Teraz wygląda tak:)


Śliwniki

Zamysłem Zofii Kossak było przedstawienie na tle dziejów swojej rodziny przemiany, jakie zaszły w Polsce na przestrzeni stu lat, od roku 1850 do 1956. Niestety, przed śmiercią zdążyła opisać losy zaledwie Juliusza i Zofii Kossaków, kończąc na roku 1864.

Piękne to nasze "Dziedzictwo"!



czwartek, 19 października 2017

Wspomnienia Grzegorza Timofiejewa z Gusen. "Człowiek jest nagi"



Literatury obozowej jest wiele. Jak choćby wspomnienia Stanisława Grzesiuka "Pięć lat kacetu" czy "Przeżyłam Oświęcim" Żywulskiej, "Wspominki z obozu Sachsenhausen 1939-40" Pigonia, "Z otchłani" Kossak-Szczuckiej.
Sięgnęłam teraz po książkę łódzkiego poety i pisarza, więźnia Oświęcimia i Gusen - Grzegorza Timofiejewa "Człowiek jest nagi".
Książki na temat obozu Gusen zawsze mnie interesują, ponieważ mój dziadek Marian Wiewiórkowski /biogram tutaj/ został zamordowany w tym obozie.
19 kwietnia 1940 zarejestrowano go w obozie Dachau, otrzymał numer 6098. Z obozu w Dachau Marian Wiewiórkowski został przewieziony do Gusen i otrzymał numer 4769.
Książka została wydana przez Wydawnictwo Łódzkie w 1960 roku w nakładzie 10 tysięcy egzemplarzy.
Jest bardzo realistyczna i wiernie oddaje rzeczywistość obozową, z wrażliwością głodnego poznania pisarza.

Jako miejsce na obóz został ustanowiony przez DEST (Deutsche Erd- und Steinwerke G.m.b.H.) obszar między kamieniołomami granitu Gusener i Kastenhofer Oberbruch oraz drogi między Mauthausen i St. Georgen.

Do samego Gusen deportowano łącznie 71 tys. więźniów 27 narodowości. Zginęło ponad 35 tys. z nich, a 60% ofiar stanowili Polacy.
 

wojna, obóz koncentracyjny
Grzegorz Timofiejew "Człowiek jest nagi".


Autor opisuje swój transport, bo przecież nie można tego nazwać podróżą do Oświęcimia.
 "(...) na bunt stać nas nie było. Pamiętam z dzieciństwa rzeźnię. Podobnie. Ale tam bydło ryczało. Instynkt chyba? A tu bez hałasu. Cóż, człowiek mądrzejszy: wie, krzyczeć nie ma po co. A ryczeć nie wypada póki jesteś, bracie, homo sapiens".
Tak więc mimo tej grozy sytuacji wszystko dobywało się w ciszy, no chyba, że zakłócało ją wycie i ujadanie ssmanskich psów, którymi byli szczuci więźniowie.

Pan Grzegorz, był wówczas młodym człowiekiem i lubił marzyć o przyszłości, snuć plany w oczekiwaniu na to co, przyniesie los. Mówi o sobie, że zawsze chętnie czekał, w obozie przeciwnie. Tu przyszłość mogła przynieść tylko to, co najgorsze.
Najgorszym zagrożeniem dla więźniów w Gusen, położonym niedaleko Linzu, było zimno.
Umęczeni pracą, strachem, zaduchem obozowych baraków, chciwie wciągali powietrze do płuc. Ale to było zimne i ostre powietrze. Zabójcze dla osłabionych głodem i praca ponad siły organizmów. Zabójcze dla ludzi w cienkich drelichach pracujących przy minus 40 stopniach
Chorowali na zapalenie płuc, opon mózgowych, a gdy gorączka brała na dobre, to los był przesądzony. Takiemu nawet wody nie dawano, bo po co....
Zbliżając się do Gusen widzieli kamieniołomy, porozszarpywane dynamitem, resztę dokańczali więźniowie kilofami, czasami gołymi rękoma.
Tytuł książki nawiązuje do tego, że więźniowie często byli nadzy. Nadzy do odwszawiania, nadzy do Aufnahme/przyjęcia do obozu, do lekarza, pflegera . Człowiek w obozie był nagi, duszą i ciałem.
Baraki były mizerne i drewniane, nie takie jak w głównym obozie Mauthausen, o długości 56 metrów, szerokości 8 metrów. Podzielone były na dwie izby "Sztuby", pośrodku znajdowały się dwa pokoje dla blokowych. Był nawet stół i zydle, jednak nie wolno było na nich siadać. Prycze na których spali więźniowie były trzypiętrowe. Więźniowie mieli tylko siennik i coś, co przypominało koc.
Bloki 13,14,15,16 było otoczone drutami jak kwarantanna i nie można było z nich wyjść do pozostałej części obozu.

budowa podobozu Gusen


Autor opisuje, że najciężej było przystosować się do warunków obozowych i do przepisów chłopom, rolnikom. Nie byli nawykli do dyscypliny, podporządkowania, byli "osobni", indywidualni. To powodowało, ze umierali najszybciej.
Wielkie wrażenie robią na czytelniku dialogi między więźniami, gdy wszystkie zasady społeczne już nie funkcjonują.
"Lepszych gości palą -Myślisz? No, wczoraj sama hołota szła. -A po czym poznałeś? Dym rąbał jak siekierą"
Gdy kapo otwierał pokrywę kotła z jedzeniem, więźniowie żyli nadzieją na ciepły posiłek. Nadzieja gasła, często był to tylko rozgotowany jarmuż, zupa na wytłokach z buraków, łupiny od kartofli, brukiew. W zębach zgrzytał piasek. Na kolację pól kilograma spleśniałego chleba na trzech. Więźniowie przywiezieni do obozu później zawsze mieli przewagę nad tymi już obecnymi, wynędzniałymi, zagłodzonymi, nazywanymi "muzułmanami". Czasami do takiego lepiej wyglądającego więźnia, spożywającego zupę, ustawiała się kolejka "muzułmanów", aby móc wylizać talerz.
Po powrocie z kamieniołomów następowały dalsze tortury: "gimnastyka", rozwałka, rozstrzeliwanie, kozły, chłosta, lżenie, podtapianie w obozowym szambo, bicie pałkami. Obóz Gusen w obozowej gradacji miał III stopień, to znaczyło, że był to tzw. Vernichtungslager- czyli ludzie tu uwięzieni mieli być zniszczeni/Vernichtung - zniszczenie. Najgorsza była "kąpiel". Było to oblewanie lodowatą wodą pod otwartym niebem, gdy strumień wody trafiał w serce jakiegoś nieszczęśnika ulegał zawałowi. W obozie doliczono się 80 sposobów zadawania śmierci.

Niemcy szczególnie nienawidzili wykształconych, inteligentnych ludzi. Sprytnych tak, ale mądrych nie. Językiem obozu były znaki naszywane na koszulach. Wiezień polityczny/a takimi byli zwykle polscy więźniowie/ mieli czerwony trójkąt z literą P. Niemcy czysty, przestępcy trójkąt zielony. Asocjalni, aspołeczni trójkąt czarny, homoseksualiści różowy, emigranci-niebieski. Niektórzy mieli pod trójkątem czarny punkt-to karne komando, a punkt czerwony to podejrzani o ucieczkę.


plan obozu Gusen wykonany na podstawie amerykańskich zdjęć lotniczych, Austria zaprzeczała istnieniu obozu


Władzę w obozie, zarówno administracyjną jak i w blokach stanowili Niemcy, kryminaliści, mordercy, z dożywotnimi wyrokami, których przeniesiono z więzień do obozów. Oprawcą słynącym z nienawiści do Polaków był nawet obozowy pisarz. Więźniowie nie mogli sami pisać listów. Listy podlegały cenzurze, zawierały tylko stosowne formułki.
Autor, sam osadzony w baraku 14, opisuje więźniów 20 narodowości osadzonych w obozach, w baraku 1 i 2 było też trochę Niemców, komunistów i inteligencji niemieckiej nastawionej antyfaszystowsko.

Jeńcy radzieccy niszczeni byli w sposób najokrutniejszy. Cześć z nich wyginęła z głodu i mrozów w latach 1941/42. Nie otrzymywali listów ani paczek. Więźniowie radzieccy stanowili po Polakach najliczniejsza grupę.

Polska inteligencja osadzona w obozie znajduje w oczach Timofiejewa najwyższe uznanie. Ci ludzie potrafili zasłużyć nawet na szacunek swoich oprawców. Niemcy woleli leczyć się u polskich obozowych lekarzy niż u niemieckich, inżynierowi okazali się niezastąpieni w pracach budowlanych, po rysunki, obrazy, rzeźby szło się do polskich artystów. Organizowali się do samoobrony na tyle, na ile było to możliwe. W Gusen przebywał "element aktywny, świadomy swej roli". Solidaryzowali się, chronili wzajemnie przed terrorem i wspierali.

"Wielkie wartości patriotyczne narodu z września 1939 roku, które doszły do głosu w sławnym, choć straceńczym bohaterstwie, tu w Gusen podtrzymywały na duchu i kazały spodziewać sie triumfu sprawiedliwości. Bośmy pierwsi czoła stawili, bośmy największe ofiary ponieśli, ta argumentacja zdawała się być nieodparta"
Ulegali złudzeniom, bo z nimi łatwiej żyć pisze autor.

Autor książki wspomina, że przybył do Gusen w 1943 i został oznaczony numerem 44949. To wysoki numer, mój dziadek dotarł do obozu w 1940 roku i miał numer 4769. Wielu więźniów z roku 1940/41 już nie żyło. Numery dostawało się po zmarłych. Starzy, którzy utrzymali się jeszcze przy życiu mówili: Co ty wiesz o życiu? Trzeba tu było siedzieć w 40 roku, już byś nie żył. Robota w tempie i jeszcze przylali ci kijem, upadłeś, nie podniosłeś się w czas, dobili. Zapaliłeś papierosa-śmierć. Na obcy blok szedłeś-śmierć. Zabijali na każdym kroku.

W tej książce znajdujemy odpowiedz na pytanie kto przeżył obóz, skoro przeciętnie żyło się w nim 3 miesiące. W czasie, gdy przybył do niego autor, z kilkunastu tysięcy Polaków pozostało przy życiu już tylko kilkudziesięciu. Ta "starszyzna"podziwiana była przez więźniów i przez ssmanów. Musieli wykazać się cechami takimi jak spryt i umiejętność "organizacji". Umieli "zorganizować" sobie dodatkową żywność czy koszulę. Z tego wszystkiego płynęła nauka: Żeby żyć, trzeba było "iść po trupach" . Dosłownie i w przenośni.

Po 1943 roku terror zelżał. Dochodziły paczki od rodziny, młodzi okrutni nadzorcy poszli na front, obozowymi kapo zostali starsi Niemcy. Pomijam już rozdziały "Choroby kolczastego drutu" i inne.
Lektura ciekawa dla wszystkich. Obowiązkowa dla członków rodzin, abyśmy wiedzieli, co przeszli i nigdy nie zapomnieli tej ofiary.
Obóz Gusen wyrósł na polskiej krwi i kościach. A teraz wygląda tak. W budynku administracji obozowej, gdzie torturowano i mordowano ludzi mieszka jakiś miłujący luksusu bogacz. Do kamieniołomów nie ma dostępu. Na zdjęciu poniżej widok z 2017 roku, w tle kamieniołomy.


Droga do kamieniolomu w KLGusen 


Teren obozu podzielony na działki budowlane. Jedyna działka, na której bliscy upamiętniają pomordowanych to działka wykupiona przez jeńców włoskich. Stoi na niej malutkie muzeum i ocalały piec krematoryjny.
Do Memoriału zawiozłam tabliczkę upamiętniającą dziadka oraz jego szwagra Zygmunta Gadzinowskiego.

nazizm, Weltrieg
Tablica w Gusen ku pamięci pomordowanych opatowian
zawiśnie pośród innych tablic w Memoriale Gusen

Muzeum-memoriał Gusen.
Film nakręcony przez Amerykanów w maju 1945




Cały życiorys G.Timofiejewa znajdziecie Państwo tutaj na stronie 115



Podobne posty

Poczta polska, telegraf, telefon. Opatówek.

A było to tak. Konrad Wuensche.

Matka Niobe. Leokadia Wiewiórkowska.

Listy proskrypcyjne. Aresztowania w Opatówku 1940