Etykiety

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adamczyk Dominika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adamczyk Dominika. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 marca 2026

Wielkanocny talerz pełen miłości

Wielkanocny talerz pełen miłości

Wielkanocny poranek był dla mnie synonimem szczęścia.

W niedzielę, szóstego kwietnia 1980 roku, przypadała Wielkanoc. Leżałam jeszcze pod wspaniałą, puchową pierzyną, która otulała mnie jak miękki kokon. Towarzyszyła mi przez długie lata — była prezentem od babci,  ciepła i bezpieczeństwa. Tego dnia nie musiałam zrywać się do szkoły. To był jeden z tych nielicznych poranków, kiedy czas płynął wolniej, łagodniej, a cały dom zdawał się oddychać oczekiwaniem na świętowanie.

Z kuchni dobiegały stłumione odgłosy krzątania i cichy szum radia. Babcia przygotowywała wielkanocne śniadanie. Nie była kobietą, która kochała stać przy garnkach — choć jako córka restauratorów potrafiła gotować. Do dawnych przepisów i umiejętności wracała rzadko; zbyt wiele w nich było wspomnień. Wirtualne Muzeum. Historia w sepii. : Szaliński Nosiła w sobie jakąś cichą niechęć do przeszłości, jakby każdy zapach i smak mógł obudzić coś, co chciała pozostawić za sobą.

Zawsze bała się kwietnia. Powtarzała, że jeśli przeżyje kwiecień, to reszta roku będzie już dobra. W naszym domu to właśnie w tym miesiącu zdarzało się wszystko, co najtrudniejsze — choroby, śmierci, niepokój. I faktycznie zmarła 20 kwietnia 2001 roku.

A jednak potrafiła piec ciasta — czego ja nigdy nie polubiłam. Słodka woń pieczonej baby mieszała się z ostrym zapachem świeżo tartego chrzanu. Wiedziałam, że tam, za drzwiami, trwa krzątanie, które dla mnie było najpiękniejszą melodią dzieciństwa.

Nagle drzwi skrzypnęły, wpuszczając do pokoju falę ciepła i zapachów wielkanocnych potraw. Babcia weszła, niosąc talerz — talerz, który do dziś pozostaje dla mnie jednym z najczystszych obrazów szczęścia. Nie musiałam nawet wychodzić z łóżka. Wystarczyło, że się podniosłam, a ona postawiła przede mną ten świąteczny skarb.

Na talerzu lśniła świeżo ugotowana szynka — jeszcze parująca, krucha. Obok niej pyszniła się gęsta, domowa sałatka jarzynowa. Był też kawałek białej, aromatycznej kiełbasy i intensywnie czerwona ćwikła, która barwiła wszystko wokół. Brałam pierwszy kęs, czując w ustach smaki, których nie da się podrobić ani zapomnieć. Babcia uśmiechała się, patrząc, jak jem. A ja miałam pewność, że te Święta Wielkanocne — pod jej dachem — są najbezpieczniejszym i najszczęśliwszym miejscem na świecie.

   Początki wiosny bywały jeszcze chłodne. W rogu pokoju stał stary piec kaflowy, dumny i niewzruszony — jak milczący strażnik domowego ogniska. Jego gładka powierzchnia lśniła ciemną, butelkową zielenią. W zimowe wieczory, gdy mróz malował na szybach fantazyjne wzory, wystarczyło przyłożyć dłoń do rozgrzanych kafli, by poczuć, jak świat zwalnia, a codzienne troski rozpływają się w tym kojącym cieple. Każdy, kto wchodził do pokoju, opierał się o piec plecami, podkulał ręce i ogrzewał się w jego cieple. Lubiłam nawet palić w nim — wpatrywać się w żarzące się polana, które powoli zamieniały się w popiół. Trochę mniej lubiłam nosić wiadra z węglem z piwnicy na drugie piętro.

   Budynek przy  Placu Wolności  miał już wtedy swoją historię. Dziś liczy dwieście lat. Niegdyś był budynkiem fabrycznym, a w czasie wojny mieściła się tu niemiecka szkoła. Czasami zastanawiałam się, czy w tym właśnie pokoju uczyły się dzieci folksdojczów i przyjezdnych Niemców. Nigdy jednak nie dotarło do mnie żadne wspomnienie, które mogłoby to potwierdzić.

Był rok 1980. Kończyłam szkołę podstawową. Świat na zewnątrz nie był już tak łagodny jak ten zamknięty w ścianach naszego domu. Gospodarka PRL znajdowała się w głębokim kryzysie. Ludzie, zmęczeni i zrezygnowani, godzinami stali w kolejkach, nie wiedząc, „co rzucą”. Mięso, cukier, benzyna, a nawet papier toaletowy — wszystko było na kartki.

Byłam w ósmej klasie.

Za rok generał Jaruzelski wprowadzi stan wojenny.   

 Opatóweccy partyjniacy obradowali nad zaletami Rewolucji Październikowej Wirtualne Muzeum. Historia w sepii. : Zebranie ZBoWiD 23 listopada 1980 roku w Opatówku


1980 Dominika Adamczyk


1996
 

autor: Dominika Pawlikowska

wtorek, 2 lipca 2024

Za domem Gillerów.

 

   Wydaje się, że to było niedawno, ale już minęło prawie 50 lat...  

   Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte w Opatówku, były czasem beztroskich dni spędzanych w towarzystwie moich dwóch przyjaciółek z dzieciństwa – Ilonki i Marty. 

   Szczególnie latem, gdy budziłam się rano w kamienicy przy Placu Wolności zaczynała się uczta  pełna smaków i doznań. W wakacje zaraz po przebudzeniu biegłyśmy nad rzekę za kamienicą. Świeże, poranne powietrze orzeźwiało i dodawało energii. Trzeba było tylko pokonać trochę kałuż i błota i już można było brodzić w rzece. Z pól dochodził aromat świeżo skoszonej trawy i wypełniał powietrze. Każdy nowy dzień to była przygoda, a letni poranek był obietnicą nieskończonych możliwości i radości, które tylko czekały, aby je odkryć. Biegłam z koleżankami do parku, na wądoły, zbiegałyśmy z górki i wskakiwałyśmy do wody. Kiedyś biegnąc tak zdepnęłam żabę. To przypadkowe zranienie zwierzęcia, wywołało we mnie tak głębokie poczucie smutku, że zapamiętałam ja na zawsze.

   Zimą staw zamarzał. Dzieciaki zakładały łyżwy i jeździliśmy tak do nocy. Aż nie było już widać łyżew. Swoje zakładałam już w domu, na czubkach schodziłam po drewnianych schodach, potem jeszcze przez zamarznięty ogródek i już byłam na lodzie. A potem kilometrami rzeką w tę i z powrotem.


Widok na staw. Ze zbiorów J.Antczaka.

   Wszystkie kochałyśmy zwierzęta, a szczególnie Ilonka. Pochylała się nad każdym i ratowała, jeśli była taka potrzeba. W drodze do szkoły wygłaskiwała wszystkie koty. Pewnego wakacyjnego dnia, na szkolnym boisku, znalazłyśmy zalaną po deszczu norkę zająca. W pobliżu nie było widać rodziców, a małe zajączki pływały potopione w wielkiej kałuży. Dwa z nich dawały jeszcze oznaki życia, więc postanowiłyśmy je uratować. Ja zabrałam jednego i chciałam wychować go w łazience, jednak mama uznała to za zły pomysł i oddała go pani listonoszce, które miała się nim zając na wsi. Drugiego zabrała Ilonka i wychowała go w mieszkaniu w naszej kamienicy. Kiedy ją odwiedzałam zając chował się w kuchni, ale zza mebli wystawały jego uszy. Marta kochała psy i zawsze miała ich kilka. Pewnego razu jeden z nich zachorował i zdechł. Krzyk i płacz Marty niosącej psa od weterynarza słyszałam z daleka. Niosła go do domu, aby urządzić mu wspaniały pogrzeb.

   Większość lata spędzałyśmy w ogrodzie Szabelskich, za domem Gillerów. Tu nasze dzieciństwo splatało się z naturą. W letnie poranki, kiedy pierwsze promienie słońca przebijały się przez gęste liście drzew, zaczynałyśmy nasze przygody. Biegałyśmy po łąkach, skakałyśmy przez rowy, czy rzeczkę, wąchałyśmy kwitnący na obrzeżach ogrodu bez. Wspinanie się na drzewa było jak zdobywanie nowych, nieznanych światów, gdzie każda gałąź była kolejnym stopniem do nieba. Bieganie po polu, z trawą łaskoczącą małe nogi, było jak taniec z wiatrem, który nucił melodię wolności.

   Dziadek Marty, pan Roguski, emerytowany nauczyciel, człowiek wszechstronnie wykształcony, artysta duszą, pragnął uchwycić te chwile na płótnie i kilka razy proponował mi, że namaluje mój portret, ale nie byłam wówczas na tyle świadoma, żeby docenić ten gest. Pan Roguski spędzał popołudnia w swoim ulubionym fotelu, otoczony obrazami, które były świadkami jego drugiej pasji - malarstwa. Mieszkanie, małe muzeum osobistych dokonań, było pełne kolorowych płócien przedstawiających wszystko: od malowniczych pejzaży po martwą naturę. Było bardzo tajemnicze. Pokoje ogromnych rozmiarów, jakie spotykało się tylko w pałacach. 


Pan Roguski w otoczeniu uczniów w szkole w Opatówku.

   Dla mnie, kilkuletniej dziewczynki, prawdziwa magia tkwiła w prostych radościach, które dla dziecka były cenniejsze niż jakikolwiek portret, takich jak na przykład bieganie po wytartych drewnianych schodach tego tajemniczego ponad stuletniego domu. Wspomnienia te pozostają we mnie jak najpiękniejsze obrazy, których czas nie jest w stanie zatrzeć.

   Dom Gillerów w Opatówku to zabytkowy budynek, który stanowi ważny element lokalnej historii i kultury. Został wybudowany na początku XIX wieku przez Jana Kantego Gillera, burmistrza miasteczka i był świadkiem wielu znaczących wydarzeń. To tutaj przyszli na świat bracia Gillerowie - Agaton i Stefan, którzy odegrali ważną rolę w polskiej historii i kulturze. Agaton, urodzony 9 stycznia 1831 roku, był publicystą, historykiem Syberii, członkiem Rządu Narodowego w powstaniu styczniowym i jednym ze współzałożycieli Muzeum Narodowego na obczyźnie w Rapperswilu. Jego brat Stefan, urodzony 2 września 1833 roku, był poetą i nauczycielem, który wpłynął na rozwój literatury polskiej. Dom Gillerów, z jego charakterystycznymi dwoma nierównymi skrzydłami połączonymi pod kątem prostym, drzwiami wejściowymi i balkonem z półkolumienkami zawsze był świadectwem epoki. 

   W latach 80-tych, za komuny, zapamiętałam ten dom jako zamieszkany przez wiele proletariackich rodzin, gdzie odgłosy pijackich awantur, krzyków i hałasu biegających dzieci tworzyły kakofonię dźwięków. 

Gdy Marta z mamą sprzątały wokół kamienicy tamtejsza "elita" lokatorów spluwała im na głowy. Po roku 1945, podobnie jak kamienica moich pradziadków Szalińskich, budynek dostał się pod państwowy przymusowy zarząd lokalami mieszkalnymi. 70 lat rabunkowego użytkowania zrobiło swoje. 

Dzisiaj dom też jest świadectwem czasów, wisi na nim wielki napis „Wynajmę kwatery”


czwartek, 18 sierpnia 2022

Plac Wolności. Wolności?

   autor: Dominika Pawlikowska

    Urodziłam się w 1966, ponad 20 lat po wojnie. Moja najbliższa rodzina nigdy się po niej nie podniosła. 
W szkole nie uczono mnie prawdziwej historii Polski. Nie było żadnej wolności. Nie można było mówić o niczym, wszędzie byli donosiciele. O wymordowaniu przez sowietów polskich oficerów w Katyniu, o akcji "Inteligencja" i o tym, że w jej wyniku zamordowano mojego dziadka, naczelnika poczty w Opatówku Mariana Wiewiórkowskiego nie dowiedziałam się od moich nauczycieli historii. Biogram tutaj. 
Ubecy i milicjanci, sekretarze partii i różnego sortu nominaci polityczni czuwali, żeby prawda o pomordowanych nie ujrzała światła dziennego, gdyż byli przed wojną członkami organizacji BBWR, piłsudczykami, członkami Związku Strzeleckiego, Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół" - organizacji, które po wojnie zostały zdelegalizowane i zakazane. Akcja "Inteligencja" w Kaliszu i regionie pozostaje nieopisana do dzisiaj. 

Opatówek, już SPatenfelde, Niemcy burzą budynek straży na rynku, prostują drogę. Widoczny dom Szalińskich na prostu. Pierwszy z lewej dom Tondowskich.1940.
Opatówek, po zajęciu przez Niemców - Spatenfelde. Niemcy burzą budynek straży na rynku, prostują drogę. Widoczny dom Szalińskich na wprost, parterowy budynek na rogu - ich restauracja. Pierwszy z lewej, piętrowy dom Tondowskich - Żydów, wymordowanych przez Niemców. 1940.

Do tej pory większości Polaków nic nie mówi nazwa obozu KL Gusen, gdzie wymordowano polskie warstwy przywódcze. Tymczasem w Mauthausen-Gusen zginęło ok. 28 tys. Polaków. Dla porównania w Katyniu 21768 oficerów. Do dzisiaj szokuje mnie, że praktycznie nie istnieje w Polsce literatura lokalna na temat wojny i czasów powojennych, nie liczę tego, co ukazało się za komuny, zawierającego półprawdy i poddanego cenzurze. 
Obeliski ku czci pomordowanych w czasie II wojny stawiano w gminach dopiero w latach 90-tych. O obelisku tutaj: "Pomordowani i polegli z Opatówka..". 

   Polska znajdowała się pod rosyjską okupacją. Do kwietnia 1991 stacjonowało w Polsce ok. 65 tysięcy sowieckiego wojska. Tutaj: "Wojska radzieckie w Polsce".
Wychowałam się w domu przy Placu Wolności 13, obecnie nr 15, w środkowej klatce, z kuchnią na poddaszu, z widokiem na staw. Budynek powstał jako składowa zabudowań fabrycznych niemieckiego przemysłowca Adolfa Fiedlera. Był to prawdopodobnie magazyn wyrobów gotowych  i mieszkania dla personelu technicznego. W czasie wojny mieściła się tu szkoła dla niemieckich dzieci. Uwiecznione na tym zdjęciu maszerują na jakąś uroczystość. Młodzież Hitlera.

Młodzież Hitlera - organizacja "Hitlerjugend" w Opatówku /w czasie wojny-Spatenfelde/ Freiheitsplatz 13, przed kamienicą, w której w czasie wojny mieściła się szkoła dla niemieckich dzieci.  Elewacja południowa. Po wojnie moja rodzina zamieszkała w środkowej klatce. (APK)
Młodzież Hitlera - organizacja "Hitlerjugend" w Opatówku /w czasie wojny-Spatenfelde/ Freiheitsplatz 13, przed kamienicą, w której w czasie wojny mieściła się szkoła dla niemieckich dzieci. 
Elewacja południowa. Po wojnie moja rodzina zamieszkała w środkowej klatce. (APK)

Do organizacji Hitlerjugend należeli wszyscy młodociani Niemcy od 10. do ukończenia 18. roku życia. Grające na bębenku dzieci ze zdjęcia przypominają mi bohatera "Blaszanego bębenka" - Oskara z książki Güntera Grassa, który na znak sprzeciwu wobec otaczającej go rzeczywistości dorosłych, postanawia przestać rosnąć. Jednak pośród nich nie ma nikogo, kto wzorem Oskara buntuje się wobec tego, co widzi, nie akceptuje świata, który go otacza. 
Niemcy czuli się w Opatówku jak u siebie i wiedzieli o nim wszystko. W 1826 przemysłowiec Fiedler sprowadził z Niemiec prawie całą załogę (ok. 500 osób) do swojej fabryki włókienniczej-dzisiaj Muzeum Historii Przemysłu.
Dopiero pod koniec połowy XIX wieku zaczęła wśród załogi przeważać ludność polska. Jednak cały dozór techniczny pozostawał w rękach Niemców. Ta dominacja napływowego elementu niemieckiego utrzymywała się niemal przez cały okres istnienia fabryki. Wyrażało się to nie tylko stanem liczbowym, ale przewagą w statusie materialnym, ponieważ robotnicy i majstrowie niemieccy zarabiali bardzo dobrze.
W 1860 roku przybyszów z Niemiec było 887, a ludności polskiej 702 osoby. Niektórzy przyjeżdżali i wyjeżdżali, a niektórzy asymilowali się z ludnością polską, zakładali tu rodziny.  W dzieciństwie nie zdawałam sobie z tego sprawy, że mieszkam w tak zniemczonej miejscowości. Babcia i mama izolowały mnie od takich wiadomości.
Kiedy poszłam do szkoły, co drugi kolega okazał się mieć dziadka lub babcię o niemiecko brzmiącym nazwisku.
   W Opatówku jest niewiele rodzin, które nie miałyby niemieckich przodków. Można się o tym przekonać tutaj: Wirtualne Muzeum. Historia w sepii. : Mieszkańcy Opatówka z lat 1917-1930.
W tej sytuacji mieli doskonałe rozeznanie strategiczne w momencie wybuchu wojny i mogli celnie eliminować niewygodnych Polaków. Sporządzili listę Polaków przeznaczonych do eksterminacji. O tym tutaj: "Listy proskrypcyjne".
Postarałam się przeanalizować powody, dla których o pewnych wydarzeniach w Opatówku nie mówiono głośno i czym skutkuje to dzisiaj. O tym, dlaczego nie dbamy o swoją tożsamość kulturową: Dlaczego nie dbamy o swoją tożsamość kulturową? na przykładzie małego miasteczka Opatówek

   Na co dzień obcowałam z ludźmi, których dzieciństwo przypadło na lata wojny i doświadczyli traumatycznych wydarzeń.. Kiedyś usłyszałam historię opowiadaną przez moją ciotkę śp. Teresę Jaśkiewicz, o tym, jak w 1945 "wpadliśmy z dzieciakami do tej kamienicy. W ostatniej klatce, na parterze, na łóżku leżał zabity Niemiec, wyciągnęliśmy go za nogi i wrzuciliśmy do dołu u Sieradzkiego" (właściciel placu przylegającego do kamienicy). Nie wiem, ile było w tym prawdy, a ile fantazji, ale przechodziły mnie wtedy dreszcze na myśl, z czym musiały mierzyć się te dzieci? Teresa wówczas nie miała już rodziców, jej ojciec - sekretarz gminy Lisków, Zygmunt Gadzinowski, został zamordowany w obozie Gusen, a matka Helena zmarła krótko potem. Jej dzieciństwo naznaczone było stratą i śmiercią. Podobnie jak dzieciństwo wszystkich dzieci w rodzinie, w tym mojej mamy Aleksandry Adamczyk z domu Wiewiórkowskiej, wieloletniej nauczycielki przedszkola w Opatówku.

Opatówek, Plac Wolności. Ten sam budynek kilkadziesiąt lat później.

A jakie było moje dzieciństwo, które przypadło na czasu komuny i stanu wojennego? 
Spędziłam w tej kamienicy dziewiętnaście lat, do momentu, gdy wyjechałam na studia. To najważniejszy okres w życiu człowieka, ponieważ wówczas kształtuje się jego osobowość i system wartości. Byłam otoczona kobietami, które straciły synów, mężów, ojców i cały dorobek życia. 
Wydaje mi się, że nigdy nie byłam dzieckiem. Musiałam szybko dorosnąć i wziąć za nie odpowiedzialność. Nosiłam wiadra z węglem z piwnicy, paliłam w piecach, sprzątałam, gotowałam. Próbowałam pomóc mamie, ponieważ ciężko pracowała. Żyłyśmy: prababcia, babcia, mama i ja z jednej emerytury i jednej nauczycielskiej pensji. Babcia zawsze powtarzała, pomna swoich doświadczeń, żebym się uczyła, ponieważ tego, co mam w głowie, nikt mi nie zabierze. Wiedziała, co mówi - wojna zabrała jej wszystko.

Widok z okna kamienicy przy Placu Wolności 13 w Opatówku,
jaki miałam na co dzień.

Kiedy miałam 15 lat Jaruzelski wprowadził stan wojenny. Kiedy w niedzielę zamiast teleranka pojawił się komunikat, że "wojna" nie bardzo mogłam to zrozumieć. Wojna? ale przeciwko komu? Przeciwko własnemu narodowi? Zapanował strach, bieda, wszystko było na kartki. Wprowadzono godzinę milicyjną. Wszystko było SMUTNE.
Na wprost kamienicy znajdował się sklep rzeźniczy po niemieckich nazistach Feichtach i piekarnia po Drescherach. Tu: "Aresztowanie volksdeutschów".
W latach 80-tych dochodziło tam do dantejskich scen, bitwy o mięso, gdzie zmęczeni, spoceni ludzie wyrywali sobie jakieś ochłapy w GS-owskim sklepie. 
   Bardzo lubiłam się uczyć, gdy dostawałam we wrześniu podręczniki, to od razu je czytałam. W czasach, gdy byłam dzieckiem nie było mediów, oprócz telewizji z jednym programem. Drugi program TVP pojawił się w 1970. Zapamiętałam, że w okresie letnim trwały na nim fascynujące transmisje ze żniw i bezustanne wywiady z rolnikami, że w zasadzie jest cudownie, jednakże brakuje sznurka do snopowiązałek.
   Moim najlepszym przyjacielem były książki. Stały na regale, w pokoju przez który zawsze przewijało się wielu gości, ponieważ babcia była "instytucją". Niektórzy zwracali uwagę na książki i prosili o pożyczenie, babcia nigdy nie odmawiała, a one nie wracały. I kiedy sprzątnięto mi sprzed nosa "Annę Kareninę" powiedziałam stop! Krzyczałam, że jak pożyczy jeszcze jedną książkę, to mnie popamięta! 
Czytałam je "jak leci". Niektóre nie były przeznaczone dla dzieci - miałam wówczas 12 lat - jak na przykład "Komedia ludzka" Balzaca, o czym szybko się przekonałam. Zamykałam się więc z nią w toalecie albo czytałam pod kołdrą. Książki przenosiły mnie do lepszego świata, bo ten, który mnie otaczał, był brzydki i nieznośny. Przede wszystkim był bardzo biedny. Wojna zniszczyła dorobek życia mojej rodziny, a komuna obrabowała nas do końca. 
   W tym czasie inni się bogacili, majątki rosły w oczach. Sprzedawcy w sklepach z deficytowym towarem: z telewizorami, pralkami szybko dochodzili do niesłychanego bogactwa, w zamian za otrzymane łapówki budowali okazałe wille, pracownicy okradali zakłady pracy, żal było patrzeć na to wszystko. Ustrój zdemoralizował ludzi. Dzisiaj ich potomkowie stanowią opatówecką "elitę".
Tu zawsze przypomina mi się scena z filmu "Katyń", gdy służąca odwiedza żonę generała Smorawińskiego po wojnie i oddaje szablę, którą przechowała. Po czym mówi do męża, że oddała ją pani, na co on: "teraz to ty pani". 
W 1974 roku miałam 8 lat, świętowano  hucznie XXX–lecie Polski Ludowej, władza postanowiła przychylić nieba klasie robotniczej i w Opatówku wybudowano hotel-motel "Czarnuszka". 
Ukazał się też artykuł w Ziemi Kaliskiej o tym, jak wspaniale pracuje POM w Opatówku. Post tutaj: 
POM-wzór ładu i porządku. Obchody XXX-lecia Polski Ludowej w Opatówku. 1974. Zdemolowano i rozkradziono majątek Schlossera i Wuenschego, a na tym, co pozostało utworzono POM. 

  Niektórzy mieszkańcy naszej kamienicy mieli samochody. Pamiętam, jak z wypiekami na twarzy obliczałam, ile pensji musiałaby odłożyć moja mama, żebyśmy miały taki samochód. Z obliczeń ostatecznie wynikło, że przez kilka lat musiałybyśmy nic nie jeść ( w 1986 r. na giełdowy zakup "dużego" fiata w Warszawie (1,5 mln zł) przeciętnie zarabiający obywatel musiał wydać 62 swoje miesięczne pensje).
Nauczyciele klepali biedę, bo komuna, tak jak Niemcy, nienawidziła inteligencji i upokarzała w każdy możliwy sposób. Wdeptywała ich w ziemię. Liczyli się tylko klasa robotnicza i chłopi.
Niskie płace podczas tej "dyktatury proletariatu" były jedną z form tego upokarzania. Niemalże zrównano pensje dyrektorów i przysłowiowych sprzątaczek. Ten stan trwa zresztą do dziś. 
   W okresie okupacji Związek Sowiecki i Niemcy zlikwidowały elity: profesorów uniwersytetów, ziemian, wyższych urzędników, księży i oficerów, zagarnęli polskie majątki ziemskie usuwając, właścicieli, mordując i zamykając w obozach. Reszty dokonali Sowieci. Przedwojenna inteligencja wyginęła lub została wypędzona za granice Polski. Ci, którzy zostali, a nie chcieli uznać "nadrzędnej roli partii", gnili w więzieniach lub byli gnębieni i zaszczuwani. Był to wróg klasowy, niepotrzebny zresztą, ponieważ trzeba wykształcić swojego "homo sovieticusa" - człowieka zastraszonego, podporządkowanego, który nie zna historii Polski i którym można łatwo manipulować. 
Po władzę sięgnęli ludzie z tzw. czworaków. Komuna wykształciła "swoją" bolszewicką inteligencję, taką, dla której Polska zaczęła się w 1945, bo innej nie znali. Skutki tego odczuwamy do dzisiaj, wystarczy popatrzeć na tych, którzy nami rządzą od czasów powojennych, aż do chwili obecnej.
Było szaro i biednie, a z czasem coraz gorzej. Nieudolnie zarządzana gospodarka zakończyła się tym, że ludzie musieli stać kilka godzin w kolejce, żeby kupić szampon albo buty. Pamiętam entuzjazm, gdy pewnego dnia mama wróciła z wylosowanymi w zakładzie kozakami. Na czym polegało to losowanie nigdy się nie dowiedziałam. Kozaków nikt nigdy nie założył, ponieważ miały zbyt wysoki obcas.
Poza tym ciągle karmiono nas kłamstwem, manipulowano.
Jaruzelski wprowadził w 1981 stan wojenny. Na rzecznika rządu wybrany został obrzydliwy Jerzy Urban, nazwany później "Goebbelsem stanu wojennego". Co tydzień w czasie godzinnej ustawionej, propagandowej pseudo konferencji prasowej pluł Polakom w twarz, kpił  że: "rząd się sam wyżywi".

Plac Wolności 13. Tak ohydnie wyglądała kamienica od strony podwórza. Jak melina.
Na zdjęciu moja mama Aleksandra Adamczyk i synowa Teresy Jaśkiewicz. Dzieci sąsiadów.
Rok 1990/91. 

Nasz kamienica przy Placu Wolności była brzydka i odrapana. Ponieważ nie było wapna, cementu, farb, wszystko było zaniedbanej brudne. Kolejni naczelnicy Opatówka skupiali się na budowie własnych willi, nie na remontach.

Skreślone ręką Teresy Jaśkiewicz, mojej chrzestnej "Oprawa budynku to istny slams"

 Po II wojnie wszystkim, którzy coś posiadali, odebrano wszystko - warsztaty, sklep, fabryki, nie nie pozostawiono nikomu prywatnej własności. Mojej prababci Leokadii Wiewiórkowskiej, która straciła kilkoro dzieci w wojennej zawierusze,  także odebrano sklep, pozbawiono środków do życia (a wychowywała wnuki, dzieci swoich pomordowanych dzieci) i zrobiono tam "Sam spożywczy". Pracowały tam miłe panie, ale w latach 80-tych nie było tam raczej towaru. Dlatego porusza mnie ta propagandowa fotka z czasów PRL-u z półkami uginającymi się od towaru. Tak wyglądał sklep chyba wówczas, gdy miał go odwiedzić naczelnik gminy. Takie postępowanie władz nazywano propagandą sukcesu.

Propagandowa widokówka z czasów PRL-u.

Propaganda sukcesu z czasów komuny. 

Już w 1976 roku komuniści wprowadził kartki na cukier.
28 lutego 1981 wprowadzono kartki na mięso, a 30 kwietnia tego samego roku - także na wszelkie przetwory mięsne oraz masło, mąkę, ryż i kaszę. We wrześniu, system kartkowy objął też mydło, proszek do prania i papier toaletowy. Raz w tygodniu, może raz w miesiącu, nie pamiętam już, dostawałam tabliczkę czekolady. Bardzo na nią czekałam, wychodziłam na schody (były drewniane) i nasłuchiwałam, czy babcia wraca już z zakupami.
Nauczyłam się robić na drutach, tak jak prababcia i babcia, sama, obserwując. Nikt nie miał czasu, aby mnie uczyć. W maturalnej klasie, z rozłożoną na kolanach książką robiłam na drutach swetry, sukienki, byłam samowystarczalna. Jak chciałam cos mieć do ubrania, to musiałam to sobie zrobić.
   W Opatówku było dużo zaniedbanych, biednych dzieci, z patologicznych rodzin. Wszędzie pito alkohol, mężczyźni pili go po pracy, a później leżeli na trawniku przed nasza kamienicą, na ławkach na rynku. 
Takie widoki z okna miałam codziennie, ponieważ na parterze kamienicy była restauracja, a właściwie knajpa, mordownia. Raz babcia wysłała mnie tam z menażkami po obiad. Widok w środku mnie przeraził, przy stolikach pełno podchmielonych, krzykliwych, agresywnych mężczyzn, a pośród nich dwie mamy moich koleżanek z klasy. Jedna z rękoma zanurzonymi w brudnej bebelusze zmywająca talerze i zaczepiana w niewybredny sposób przez tych pijaków, druga uwijająca się pośród nich z talerzami, a ci z lubieżnym uśmiechem klepali ją w pośladek. Obleciał mnie taki strach, że już nigdy tam nie poszłam. 
Władzy "ludowej" chodziło o to, żeby alkohol był tani, łatwo dostępny. Ludzie zapijaczeni, zdemoralizowani nie mieli problemów egzystencjalnych.
Pamiętam tez pochody pierwszomajowe. Nie miałam za bardzo świadomości co to za święto, ale bardzo się cieszyłam na nie, ponieważ po pochodzie, w parku rozstawiano stragany z deficytowymi towarami. Można wtedy było zjeść coś, czego na co dzień nie było. Takim deficytowym towarem był piernik kasztelański. Kawałek suchego, twardego ciasta przełożony jakąś marmoladą. Coś, na co dzisiaj raczej nikt nie spojrzy.  Wtedy wydawał mi się ambrozją.
   Z okien miałam widok na przeciwległą pierzeję rynku, na domki i kamienice po Niemcach i Żydach: "Żydzi w Opatówku". Nikt nie opowiadał o tej nieodległej wówczas przeszłości, o tym, że 80 lat temu Niemcy palili ludzi w piecach. Starano się to kompletnie zatrzeć. Podobnie jak i dzisiaj, w czasach politycznej poprawności.

Dom Tondowskich, Żydów. Plac Wolności 8, kiedyś 7. Opatówek.

   Nie wszędzie wolno mi było chodzić. Były domy, gdzie po wojnie pozostali Niemcy i folksdojcze, chociaż wtedy nie znałam tego słowa. W jednym z nich, naprzeciwko przystanku, zauważyłam interesujące, wybrukowane podwórko i wiedziona ciekawością chciałam tam pójść, ale babcia pociągnęła mnie za rękę i w odpowiedzi na pytanie, które malowało mi się na twarzy, powiedziała z dezaprobatą: "Tam źli ludzie mieszkają". Dzisiaj wiem, że miała na myśli folksdojczów. 
   Dlatego Opatówek kojarzy mi się też z domami "złych ludzi", wielu z nich w czasie komuny wyjeżdżało swobodnie do Niemiec, podczas gdy Polacy nie mieli nawet paszportu w domu. Przy tym domu, na rynku, wystawali całymi godzinami młodzi mężczyźni, rzucając wulgaryzmami i w prymitywny, chamski sposób zaczepiali przechodzących. Wielu z nich już nie żyje. Zabiła ich wódka.
Marzyłam o wyjechaniu stąd, o podróżach, ale nie można było wyjeżdżać za granicę, mogli tylko folksdojcze. 
Pragnęłam uciec od grozy tego miejsca i bólu moich bliskich. Od miejsca, gdzie moja rodzina została wytypowana do eksterminacji. Być z dala od złych domów. Wyjechać i nigdy nie musieć tam wracać.

Małe miasteczka - bywa - nie miewają uroku. Ale fascynują. Czasami złem. Jednak czy zło przypisane jest do miejsca? Nie, piekło nie ma nic wspólnego z miejscem - piekło wiąże się z ludźmi. Może to ludzie są piekłem  - John Marsden "Jutro, kiedy zaczęła się wojna"

Podwórko "złego domu", dzisiaj pozbawione już bruku

Oczywiście wielu nie podzieli moich obserwacji, głownie beneficjenci minionego ustroju. Im było dobrze, za lojalność wobec sowieckiego okupanta płacono stanowiskami, awansami. To ci budują narrację jak wspaniale było za komuny. Jednak pamiętając, że komuna im dała, powinni również wiedzieć, że aby im dać, musiała komuś zabrać. Że był to jednak złodziejski i demoralizujący ustrój.

Post powiązany: