Etykiety

piątek, 11 lipca 2025

Pierwsze dni w Königsbergu. Okupacja niemiecka. Cz. V.



Pierwsze dni w Königsbergu*


   Kazano im się rozebrać i oddać rzeczy do odwszawiania. Potem skierowano ich do łaźni. Zaczęła się prawdziwa męczarnia. Traktowano ich jak zwierzęta – najpierw lano na nich lodowatą wodę, potem wrzątek, a następnie pomieszczenie wypełniła para. Wagon był zamknięty na głucho. Wydawało się, że Niemcy chcą ich w ten sposób wykończyć. Gdy w końcu otwarto drzwi, cztery osoby leżały nieprzytomne.
To była gra, zabawa z życia i śmierci – urządzona przez Szwabów.
   Kazano im się ubierać, ale gdy otworzył swoją walizkę, wszystko było zbutwiałe. Wrzucili ich znów do pociągu. Dowiedzieli się, że jadą do Königsbergu.

Koenigsberg. Miasto Immanuela Kanta, filozofa,
 ur. 1724 w Królewcu.  Źródło: domena publiczna.

   Na dworzec główny przybyli o trzynastej. Czekał już na nich samochód, który zawiózł ich do Arbeitsamtu – niemieckiego urzędu pracy. W transporcie byli różni fachowcy: fryzjer, fotograf, stolarze, robotnicy – i on, jeden rzeźnik. Kierownikiem urzędu pracy był Niemiec o nazwisku Merta. Mówił po polsku, a z czasem wyjawił, że ukończył studia w Warszawie.
– Jaki masz zawód? – zapytał, patrząc mu prosto w oczy.
– Rzeźnik – odpowiedział.
Merta gdzieś zadzwonił, a potem rzekł, że wyśle go do dobrego majstra. – Jeśli się dobrze spiszesz – powiedział – będziesz miał dobrze.
Napisał adres. Rzeźnik miał nazywać się Fritz Ehlert i mieszkał w samym sercu starego miasta.
   Byli głodni jak wilki. Teraz przydało się dwadzieścia marek zaszytych w czapce. Kupił za nie trzy bochenki chleba. Podzielił między kolegów. Prosił, by jedli powoli. Dwóch zlekceważyło przestrogę. Jeden zachorował ciężko, drugi dostał skrętu kiszek i zmarł.
Rozdzielili się. Każdy poszedł pod wskazany adres. On dotarł do sklepu rzeźnickiego i zastał tam żonę majstra – młodą, dość tęgą kobietę w jego wieku, typową żonę rzeźnika. Skłonił się, podał skierowanie. Kobieta kazała czekać, po czym wróciła z mężem.

   Fritz Ehlert był niewysokim, schludnym blondynem. Zmierzył go wzrokiem – tylko skóra i kości. Trudno się dziwić: kto by pomyślał, że to rzeźnik?
Miał czeladnika – Ryszarda Bykowskiego, zniemczonego Polaka. To on tłumaczył ich rozmowę. Cały personel – dziewięć osób – zgromadził się wokół. Wszyscy słuchali, gdy opowiadał, że trafił do ciężkiego obozu za ucieczkę z Pilawy. Że jest głodny, wyczerpany, ale zna się na fachu.
Zobaczył, że twarze wokół sposępniały. Przestali widzieć w nim wygłodzonego Polaka – zaczęli widzieć człowieka.
   Majster polecił dać mu jeść. Kucharka postawiła przed nim miskę kartoflanki i kawałek serdelki. Chciała dołożyć, ale grzecznie odmówił – musiał uważać z jedzeniem. Zaprowadzono go do warsztatu. Właśnie kończono pracę. Dostał robocze ubranie. Majster przyglądał się, jak zabiera się do zajęć.
Józef Zielonka,
 fryzjer z Łodzi

   Na noc poszedł do kwatery – dwa duże mieszkania przy Holestrasse, gdzie już mieszkało dwunastu Polaków. Dla niego przygotowano trzynaste łóżko. Przywitał się. Poprosił, by nieco odsunęli łóżka – ostrzegł, że może być zawszony po obozie. Nie zrozumieli go. Odezwały się głosy niezadowolenia. Poczuł, jakby był obcy nawet wśród swoich.
Tylko jeden spojrzał na niego życzliwie – fryzjer z Łodzi, Józef Zielonka. Zbliżył się do niego i cicho zapytał, czy zna miasto i czy mógłby kupić sabadylę.
– Chcę się wysmarować, pozbyć robactwa – wyjaśnił.
Józef nie wahał się ani chwili. Poszedł do miasta, przyniósł litr sabadyli. Wieczorem razem zrobili dezynfekcję – wygotował bieliznę, umył się, nasmarował. Nad ranem powtórzył cały rytuał. Skóra piekła, ale pierwszy raz od dziesięciu tygodni spał w łóżku. I nie gryzły go już wszy.

Egzamin rzeźnika


   Rankiem, o szóstej, szedł do pracy. Czuł się już nieco lepiej – sabadyla zrobiła swoje. Majster dał mu biały fartuch, czapkę i rzeźnicki nóż. Ryszard, czeladnik, rzucił mu ćwiartkę jałówki – mięso było ułożone odwrotnie, nieprzypadkowo. Czuł, że to próba. Niemcy chcieli zobaczyć, co potrafi ten wychudzony Polak.
Naostrzył nóż i wziął się za trybowanie. Mięśnie mu drżały, ale dłonie wiedziały, co robić. Pracował szybko, czysto. Rzucał tylko krótkie spojrzenia na Ryszarda – ten jeszcze nie skończył.
Był spocony, osłabiony, ale chciał pokazać, że potrafi. Że nie jest byle kim. Gdy skończył, majster przyglądał mu się w milczeniu. Potem klepnął go po ramieniu, podał papierosa i powiedział krótko:
– Dobra robota.
   Wysłał go na chwilę odpoczynku. Sam pojechał po towar do rzeźni. Gdy wrócił, przywiózł ze sobą kilku kolegów – rzeźników. Przyszli zobaczyć „polskiego fachowca”. W warsztacie trybował świńskie głowy – nóż śmigał w rękach. Niemcy stali, patrzyli, aż w końcu któryś z nich powiedział:
– Dobry czeladnik.
Majster uśmiechnął się. Przyniósł butelkę koniaku, poczęstował wszystkich, jego też.

   Tego wieczoru kucharka przygotowała mu kolację. Wrócił na swoją kwaterę na Holestrasse, w sercu obcego miasta, ale z poczuciem, że tego dnia coś się zmieniło. Pokazał, że Polacy też mają fach w ręku.
Na kwaterze zabrał się za walizkę. Garnitur spleśniały, bielizna w strzępach. Pożyczył od Józefa mydło i szczotki. Wyczyścił wszystko, co się dało. Zjedli razem kolację, rozmawiali do późna. Czuł, że w Józefie zyskał nie tylko kolegę, ale kogoś w rodzaju brata. Po tylu tygodniach piekła i upokorzeń – to było bezcenne.
W nocy spał jak suseł. Był przemęczony, ale spokojny.

Königsberg / Królewiec. 14.02.1943. Jan Przybyła stoi w środku. Niżej Józef Zielonka, fryzjer z Łodzi.
 Königsberg / Królewiec. 14.02.1943. Jan Przybyła stoi w środku.
Niżej Józef Zielonka, fryzjer z Łodzi.

Fachowiec z polskiej wsi


   Następnego dnia znów wstał o szóstej i poszedł do pracy. W piątki gotowali podroby na wędliny. Tym razem dostał wilka – maszynę do mielenia. Kręcił szybko, sprawnie. Cały czas czuł, że jest pod obserwacją, ale w swoim fachu był pewny siebie.
Majster pytał – z pomocą Ryszarda – gdzie się tego wszystkiego nauczył.
– W Polsce. Na wsi. U majstra – odpowiedział.
Trudno było Fritzowi uwierzyć, że na polskiej wsi można nauczyć się takiej roboty. Ale patrzył, jak mięso znika w wilku, jak wszystko idzie sprawnie – i zaczynał rozumieć.
   W sobotę od trzynastej był fajrant. Wszyscy zajmowali się sobą: praniem, prasowaniem, szykowaniem się na niedzielę. On też wyprasował sobie garnitur. Chciał jakoś wyglądać.
   Niedziela była dniem spotkań. Do ich kwatery przychodzili Polacy z innych części miasta. Rozmawiali, grali muzykę na patefonie, niektórzy nawet tańczyli. Tego dnia poznał dwóch kolegów po fachu – obu z Łodzi. Władysław Wódz i Władysław Niedzielski. Pracowali u Niemców, tak jak on. Niedzielski był z żoną. Przeżył całą wojnę, ale zginął w jej ostatnich dniach – od bomby. Tak opowiedział to już później ktoś z ich wspólnej kwatery.

Z tymi ludźmi żył aż do końca wojny. Byli w dobrej komitywie.

Majster z Königsbergu


  Majster, u którego pracował, pochodził ze wsi i był synem bauera. Ojciec – Niemiec z krwi i kości – prowadził gospodarstwo z niemiecką skrupulatnością, matka zaś była Polką. Miał drugą żonę, kobietę z zupełnie innego świata – córkę dyrektora fabryki likierów i wódek. Jej ojciec, dyrektor Unruh, nie ukrywał swego krytycznego stosunku do Hitlera. Niewielu miało wówczas odwagę, by mówić o tym głośno, a on był jednym z nich. To rzucało cień na rodzinę, ale zarazem budziło szacunek.
   Majster miał z drugą żoną dwoje dzieci – chłopca, Manfreda, i dziewczynkę, Monikę. Dzieci biegały po podwórzu, czasem wpadały do sklepu.
W tak dużym mieście jak Königsberg rytm pracy w sklepie mięsno-wędliniarskim był ustalony. Codziennie na ladzie musiał leżeć świeży towar. Miasto wymagało zaopatrzenia – niezależnie od pogody czy nastrojów politycznych. W poniedziałki, środy, czwartki i soboty przygotowywano kiełbasy parzone: parówki, serdelki, serdelową, salami i zwykłą kiełbasę, czasem też suchą, długo dojrzewającą. To były dni intensywnej pracy – mięso, przyprawy, maszyny, para unosząca się z kadzi i znajomy zapach przypiekanego jelita.
We wtorki i piątki robiono wyroby gotowane: salcesony, pasztetową, kaszankę. Dni te miały inny rytm – więcej mieszania, parzenia, pilnowania temperatury i proporcji. Wszystko musiało być zrobione dokładnie. Błąd kosztował nie tylko utratę towaru, ale i szacunek majstra, a ten był surowym egzaminatorem.
W poniedziałek, jak co tydzień, znów przypadło mu robić kiełbasy parzone. I jakby tego było mało – miał kolejny egzamin. Egzamin niepisany, bez sali i komisji, ale równie stresujący – pod czujnym okiem majstra, który nie wybaczał niedokładności. W tym fachu nie było miejsca na pomyłki. Liczyły się precyzja, czystość i smak.

Königsberg. Stary rynek ze sklepami. Miasto, będące stolicą Prus Wschodnich,
ucierpiało w wyniku nalotów brytyjskich i sowieckich oraz walk
w końcowej fazie wojny. Szczególnie zniszczone było historyczne
centrum miasta - ok. 95% budynków. Źródło: domena publiczna.


   Warsztaty niemieckie robiły ogromne wrażenie. Wszystko było tam nowoczesne i precyzyjnie zorganizowane. Maszyny zasilane prądem, kotły opalane węglem i gazem, wędzarnie na gaz, zasypywane trocinami. W kotłach zainstalowane były termometry i zegary, dzięki którym można było ustawić czas i temperaturę z dokładnością, o jakiej w Polsce można było tylko marzyć. Praca była zorganizowana i znacznie ułatwiona przez techniczne udogodnienia.
   Dla Jana, przyzwyczajonego do pracy w warunkach znacznie uboższych, kontrast był uderzający. W jego ojczyźnie wodę badało się ręką, a jakość kiełbasy oceniało, przyciskając ją palcem. Termometr zastępował palec, zegar – ucho. Gdy podczas jednego ze szprycowań mięsa zanurzył rękę w wodzie, a potem po pół godzinie wyjął jedną kiełbasę, rzucił ją na stolnicę, przyłożył do ucha i ścisnął palcami, nie spodziewał się, że był uważnie obserwowany.
   Majster i czeladnik Ryszard przyglądali mu się z boku. Jan odwrócił się do majstra i powiedział z przekonaniem:
— Dobra.
Majster, nie kryjąc ciekawości, zapytał:
— W Polsce tak się robi?
Jan uśmiechnął się i odpowiedział:
— W małych warsztatach palec był za termometr, a ucho za zegar.
Majster roześmiał się, poklepał go po ramieniu i z uznaniem stwierdził:
— Jesteś fachowcem. Znasz się na robocie.
Choć wiele rzeczy podpatrywał w niemieckim warsztacie, w niektórych sprawach okazywał się bystrzejszy od Niemców. Wiedział, że wielu z nich miało Polaków za ludzi ciemnych, niezdolnych do samodzielnego działania. Postanowił im udowodnić, że się mylą. Był ambitny, pracowity, a dzięki znajomości niemieckiej gramatyki potrafił porozumieć się w codziennych sprawach.
   Ze szkoły pamiętał niemieckie wiersze. Dzieci z sąsiedztwa często przychodziły popatrzeć na „Polaka”, a on, chcąc je do siebie przekonać, deklamował im znane sobie wierszyki. Sprawiało im to ogromną radość. Pewnego dnia przyszła z nimi majstrowa i, słysząc, jak recytuje, stwierdziła, że najwyraźniej zna niemiecki, tylko nie chce mówić. Jan wytłumaczył, że uczył się w szkole trzy lata i wiersze znał na pamięć.

   Praca układała się dobrze. Niemcy byli zadowoleni, a Jan – po miesiącach obozowego piekła – wreszcie odzyskiwał siły. Organizm dochodził do siebie, stres ustępował, samopoczucie się poprawiało. Na kwaterze też panował spokój. Po tygodniu oznajmił kolegom, że pozbył się wszy i ustawił łóżko normalnie. Trochę im było wstyd za wcześniejsze zachowanie, niejeden przeprosił. Po dwóch tygodniach przybrał na wadze – z 45 do 75 kilogramów. W następnym miesiącu osiągnął swoją dawną wagę: 82 kilogramy. Sam nie mógł uwierzyć, że to możliwe w tak krótkim czasie. Ostrożnie podchodził do jedzenia, ale dobre otoczenie i spokojna praca robiły swoje.
   Z czasem jednak atmosfera w warsztacie zaczęła się psuć. Ryszard, spodziewający się powołania do wojska, stawał się nerwowy, złośliwy i nieprzyjemny. Majster tymczasem coraz bardziej doceniał Jana – często z nim rozmawiał, traktował go z szacunkiem, widząc jego szybkie postępy w nauce języka niemieckiego. To tylko zaostrzało zazdrość Ryszarda.
Jan długo udawał, że nie zauważa złośliwości. Aż w końcu usłyszał od Ryszarda:
— Ty, polska świnio! Pewnego dnia, gdy majster był w rzeźni, Jan przygotowywał kiełbasy i zawieszał je w wędzarni. Ryszard doskoczył do niego, odepchnął i warknął, że to jego zadanie, a Polak może co najwyżej zmywać maszyny. Gdy zamierzał go uderzyć, Jan chwycił kij i odpowiedział zimno:
— Jeśli mnie uderzysz, nie odpowiadam za siebie.
Bał się, że znów trafi do obozu. Nie chciał kłopotów. Wyszedł z warsztatu. Niedługo potem przyjechał majster, a Jan poprosił go, by pozwolił mu odejść i znaleźć inną pracę przez arbeitsamt.
Po skończonej zmianie, gdy Ryszard poszedł do domu, majster zatrzymał Jana. Zadzwonił do urzędu pracy, do kierownika Merty, prosząc, by ten przyszedł do warsztatu. Po pół godzinie siedzieli już razem w pokoju. Merta zapytał, dlaczego Jan chce odejść. Ten opowiedział wszystko – o wyzwiskach, o groźbach, o dzisiejszej awanturze.
Majster był wyraźnie poruszony. Co chwilę dopytywał, co dokładnie Jan mówi. Merta uspokoił go, mówiąc:
— Niech się nie martwi. Jutro Ryszarda już tu nie będzie.
Kucharka przygotowała Janowi kolację, a gdy chciał wyjść, majster nalał mu setkę dobrej wódki. Wypili ją razem, jak dwaj ludzie, którzy się nawzajem szanują.

   Następnego dnia Jan przyszedł do pracy o 5:30. Majster czekał w przebieralni na Ryszarda. O szóstej rozległa się awantura – przez drzwi słychać było podniesione głosy i hałas. Ryszard został zwolniony.
Dzień później w warsztacie pojawił się nowy czeladnik – Niemiec imieniem Willi. Miał około 35 lat, był kawalerem i człowiekiem o niezwykle dobrym charakterze. Jan spędził z nim siedem miesięcy. Willi był wesoły, towarzyski i uczynny, wrażliwy na ludzką krzywdę. Między nimi zawiązała się szczera przyjaźń.
Choć jeden był Niemcem, a drugi Polakiem – nie było między nimi nieporozumień. Willi uczył Jana niemieckiego, Jan uczył Williego polskiego. Śpiewali razem piosenki – raz niemieckie, raz polskie. Willi zawsze się uśmiechał, nie pozwalał Janowi się smucić. Gdy zauważył, że Jan zamyślił się lub zmarkotniał, zaraz pytał:
— Chory jesteś? Musisz iść do lekarza!
Z takim człowiekiem – myślał Jan – można by przeżyć całe życie. Gdy miał kieliszek, zawsze dzielił się z Janem, mówiąc, że „na zdrowie trzeba pić razem”. Hitlera nienawidził szczerze – nie raz klął na niego przy wszystkich.
   Majster był zadowolony z ich współpracy. Cieszył się, że między pracownikami panuje zgoda i koleżeństwo. Po kilku miesiącach Willi został powołany do wojska. Musieli się rozstać. Pożegnali się serdecznie – jak bracia.
Z czasem Jan dowiedział się także, co spotkało Ryszarda. Po trzech tygodniach został wysłany na front wschodni. Pół roku później majstra odwiedził kolega, który służył z nim w tej samej jednostce. Opowiedział, że pocisk trafił wprost w Ryszarda. Zginął na miejscu – nie zostało po nim nic.
Jan, słysząc to, poczuł smutek. Choć przecież nie powinien – ten człowiek nie był już wtedy jego kolegą. Był zaślepiony ideologią Hitlera i stał się wrogiem.


Königsberg został nazwany Kaliningradem na cześć Kalinina -
 bolszewika i mordercy. Po wojnie nie doszło do odbudowy miasta,
lecz w okresie ZSRR nastąpiła celowa degradacja substancji zabytkowej
 miasta (w dużej mierze z powodów ideologicznych – chęci zerwania
 z niemiecką przeszłością). Wskutek tego, pomimo długiej i bogatej historii,
 miasto posiada niewiele zabytków. W krajobrazie Królewca dominują
blokowiska.



*"Königsberg" to dawna niemiecka nazwa miasta, które obecnie nazywa się Królewiec (ros. Калининград, Kaliningrad). Jest to miasto w Rosji, położone nad Zalewem Wiślanym, będące stolicą obwodu królewieckiego.
Królewiec, czyli Königsberg, ma bogatą historię, będąc stolicą państwa zakonu krzyżackiego, a następnie księstwa i prowincji Prus. Miasto zostało silnie zniszczone podczas II wojny światowej, a po jej zakończeniu, na mocy ustaleń konferencji poczdamskiej, znalazło się pod administracją sowiecką. W 1946 roku zmieniono jego nazwę na Kaliningrad.


niedziela, 6 lipca 2025

Obóz pod czarną chorągwią. Soldau. Cz.IV.



Piekło na progu


   Nazywał się Soldau. Ale ci, którzy przez niego przeszli — ci, którym udało się przetrwać — nie mówili o nim tak. W ich ustach częściej padały inne słowa, szeptane z zaciśniętym gardłem: „obóz pod czarną chorągwią”.
Nie była to nazwa oficjalna. Nie widniała na bramie. Nie pojawiała się w rozkazach ani dokumentach. A jednak wisiała nad tym miejscem. Czarna flaga zwiastująca tylko jedno: śmierć. Niekoniecznie nagłą. Czasem odwlekaną. Czasem niezauważalną, kropla po kropli wypływającą z człowieka.
Nie był ani końcem drogi, ani jej początkiem. Był raczej wyrwą w czasie, miejscem bez imienia, choć przecież nazwanym. Na mapach zaznaczony małym punktem w Działdowie, w rzeczywistości był otchłanią — cichą, duszną, cuchnącą strachem i rozkładem otchłanią, w której człowiek tracił nie tylko wolność, ale i sam siebie. Tu nie było potrzeby, by krzyczeć — wrzaski i jęki niosły się same. Wystarczyło jedno uderzenie bykowca, jedno spojrzenie esesmana, jedno nieposłuszeństwo. Tu nie pytano o imię, pytano o numer. Kto nie znał — był nikim. Kto znał — był nikim z numerem. 


Za bramą zardzewiały drut kolczasty przecinał niebo, jakby ostrzegał, że za nim już niebo nie istnieje. Ziemia była czarna od błota i krwi, a powietrze gęste, lepko ciągnęło się między barakami. Każdy z nich wyglądał tak samo: surowe ściany, zacieki, podłoga bez sienników, zapach gorączki, kału i śmierci. Soldau nie miał komór gazowych, ale miał ciszę po egzekucjach. Nie miał krematoriów, ale miał doły śmierci w okolicznych lasach. Nie miał wielkiej bramy z napisem „Arbeit macht frei” – tu nikt nie udawał, że chodzi o pracę. Chodziło o złamanie, o upodlenie, o śmierć powolną — rozłożoną na tygodnie, dni, godziny. Trafiali tu ludzie z każdej warstwy — księża, zakonnice, urzędnicy, harcerze, Żydzi, robotnicy, chłopi.



Józef Borkowski, kolega
z obozu w Działdowie

Rewers zdjęcia J. Borkowskiego z pamiątkowym podpisem i datą 30.VII.1941


Po przybyciu do obozu zabrano im wszystko. Walizki, torby, resztki prywatności – wszystko oddano do magazynu. Janek, przewidując najgorsze, zaszył w daszku czapki dwadzieścia marek. „Na wszelki wypadek” — pomyślał. 
Zaraz potem rozpoczęły się przesłuchania. Śledczy wzywali każdego z osobna, ale rezultat był zawsze ten sam — krzyki, ból i krew. Każdy jeniec został pobity. SS-mani wymierzali po dwadzieścia pięć uderzeń na gołe pośladki, używając trzcinowych lasek lub bykowców. Kiedy któryś z więźniów krzyknął z bólu — dostawał pięćdziesiąt razów. Bez litości, bez słów. Dwóch SS-manów biło mężczyzn. Trzech biło kobiety.
   Później zaprowadzono ich na drugie piętro, do przepełnionych cel. Janek trafił do pomieszczenia, gdzie przebywało czterdziestu więźniów. Sztubowym był młody Ukrainiec, dziewiętnastolatek. Spali na czymś, co trudno było nazwać siennikiem — to była mieszanina słomianego pyłu i brudu, który w dzień zgarniali pod ścianę marynarkami, a nocą rozgarniali, szukając miejsca na ciało. Koców nie wydano. 
Obowiązywał system – jedną noc spało się na barłogu, drugą stało całą noc.
Codziennie o szóstej rano schodzili do ustępu na końcu placu. Tam, na ziemi, SS-mani wapnem wyznaczyli prostokąt. W tym obrębie należało biegać — jeden za drugim, w żabich skokach. Ostatnich dwóch niosło drewniany ustęp. Przy każdym rogu stał SS-man z kijem i uderzał z całej siły, bez uprzedzenia.

Rytuały upodlenia


   O siódmej rano rozdawano chleb. Po kawę trzeba było wyjść na korytarz, gdzie czekał kolejny SS-man. Wystarczyło, że spojrzał na kogoś z niechęcią — uderzał kijem w miskę i kawa wylewała się na ziemię. Winowajca musiał wtedy zdjąć marynarkę i wycierać rozlaną ciecz. Ten sam rytuał powtarzał się przy obiedzie i kolacji.
Obiadem była zazwyczaj zupa — choć bardziej pasowałoby słowo „woda”: czasem z posmakiem chrzanu, innym razem z liści kapusty lub buraków pastewnych. Miski służące do kawy i zupy były te same. Po posiłku przechodziły z celi do celi — Janek był w dziesiątej kolejności. Kiedy miski do nich trafiały, roiły się od robactwa — wszy i pchły. Łyżek nie było. Po jedzeniu miski kładziono na brudną podłogę. Dwóch więźniów je zbierało i przekazywało dalej.
   W obozie znajdowali się ludzie z najróżniejszych środowisk: sala niemieckich komunistów, sala polskich zakonnic, polskich księży, polskich dziewcząt, sala polskich Żydów. Wśród więźniów był też polski konsul Bogdan Jałowiecki i jego zastępca Jan Piotrowski — obaj zakatowani na śmierć. 
Janek dostał numer obozowy: 876.
   Pewnego dnia był świadkiem sceny, która już na zawsze miała wryć się w jego pamięć. Na plac obozowy wprowadzono około stu Żydów — mężczyzn i kobiet. Kazano im paść na ziemię. Trzydziestu SS-manów zaczęło ich tratować i bić kijami. Krzyki i jęki przenikały powietrze. Ciała wiły się, łamały, drżały. Kiedy wszystko ucichło, leżały tylko szkielety okryte łachmanami. Nie byli już podobni do ludzi — błagali o litość, a ich ciała wołały o pomstę do nieba.

Sala śmierci i opatrzność


   Była też sala chorych, choć bardziej pasowało: sala umarłych. Kto tam trafił, już nie wracał. Kiedy chory majaczył z gorączki i prosił o wodę — dostawał tylko kijami. W takich warunkach można było liczyć tylko na Boga. Janek modlił się codziennie. Jego modlitwą była Pod Twoją obronę.... Modlił się, by przeżyć dzień. Potem — by przetrwać noc.
   Po czterech tygodniach, do jego celi doprowadzono dwóch kolejnych mężczyzn. Jeden był fryzjerem z Działdowa, drugi — stary stelmach, po sześćdziesiątce. Posądzono go o podpalenie warsztatu tylko dlatego, że palił papierosy. Obaj byli straszliwie pobici. Janek zaopiekował się starszym mężczyzną. W nocy przecierał mu rany, podarł podszewkę z marynarki, by zrobić prowizoryczny bandaż. Podtrzymywał go na duchu.
Fryzjer zaczął majaczyć. Dziadek gorączkował. Gdy któregoś wieczoru chciał iść do toalety, Janek podniósł go i pomógł wstać. Ale sztubowy Ukrainiec zauważył to, podszedł i uderzył starego człowieka. Janek nie wytrzymał nerwowo i uderzył go w twarz. W obozie uderzyć celowego to wyrok śmierci. Ale Janek był już obojętny. Wszystko jedno.
– Ciebie też kiedyś szlag trafi – rzucił w twarz oprawcy-znamy twoje sprawki. Wiemy, że kradniesz nam chleb. Z każdego bochenka jedną pajdę. A w sytuacji, gdy głód codziennie stawał się udręką dla i tak umęczonego już ciała, było to niewybaczalne. Kiedy sztubowy wyciągał rękę po ostatni, wyszarpany z głodowych marzeń kęs chleba, więzień czuł, jak świat wali mu się na głowę. To nie był tylko kawałek strawy; to była ostatnia iskierka nadziei, brutalnie zgaszona w ciemności obozowej egzystencji. Fizyczny ból pustego żołądka ustępował miejsca paraliżującej rozpaczy, świadomości, że śmierć, już i tak bliska, właśnie przyspieszyła swoje kroki.
W tym akcie grabieży kumulowała się cała nieludzkość obozu. Więzień stawał się niemym świadkiem własnej agonii, pozbawiony nie tylko pożywienia, ale i resztek godności, sprowadzony do roli bezwolnego obiektu. Rodziła się w nim bezsilna wściekłość, szarpana przez instynkt przetrwania, ale szybko gaszona przez wszechobecny strach i świadomość daremności sprzeciwu. Kradzież chleba była symbolicznym ciosem, potwierdzającym, że w tym piekle człowiek stawał się niczym, a jego życie było jedynie ulotnym tchnieniem, które w każdej chwili mogło zostać zdmuchnięte. To był moment, w którym człowiek umierał po raz kolejny, zanim jeszcze ciało wydało ostatnie tchnienie.
   Obok Janka stał kolega z Pomorza, który znał niemiecki. Zagroził sztubowemu, że wszystko zgłosi. Napięcie zawisło w powietrzu. Po godzinie celowy Ukrainiec wrócił. Podał Jankowi rękę.
– Janek… źle zrobiłem, że uderzyłem starego.

Nowy porządek


   Od tej nocy wszystko się zmieniło. Celowy Ukrainiec, dotychczas brutalny i nieprzewidywalny, jakby pękł od środka. Nie uderzał już, nie wyzywał, nie groził. Robił tylko to, co musiał. Od tej chwili Janek i jego współwięźniowie mogli choć trochę odetchnąć. Każdy dzień był nadal gehenną, ale przynajmniej w celi panowała cisza, nie strach.
   Nadeszły nowe tygodnie i nowa udręka. Co drugi dzień więźniów brano do pracy za miasto. Jednego dnia pracowali, drugiego dnia stali cały dzień pod ścianą — bez ruchu, bez słowa. Nowa katorga zaczęła się od piaskowego wzgórza pod Działdowem. Tam zbudowano tor kolejki wąskotorowej i ustawiono dziesięć wózków — każda rolka przypisana była do czterech więźniów.
O siódmej rano czterdziestu mężczyzn maszerowało pod eskortą pięciu SS-manów i dwóch wilczurów. Każdy z nich miał łopatę. Cała praca polegała na ładowaniu piasku i przewożeniu go z góry na niższy teren. Tory były niestabilne, często wózki wypadały z szyn. Gdy tak się działo, esesmani bili — kijem w plecy, kijem w głowę. Uderzenia padały nie za błąd, lecz z premedytacją, by wyczerpać, złamać, upodlić.
Praca kończyła się o trzeciej po południu. Po niej więźniowie mogli opłukać się w wodzie. O pięćdziesiąt metrów od torów płynęła rzeczka. Każdy musiał skakać do niej pod przymusem, mimo że był wycieńczony do granic. Po dziesięciu minutach — komenda: wyjść! Potem kij, kij, kij. Szybko się ubierać i wracać. Tak wyglądało życie. Dzień po dniu. Bez jednego dnia spokoju. Bez jednego dnia bez ofiary.
   Dziadek, którym Janek się opiekował, powoli dochodził do zdrowia. Jego rany goiły się powoli. Młody fryzjer też wydawał się odzyskiwać siły.

 Fryzjer 


   Tego dnia pracowali jak zwykle, w pocie, w pyle, z głowami pochylonymi do ziemi. Nic nie zwiastowało tragedii. A jednak nadeszła. W pewnym momencie fryzjer, jakby w amoku, oderwał się od grupy. Wyszedł na bok i zaczął biec. Nie oglądał się. Przebiegł może sto metrów — za mało, by zdążyć.
Strzały padły niemal natychmiast. Psy spuszczono ze smyczy. Fryzjer został trafiony i padł w piach. Martwy.
Resztę grupy od razu odprowadzono do obozu. Zaraz za bramą ustawiono wszystkich w szeregu. Kazano liczyć: raz, dwa, trzy... dziesięć. Co dziesiąty – wystąp! Czterech mężczyzn wyciągnięto z szeregu. Przeznaczeni do rozstrzelania. Kara za próbę ucieczki. Komendant obozu zjawił się po chwili. Był rozjuszony jak wściekły byk. Krzyczał na całe gardło:
— Przeklęci Polacy! Za dobrze wam! Za dużo wolności macie! Ucieczki wam się zachciewa?!
Chodził między szeregiem. Mierzył wzrokiem, z którego biła nienawiść. Zatrzymał się przy tych czterech.
— Wiecie, co was czeka. Śmierć!
W ciszy, która zapadła, słychać było tylko oddechy i bicie serc.
Nagle komendant zmienił zdanie. Spojrzał jeszcze raz i powiedział:
— Macie szczęście, że tamten bandyta został zastrzelony. Do szeregu!
Fryzjer skrócił sobie cierpienie. Odszedł jak bohater.

Czas choroby


   Nadchodziła jesień. Sanitarne warunki obozu, głód, wycieńczenie i brud zebrały swoje żniwo. Wybuchła epidemia duru brzusznego. Ludzie zaczęli padać jeden po drugim. Nawet wśród SS-manów pojawiły się przypadki zakażenia.
Zatrzymano pracę za miastem. Więźniowie zostali w barakach. Esesmani zaczęli odkażać sale. Więźniowie dostali mocną kawę i polecenie, by dokładnie myć miski.
W celi Janka zachorowało dwóch mężczyzn. Jeden – ciężko. Janek znów się zaopiekował chorym. Podarł kamizelkę, żeby mieć czym go wycierać. Oddawał mu swoje porcje kawy, skórki chleba. Po trzech dniach chory zaczął dochodzić do siebie.
Wszystko, co człowiek miał, trzeba było oddać. Ale Janek wciąż miał serce. I wiarę.

Transport


   Dnia 10 września 1941 roku ogłoszono transport.
Janek siedział w swojej celi, gdy nagle otworzyły się drzwi i wyczytano nazwiska kilku więźniów. Wśród nich – dwóch kolegów, z którymi kiedyś próbował ucieczki. Po pół godzinie SS-man wrócił. W atmosferze krzyków, kopniaków i uderzeń wyciągnął Janka z celi.
Dwudziestu mężczyzn i pięć kobiet ustawiono pod silnym konwojem. Prowadzono ich przez obozowy plac. Psy szczekały, strażnicy krzyczeli. Nikt nie wiedział, dokąd idą. Ale każdy wiedział, że to początek kolejnego rozdziału cierpienia.
Na bocznicy stacji kolejowej stał towarowy wagon. Czekał. Bez okien. Bez światła. Otwarty jak paszcza potwora.

Janek wiedział jedno: żyje. Jeszcze żyje. A dopóki żyje — będzie walczył.

czwartek, 26 czerwca 2025

Jan Przybyła. W niewoli. 1941. Cz. III.



Nowe życie w Łodzi


   Po drodze zatrzymywał się u znajomych albo u ludzi, do których został polecony. Ale coś nieodparcie pchało go dalej — do Łodzi. W Lutomiersku wsiadł do tramwaju i dotarł na ulicę Wólczańską 260, do wuja Wojciecha Rutkowskiego. Był 22 kwietnia 1941 roku.
Pod wskazanym adresem nie zastał nikogo — wszyscy byli jeszcze w pracy. Kiedy wrócili, przywitał się z ciotką, kuzynką jego matki. Rodzina Rutkowskich była liczna: wuj, ciotka i pięcioro dzieci — bliźnięta Józef i Marysia, a dalej Stanisław, Janek i Edek. Wuj był rymarzem z zawodu, Stanisław pracował w sklepie kolonialno-spożywczym, a Józef, ciotka i Janka zatrudnieni byli w fabryce. Marysia i Edek przebywali na wsi, na Młyniskach.
   Zaczęło się nowe życie — życie w Łodzi pod okupacją. Rutkowscy mieszkali na parterze, w dwóch pokojach z kuchnią. Było ciasno, a jego przybycie jeszcze pogłębiło tę ciasnotę. Ciotka, kobieta niezwykle pracowita, wracała z pracy około trzeciej po południu i od razu zabierała się za gotowanie obiadu. Nie chciał być ciężarem. Czuł, że musi jak najszybciej znaleźć coś do roboty.
   Pod koniec kwietnia, zupełnie niespodziewanie, spotkał na ulicy znajomego — Niemca, z którym razem uciekał ze Stawiszyna w 1939 roku. Był to Gustaw Benke. To spotkanie wydało mu się niepokojące, choć Benke podszedł z uśmiechem i bez złych intencji.
   Dzięki znajomościom Stanisława, udało się zdobyć mu pracę. Stolarz — folksdojcz — prowadził warsztat i zgodził się go zatrudnić jako pomocnika. Praca okazała się spokojna i satysfakcjonująca. Niemiec miał dobrze wyposażony zakład, a on szybko się wdrożył. Pracodawca był zadowolony, a i jemu nie brakowało powodów do zadowolenia — miał zajęcie, zarabiał pieniądze, i nie czuł już, że tylko korzysta z gościny.
Czasem wyjeżdżali do prywatnych domów, zakładając okna lub drzwi. Wtedy gospodarze częstowali ich jedzeniem, co w czasie wojny było szczególnie cenne. Niemiec nie zdradzał typowej niemieckiej wyniosłości — był raczej uprzejmy, a może nawet przychylny. Wydawało się, że go polubił.
Codzienność powoli stawała się bardziej znośna. Po pracy grywali z kuzynami w karty, panowała rodzinna atmosfera. W Łodzi poznał wielu nowych ludzi, nawiązał znajomości i odwiedzał dalszą rodzinę — ciotkę Józefę Szymczakową oraz kuzynki Janczakówny.
    Pewnego dnia, znów na ulicy, natknął się na Gustawa Benkego ze Stawiszyna. Uciekiniera z września trzydziestego dziewiątego. Nie ufał Niemcom, więc postanowił go zignorować. Udawał, że go nie poznaje. Ale Benke podszedł pierwszy i powiedział po polsku:
— Dzień dobry, panie Janku. Pan mnie pewnie nie poznał — razem uciekaliśmy.
Nie było wyjścia. Przyznał się, że owszem, przypomina sobie. Benke spojrzał na niego poważnie.
— Niech pan nie wraca do Stawiszyna — powiedział cicho. — Tam jest niebezpiecznie. A mnie się pan nie musi bać. Nikomu nie powiem, że pana spotkałem.
Nie był jednak pewny jego intencji. Od zawsze, zapytany, mówił napotkanym ludziom, że wybiera się do Warszawy. Tym razem też tak odpowiedział. Ale Benke tylko się uśmiechnął z lekką ironią:
— Pan mi nie wierzy. Niech pan robi, co chce.

  Nie miał w sobie spokoju — choć Łódź dawała namiastkę bezpieczeństwa, on przeczuwał, że to tylko krucha iluzja. Tydzień po niespodziewanym spotkaniu z Gustawem Benkem, dawnym towarzyszem ucieczki, los zetknął go z jego córką — koleżanką ze szkolnych lat. Jej ostrzeżenie brzmiało poważnie: nie wracaj do Stawiszyna. To już nie było miejsce dla takich jak on. Słowa te zapadły głęboko w serce, a jednak dusza wciąż była niespokojna — jakby wewnętrzny głos wołał, że coś się kończy.

Łapanka na Wólczańskiej


   Dziesiątego maja 1941 roku o świcie, jeszcze przed pełnym wschodem słońca, cała kamienica przy ulicy Wólczańskiej została otoczona. Niemcy pojawili się niespodziewanie, systematycznie przechodząc z mieszkania do mieszkania. Rozpoczęła się łapanka — nie na ulicy, jak to bywało wcześniej, ale w kamienicy. Spośród mieszkańców wytypowano zaledwie dwunastu — mężczyzn i kobiet. On i jego wuj, Wojciech Rutkowski, znaleźli się na tej krótkiej liście.
Zatrzymanych przewieziono do więzienia przy ulicy Kopernika. Stanisław, syn wuja, zdołał zdobyć lekarskie zaświadczenie o niezdolności ojca do pracy, dzięki czemu Rutkowski został wypuszczony. On jednak został — bezsilny wobec niemieckiej machiny.
   Po dwóch dniach trafił do obozu przejściowego przy ulicy Łąkowej. To stąd wysyłano Polaków na przymusowe roboty do Rzeszy. 
Odwiedziły go dwie ciotki — Rutkowska i Szymczakowa. Obóz przy ul. Łąkowej w Łodzi był jednym z niemieckich obozów zbornych, funkcjonujących podczas okupacji. Nie był to obóz koncentracyjny ani stały obóz pracy, lecz miejsce tymczasowego przetrzymywania Polaków schwytanych w łapankach, którzy następnie trafiali na przymusowe roboty do III Rzeszy. W obozie panowały złe warunki — ciasnota, głód, brak higieny i brutalne traktowanie ze strony niemieckiej obsługi. Transporty kierowano m.in. do Prus Wschodnich, Saksonii czy Bawarii, a wywiezieni trafiali do ciężkiej pracy w przemyśle, rolnictwie i budownictwie wojennym. 
  Ucieczka była jedną z opcji, ale przeważyła decyzja o wyjeździe. W Polsce zrobiło się zbyt niebezpiecznie. Wciąż spotykał dawnych znajomych — Niemców — i nigdy nie wiedział, kto go rozpozna. 
Miał wciąż dwa fałszywe dokumenty, ukryte w butach. Wierzył, że mogą się jeszcze przydać.

Pruski koszmar


   17 maja 1941 roku, nad ranem, zostali załadowani do pociągu. Kierunek: Prusy Wschodnie, daleko za Königsbergiem. Tam, wśród lasów i piasków, znajdował się obóz pracy strzeżony przez gestapo. Otoczony trzymetrowym ogrodzeniem z drutu kolczastego, przypominał więzienie — ale bez wyroków i bez sądu. Po prostu: przymus.
Mieszkali w surowych, drewnianych barakach. Piętrowe prycze, cuchnące sienniki, chłód nocy i głód dnia. Praca polegała na budowie drogi do przyszłego portu. Na każdych dwudziestu pięciu Polaków przypadał jeden niemiecki majster, a nad nimi — czarne mundury gestapo. Codzienna tyrania łopaty, grabienia piasku, dźwigania kamieni. A po pracy — zupa bez smaku i kawałek czarnego chleba.
   Czasem można było kupić wędzonego dorsza. Niemcy dostarczali go do obozu w skrzyniach. Tylko wtedy czuło się przez chwilę, że jeszcze żyją.
Wśród więźniów poznał dwóch towarzyszy niedoli — Franciszka Kossaka z Łodzi i Franciszka Adamczewskiego z Ozorkowa. Razem dzielili ciężar niewoli, razem szukali w sobie resztek siły.
   Pewnego dnia został pobity przez niemieckiego wartownika. Prawdopodobnie za swój zbyt dobry garnitur — jedyny znak normalności, dostarczony przez brata. Poniżenie było ogromne. Trząsł się ze złości. W środku zrodziło się coś więcej niż gniew — zrodziła się decyzja. Wiedział już, że długo tu nie wytrzyma.
Wielokrotnie zgłaszał chęć pracy w swoim zawodzie, ale majster jedynie kiwał głową i mówił, by czekać. Czekać? Nie było na co.

Pod osłoną ciemności


   21 czerwca 1941 roku świat znów się zmienił. Wybuchła wojna niemiecko-radziecka*. W nocy słychać było potężne wybuchy — artyleria grzmiała w stronę Kłajpedy. Dwa dni i noce — huk, błyski, groza. W ich sercach rodziła się nadzieja. Może teraz Niemcy będą mieć własne kłopoty? Może odwrócą uwagę od nas?
Decyzja o ucieczce zapadła: 28 czerwca, w nocy. Zaczęli gromadzić zapasy. Chleb stał się walutą. On oddał za pół bochenka swój najlepszy pulower, kolega poświęcił marynarkę, trzeci — koszulę. Wieczorem, 28 czerwca, każdy z nich spakował po cichu walizkę i położył się w ubraniu.
   O pierwszej w nocy rozpoczęli akcję. Okno baraku wychodziło na pole. Przecięli druty kolczaste przy pomocy nożyc i kombinerek. Z walizkami w rękach, z bijącym sercem, ruszyli w ciemność. Łąki były ciche. Noc — ciemna, ciepła. Mieli czas — pociąg odjeżdżał dopiero o 4:30.
Ale wtedy niebo rozdarła burza. Spadł ulewny deszcz, tak gwałtowny, że w ciągu minut byli przemoczeni do suchej nitki. Mimo to nie cofnęli się. O czwartej ruszyli w stronę stacji.
Kupili bilety do Königsbergu*.
Nikt ich nie zatrzymał.
   O 5:30 siedzieli już w pociągu. Za oknami snuły się dymne chmury nad miastem. Byli wolni. Przynajmniej na chwilę. 

Czarna chorągiew Soldau


   Podróż wiodła dalej – do Allenstein, czyli Olsztyna. Był 29 czerwca 1941 roku, uroczystość świętych Piotra i Pawła. Na dworcu panował spokój. Święto sprawiło, że w pociągu było zaskakująco luźno – można było wygodnie usiąść, zregenerować siły. Około wieczora bez przeszkód dotarli do miasta. Pociąg do Torunia miał odjechać dopiero następnego dnia o piątej rano.
Nie mieli środków, by zapłacić za nocleg. Spojrzeli na mapę i zdecydowali się ruszyć w stronę lasu, gdzie można by choć na chwilę odpocząć. Gdy tylko znaleźli się między drzewami, rozszalał się deszcz. Las był mokry, ziemia nasiąknięta wodą, a noc zapadła szybko. Nazbierali gałęzi, żeby urządzić prowizoryczne siedziska, lecz ulewa nie ustępowała. W pewnym momencie rozpętała się burza. Płaszcze przemokły do suchej nitki. Zziębnięci i zrozpaczeni, nie potrafili powstrzymać łez.
   Rano, około czwartej, wyruszyli w stronę dworca. Przemoczeni, głodni i nieprzytomni ze zmęczenia zdołali kupić bilety. Wydawało się, że najgorsze już za nimi – wtedy podszedł do nich cywilny funkcjonariusz policji kryminalnej. Bez słowa pokazał legitymację i rozpoczął kontrolę dokumentów. Po chwili pojawił się samochód. Zostali wciągnięci do środka i przewiezieni prosto do zamku w Olsztynie – siedziby gestapo.
   Tam, 1 lipca 1941 roku, postawiono im zarzut szpiegostwa. Przyznali się do ucieczki z obozu pracy w Piławie i do tego, że chcieli znaleźć zatrudnienie w swoich zawodach. To nie wystarczyło. Każdy z nich otrzymał po 25 batów. Musieli liczyć uderzenia na głos. Jan dostał 28.
Po dwóch bezsennych nocach, przemoczeni, zziębnięci i głodni, zostali poddani brutalnemu śledztwu. Pragnienie paliło im piersi, języki przyklejały się do podniebienia. O ósmej rano pojawił się komendant gestapo z tłumaczem oraz esesman-oprawca. Przesłuchania rozpoczęto od Jana.
Kazano mu wykonać sto przysiadów z rękami uniesionymi do góry. Z tyłu czuwał esesman z gumową pałką, którą raz po raz uderzał w głowę lub plecy. – Schneller! Schneller! – ponaglał. Pot spływał Janowi po twarzy, nie był już w stanie liczyć. Czuł, że zaraz zemdleje, ale jego ciało nie pozwalało mu upaść. Po nim przesłuchiwano Kossaka i Adamczewskiego. Janowi było już wszystko jedno.
Po godzinie odpoczynku ustawiono ich w szeregu. Kazano im bić się nawzajem po twarzach. Jan miał bić Kossaka, Kossak – Adamczewskiego, a Adamczewski – Jana. Najgorzej wyszedł na tym Jan, bo Adamczewski był silny, a Kossaka żal było uderzać zbyt mocno. Był młody i szczupły. Gdy Jan uderzał zbyt lekko, gestapowiec smagał go pałką po plecach.
Kolejna godzina odpoczynku nie przyniosła ulgi. Jan konał z pragnienia. Potem ponownie wezwano go na przesłuchanie. Zmęczony, półprzytomny, powtarzał wciąż to samo. W pewnym momencie gestapowiec wyjął z szuflady pistolet, przyłożył do stołu i powiedział spokojnie:
– Zaraz cię zastrzelę.
Jan spojrzał mu w oczy i odpowiedział:
– Możesz mnie zastrzelić.
Gestapowiec przez chwilę przyglądał się Janowi uważnie. Potem, ku zaskoczeniu wszystkich, powiedział po polsku:
– Za to, że jesteś twardym Polakiem, nie zastrzelę cię.
Po chwili dodał:
– Chyba już wystarczy tej gimnastyki.
   Jan został odesłany do drugiego pokoju. Po pół godzinie przyszedł ogrodnik. Dał każdemu po dwa kawałki chleba i kubek kawy. Kiedy odpoczęli, zaprowadzono ich do ogrodu, gdzie musieli skosić trawę. Wieczorem, po pracy, wrócili do celi.
Dwa dni później wezwano ich ponownie na przesłuchanie. Pytano o to samo, zmuszano do tych samych zeznań, ale już nie bito. 
   W Olsztynie przetrzymywano ich do 10 lipca. Tego dnia formował się transport do obozu karnego w Działdowie – Straflager Soldau. Przewożono tam więźniów z gestapo w Królewcu. Jan i jego towarzysze zostali dołączeni do kolumny.
  Obóz w Działdowie – Soldau – był jednym z najstraszniejszych punktów na mapie niemieckiej okupacji. Istniał w różnych formach w latach 1939–1945. Przez jego bramy przeszło około 30 tysięcy ludzi, z czego 12–15 tysięcy poniosło śmierć. Dla wielu więźniów był to jedynie przystanek w drodze do jeszcze większych piekieł – Stutthofu, Treblinki, Majdanka, Auschwitz-Birkenau, Ravensbrück, Dachau, Mauthausen, Pomiechówka, VII Fortu w Poznaniu czy więzienia w Toruniu.
   Obóz zorganizowano na terenie dawnych koszar wojskowych. Pod czarną chorągwią SS utworzono tam filię Stutthofu*. Całość otaczał wysoki na cztery metry płot z drutu kolczastego pod napięciem, wieże strażnicze i karabiny maszynowe czyniły z tego miejsca twierdzę bez możliwości ucieczki. Jedyna brama – wjazdowa i wyjazdowa – była pilnowana przez uzbrojone gestapo.
Koszary były dwupiętrowe. Przy bramie mieściła się strażnica, magazyny, sale przesłuchań, punkt kwarantanny i kontrola. Za nimi rozciągał się plac apelowy, a dalej – drugi dziedziniec.
   Na stacji kolejowej w Działdowie czekał już kordon gestapowców z psami. W transportowanej grupie było siedemnaście Polaków, siedem Polek i pięciu Niemców. Po wyjściu z więźniarek zostali natychmiast otoczeni i poprowadzeni środkiem ulicy do obozu.
Na miejscu powitał ich komendant Walter – wysoki, tęgi SS-man. Gdy przemówił, każdemu przebiegł po plecach zimny dreszcz.

Jan Przybyła po opuszczeniu KL Soldau w Działdowie. Nr obozowy 876. 10.09.1941. Przewieziony do Królewca.
Jan Przybyła po opuszczeniu KL Soldau
w Działdowie ważył 45 kg. Nr obozowy 876. 10.09.1941.
Przewieziony do Królewca.




*Królewiec (Königsberg, dziś Kaliningrad) _ Port morski w Kaliningradzie ma długą historię sięgającą jeszcze średniowiecza, ale jego nowoczesna rozbudowa — szczególnie jako portu morskiego z pełnym zapleczem przemysłowym — miała miejsce głównie w okresie międzywojennym i w czasie II wojny światowej.

*Niemcy napadły na Związek Radziecki 22 czerwca 1941 roku, rozpoczynając największą operację wojskową w historii — operację „Barbarossa”. Hitler od początku głosił, że Niemcy potrzebują „przestrzeni życiowej na Wschodzie”, czyli podboju i kolonizacji terenów Związku Radzieckiego, szczególnie Ukrainy i Rosji Południowej. Zgodnie z jego ideologią Słowianie mieli być podporządkowani Niemcom lub całkowicie wypędzeni. Choć w 1939 roku Niemcy i ZSRR zawarły tajny pakt o nieagresji i podziale Polski, Hitler traktował go jako tymczasowy.

*Stutthof — niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny utworzony na anektowanych terenach Wolnego Miasta Gdańska (niem. Freie Stadt Danzig), w miejscowości Sztutowo, 36 km od Gdańska. Funkcjonował od 2 września 1939 do 9 maja 1945. Działał on łącznie 2077 dni. Stutthof był pierwszym i najdłużej istniejącym niemieckim obozem tego typu na terenach wchodzących aktualnie w skład Polski. W tym czasie przez obóz przeszło około 110 tysięcy więźniów pochodzących z 28 państw.

poniedziałek, 23 czerwca 2025

Młodość Jana Przybyły. Cz. II. Okupacja niemiecka.

 Autor: Dominika Pawlikowska


Opracowanie na podstawie wspomnień Jana Przybyły (08.11.1919 Zborów - 15.02.2001 Kiączyn Nowy, pochowany w Stawiszynie)



Losy Jana :

  1. Młodość Jana Przybyły. Cz. I. Wojna.
  2. Młodość Jana Przybyły. Cz. II. Okupacja niemiecka
  3. Jan Przybyła. W niewoli. 1941. Cz. III.
  4. Obóz pod czarną chorągwią. Soldau. Cz. IV.
  5. Pierwsze dni w Königsbergu. Okupacja niemiecka. Cz. V.1943. 1944. Bombardowanie Königsberga. Cz. VI.
  6. 1945
  7. Powrót do domu. Cz. VIII
  8. Wspomnienia Jana Przybyły. Powrót do życia. Maj 1945. Cz. IX.
  9. Wspomnienia Jana Przybyły: Moje przeżycia w Urzędzie Bezpieczeństwa w Kaliszu. 1949. Cz. X.
  10. Rehabilitacja. Cz. XI.

Kierunek – Warszawa.


Z małą kartką i dokładnym adresem w kieszeni ruszył dalej. Znowu złapał niemiecką ciężarówkę. 24 listopada 1939 był już w Warszawie. Zaczął szukać wskazanego adresu. 

   Z poleconym listem od pani dziedziczki majątku Pass, stanął na ulicy Pułaskiego. Zadzwonił do drzwi. Otworzyła mu starsza kobieta. Ukłonił się grzecznie i poinformował, że chciałby widzieć się z panem dyrektorem, gdyż ma dla niego list. Po dłuższej chwili w progu stanął sam dyrektor – dość wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, o ponurym, surowym spojrzeniu. Bez słowa odebrał list i zniknął z nim w swoim gabinecie. Minęło może pół godziny, nim go ponownie zawołał. Wtedy zaczęli rozmowę. Przedstawił się, opowiedział o swojej sytuacji, wyznał, że chciałby zostać w Warszawie.
   Dyrektor zamyślił się na chwilę, po czym odparł krótko, że w stolicy sytuacja jest trudna i on nie zamierza brać za nikogo odpowiedzialności. W tym właśnie momencie do pokoju wszedł jego syn – podporucznik Janek. Poprosił, by wyszedł na chwilę, i rozpoczął z ojcem rozmowę na jego temat. Młodszy z mężczyzn nalegał, by dać mu szansę – podkreślał, że jest ochotnikiem, obrońcą Warszawy, a takim ludziom należy pomagać. Lecz stary dyrektor był nieugięty. Powiedział twardo, że takich przybłędów sobie nie życzy.
Po chwili Janek wyszedł i przekazał wiadomość:
– Stary się uparł. Ale niech się pan jeszcze trochę pokręci po Warszawie i zajrzy do nas ponownie.
Wychodząc, spotkał woźnicę dyrektora – Jasińskiego. Zapytał go, gdzie mógłby przenocować. Woźnica wskazał stajnię. Przyznał się też, że tego dnia obchodzi imieniny – był 24 listopada 1939 roku. Jasiński uścisnął mu rękę i szczerze, jak dobremu koledze, złożył życzenia. I tak, z przypadkowym towarzyszem – Antkiem – obchodził swoje imieniny w stajni przy winie, które młoda i sympatyczna kucharka wyniosła ze spiżarni. 
   Rano, po śniadaniu, wyruszył na ulicę Żurawią do pani Marii Kołodziejczyk. Przyjęła go serdecznie, wypytując o rodzinę w Stawiszynie. Uspokoił ją – wszyscy byli zdrowi i cali. Przedstawił też swoją sytuację: musiał uciekać z domu, bo był ścigany przez Niemców. Wyjawił, że zamierza przedostać się przez Rumunię na Węgry. Pani Maria jednak odradzała ten plan – jej zdaniem było to niemożliwe.
W tym czasie u doktora Urbanowicza przebywał młody dentysta z Poznania, również planujący ucieczkę przez Rumunię. Przez niemal tydzień zastanawiali się, co robić. Wałęsali się po Warszawie, szukając wskazówek i informacji. Doktor Urbanowicz również głowił się nad ich losem.
  W niedzielę usiedli razem przy stole: doktor Urbanowicz, dentysta z Poznania, pani Maria i on. Radzili, co dalej. Niemcy silnie obsadzili granice. Doktor Urbanowicz zasugerował, by przeczekać – Francja i Anglia wypowiedziały wojnę Niemcom. Ustalili, że on ruszy w rodzinne strony, a dentysta zostanie w Warszawie. Na pożegnanie doktor Urbanowicz, w geście przyjaźni, wpisał mu do notesu: „Wytrzymałość uszlachetnia i umacnia ludzi na duchu”.

Powrót w rodzinne strony.


   15 grudnia był gotów do drogi. Pożegnał się z doktorami i panią Marią, podziękował za dobre serce i trzy tygodnie gościny, i wyruszył w stronę Łowicza.
Na jednej z warszawskich ulic zatrzymała go muzyka. Orkiestra – złożona głównie ze studentów – szła, grając i śpiewając polskie pieśni. Zatrzymał się, poruszony. Gdy zabrzmiała „Warszawianka” – „Oto dziś dzień krwi i chwały” – serce ścisnęło mu się ze wzruszenia, a łzy napłynęły do oczu. Długo nie mógł ruszyć z miejsca.
   Jeszcze przed wieczorem był już daleko poza Warszawą. Przenocował w Chodakowie, gdzie życzliwi ludzie nakarmili go i dali schronienie – pokazał im żołnierską przepustkę z obozu. Wieczorem był już za Łowiczem, w wiosce Kwiatkowice – miejscu wrześniowej potyczki z Niemcami. Następnego dnia dotarł do Malanowa i tam również zanocował.
   Do domu miał już tylko około trzydziestu kilometrów. Musiał być jednak czujny – w okolicy kręcili się znajomi Niemcy. Wyruszył z Malanowa po 20 grudnia i dotarł do Zborowa. Tu mieszkała jego rodzina – tu się urodził, tu znał wielu. Zborów, spokojna wieś oddalona od głównych dróg, leży piętnaście kilometrów od Stawiszyna.
Zatrzymał się u wuja – Tomasza Płucienniczaka, mieszkającego przy majątku. Odwiedzał także Józefa Sadłowskiego, Wiktora Ignasiaka i Antoniego Janiaka – wszędzie zmieniał miejsce pobytu, nie zatrzymując się zbyt długo.

To u nich ukrywał się Jan Przybyła podczas okupacji: od prawej Stanisław Przybyła-stryj, zam. Złotniki Małe Kolonia; Jan Andrzejewski, kolega, zam. Pólko; Wincenty Płucienniczak, krewny ze strony ojca, zam. Złotniki Małe Kolonia
To u nich ukrywał się Jan Przybyła podczas okupacji:
od prawej Stanisław Przybyła-stryj, zam. Złotniki Małe Kolonia;
Jan Andrzejewski, kolega, zam. Pólko;
Wincenty Płucienniczak, krewny ze strony ojca, zam. Złotniki Małe Kolonia.


   Trzy kilometry dalej, we wsi Goliszew, mieszkała dalsza rodzina. Nocował u wujka Antoniego Kubasika, Romana Rzempowskiego, Andrzeja Przybyły, a nawet u Józefa Niemca. Czasem znajdował schronienie u Michała Płócienniczaka w Złotnikach Małych Kolonii i u Jana Andrzejewskiego na Pólku. W Werginkach ufał Józefowi Bąkowi i Wawrzyńcowi Janiakowi – przechowywali go z narażeniem własnego bezpieczeństwa, za co był im dozgonnie wdzięczny. 
„To nie życie, to wegetacja,” pomyślał. „Człowiek, który ma ręce do pracy, sumienie czyste, serce do walki — nagle staje się szczurem. Kryje się pod deskami, w szopach, u ludzi, którzy też boją się, że pewnego dnia za jego obecność znikną w ciężarówce bez okien. I tylko dlatego, że miał odwagę wziąć karabin, stanąć na warcie, bronić Ojczyzny... że nie chciał żyć na kolanach”.
   W Kaliszu miał lokum na ulicy Skarszewskiej u folksdojcza Józefa Szulca. Mieszkanie – od frontu zaplombowane – miało niewidoczne wejście od podwórza. W Stawiszynie pomagał mu Bertold Buksz, fryzjer i szwagier jego kolegi Ludwika Wilkowskiego. To właśnie Ludwik i jego brat Józef odwiedzili go na Pólku, u Jana Andrzejewskiego, gdzie się ukrywał. Uzgodnili, że z pomocą Buksza – zatrudnionego w magistracie – postarają się o Ausweiss (dowód). Kiedy go otrzymał, mógł czuć się nieco bezpieczniej w razie kontroli.
Miejsce pobytu zmieniał głównie nocą. U wuja Michała Płucienniczaka w Zborowie, miał specjalnie przygotowaną skrytkę – wejście prowadziło spod szopy, wyjście ukryte było za stodołą. Miał tam własny pokój, doskonale zamaskowany.

Stawiszyńska Elegia.


   Stawiszyn, małe miasteczko w sercu Wielkopolski, tętnił życiem. Przez wieki splatały się tu losy Polaków i Żydów, tworząc mozaikę kultur, tradycji i codziennych historii. Przed nadejściem wojny Stawiszyn był domem dla sporej społeczności żydowskiej - ok. 600 osób, która żyła obok polskiej ludności, dzieląc radości i smutki, tworząc wzajemne więzi.

   Gdy we wrześniu 1939 roku niemieckie wojska wkroczyły do Polski, życie w Stawiszynie, podobnie jak w całym kraju, legło w gruzach. Dla żydowskich mieszkańców nastał czas niewyobrażalnego terroru. Represje, prześladowania, konfiskaty mienia i przymusowa praca stały się ponurą rzeczywistością. Rasistowskie prawa, niczym niewidzialne mury, zaczęły oddzielać Żydów od reszty społeczeństwa, wpychając ich w otchłań izolacji.
   Wiosną 1940 roku Stawiszyn budził się bez swoich żydowskich mieszkańców. Niemcy wywieźli ich w nieznanym kierunku. Tylko nieliczni wiedzieli — lub przeczuwali — dokąd prowadził ten bezpowrotny transport. Zlikwidowano dwa przytułki dla starców. Puste domy, warsztaty i sklepy przejęli niemieccy osadnicy. Cisza pośród murów, które niegdyś rozbrzmiewały dziecięcym śmiechem, stała się bolesnym krzykiem straty.

Historia żydowskiej rodziny Foglów.


  Wśród tych, których dotknęła ta niewyobrażalna tragedia, była rodzina Hermana Fogla. Herman, urodzony w Stawiszynie w 1905 roku, syn Chaima i Heleny, był zamożnym kupcem prowadzącym sklep żelazny w domu przy Placu Wolności 19. Jego żona, Pola, przyszła na świat w 1909 roku w Kole. Mieli dwóch synków: ośmioletniego Mojżesza i pięcioletniego Alfreda. Ich życie, niegdyś pełne nadziei i planów, zostało brutalnie przerwane.
   Wiktoria Bielak, kucharka i sprzątaczka, która pracowała zarówno u brata Józefa w piekarni, jak i u Żyda Hermana Fogla, była świadkiem ich życia i dramatuOpowiedziała, że rodzina Foglów, przeczuwając nadchodzące niebezpieczeństwo, ukryła część swojego dobytku. Dwie skrzynie  zakopali na podwórzu, mając nadzieję, że kiedyś uda im się po nie wrócić. 
   Niestety, ich nadzieje okazały się płonne. Herman Fogel i jego ośmioletni synek Mojżesz oraz  pięcioletni Alfred zostali zamordowani w łódzkim getcie w 1942 roku. W 1944 roku, żona Pola została zamordowana w Auschwitz.
Po wywiezieniu rodziny Foglów, w ich domu w Stawiszynie osadzono niemieckiego osadnika ze wsi Zamęty, Oswalda Lorentza. Czy zakopane przez Żydów skrzynie leżą tam do dziś, nieme świadectwo przerwanych marzeń i niezmierzonej straty? To pytanie pozostaje bez odpowiedzi, pogrążone w mrokach historii.
   Tragiczny los Żydów ze Stawiszyna jest bolesnym przypomnieniem o bestialstwie wojny i Holokaustu. Ich historie, jak ta rodziny Foglów, są żywymi świadectwami, które nie mogą zostać zapomniane.

Wysiedlenia.


   Właściciele większych gospodarstw żyli w niepokoju – Niemcy wysiedlali Polaków, by przekazać ich ziemię volksdeutschom lub Niemcom ze wschodu. Założenie było proste i brutalne: usunąć ich z dnia na dzień, by natychmiast przejąć dorobek ich życia — domy, warsztaty, ziemię.
Tym, których obejmował nakaz opuszczenia domu, wolno było zabrać jedynie podręczny bagaż: nieco odzieży, kołdry, koce, parę naczyń, trochę żywności, dokumenty. Limit wagi wynosił zaledwie 12 kilogramów — z czasem łaskawie podniesiony do trzydziestu.
   Życie toczyło się z dnia na dzień.
W końcu czerwca 1940 roku Michał Płucienniczak został wysiedlony wraz z rodziną do Generalnego Gubernatorstwa. Na drugim końcu wsi mieszkał stryj Jana – Stanisław Przybyła. Na dzień przed wysiedleniem, razem z Piotrem Owczarkiem, ubili świnię. Przy świniobiciu odbyła się libacja, która skończyła się dopiero około pierwszej w nocy. 18 czerwca 1940 nad ranem, o piątej, jeszcze pogrążeni we śnie, zostali gwałtownie zbudzeni. Do izby wpadła ciotka Hanka, szarpiąc wszystkich i krzycząc przerażonym głosem: – Niemcy wysiedlają!

Ucieczka.


   Zerwał się na równe nogi. W jednej chwili ogarnęła go panika — odgłosy niemieckich głosów i ciężkich butów nie pozostawiały wątpliwości. W pośpiechu zaczął się ubierać. To samo robił jego stryj. Bez słowa, w milczeniu zrodzonym z lęku i doświadczenia. Chwycił za klamkę, otworzył okno prowadzące do ogrodu i — nie myśląc długo — wyskoczył. Niemcy byli już na podwórzu.
Zaczął biec. Słyszał za sobą stryjka — też rzucił się do ucieczki. Chwilę później padły strzały. Niemcy otworzyli ogień, ale strzelali na oślep.
Przebiegł przez małą rzeczkę zwaną Bawół i popędził w stronę majątku w Złotnikach Wielkich. Stryj obrał przeciwny kierunek — ku Ostrówkowi. Dopiero gdy był już daleko, zatrzymał się i obejrzał przez ramię. Cisza. Żaden z Niemców nie podjął pościgu. Zmęczony, osunął się w zboże. Położył się wśród łanów żyta, próbując uspokoić oddech i serce bijące jak młot. Odpoczął tam, jak mu się wydawało, około dwóch godzin, po czym ruszył w dalszą drogę.
   Przed południem dotarł do Goliszewa. Znał tu dobrze Helenę Smolińską, więc skierował się prosto do jej domu. Gdy go zobaczyła, zaskoczona zawołała: — Jasiu, dokąd idziesz? Przecież dziś Niemcy wysiedlają Goliszew!

Helena Smolińska z Goliszewa
i Jan Przybyła z Długiej Wsi Pierwszej,
 wysiedleni z Goliszewa


 Mimo niebezpieczeństwa, poczęstowała go gorącą herbatą. Potrzebował chwili wytchnienia. Przypomniał sobie, że u wuja Kubasika zostawił trochę swojej bielizny, lecz jak się okazało — jego wuj został już wysiedlony. Z pomocą przyszedł sąsiad wuja — Czesław Mazurek, którego gospodarstwa Niemcy jeszcze nie ruszyli. To od niego dowiedział się, co się wydarzyło. Gdy przyszli Niemcy, wuj Kubasik i jego syn przebywali akurat w Kaliszu, więc nie mogli nawet zabrać ze sobą żadnych rzeczy. Gdy dotarł do opuszczonego gospodarstwa, zastał tam tylko siostrę wuja — panią Galantową, oraz niemieckiego żołnierza, który pilnował obejścia.
Pani Galantowa znała język niemiecki, więc uknuli plan. Miała powiedzieć żołnierzowi, że Janek jest służącym, który przyszedł odebrać swoje rzeczy. Żołnierz nie protestował. Ciotka spakowała kilka garniturów i część bielizny. Janek zaniósł wszystko do gospodarstwa Czesława Mazurka.
   Gospodarstwa Mazurka, Antoniego Kubasika i Władysława Małeckiego leżały na polach po lewej stronie szosy, prowadzącej w stronę Jankowa. U Mazurka panował spokój, więc postanowił zostać u niego na razie.
    Tego dnia Niemcy wysiedlili większość bogatszych gospodarzy — w różne strony i bez litości. Wielu młodszych chłopców z Goliszewa uciekło, zanim przyszło do nich niemieckie wojsko. Wieczorem niemal wszyscy spotkali się u Mazurka, na polu. Byli tam Galantowie, Pokojowi, Przyjazny, Kubasik. Dołączył do nich także jeszcze nie wysiedlony Rzempowski. Każdy przyniósł coś do jedzenia i picia. I tak rozmawiali i naradzali się co dalej począć.
   Brat Józef także został wysiedlony ze Stawiszyna. Niemcy zabrali mu piekarnię, a on sam zamieszkał w Kaliszu, przy moście na ulicy Stawiszyńskiej, u pani Grzelakowej. Rodzice również zostali wyrzuceni ze swojego domu — przed samymi świętami Bożego Narodzenia, w grudniu 1940 roku. Paradoksalnie wysiedliła ich sąsiadka — Stefka Henke — którą jego matka niegdyś często dożywiała. Stefka była sierotą, wychowywaną przez babkę. Miała dwóch braci — Edwarda, który zmarł przed wojną na gruźlicę, i Adolfa. Stefka wyszła za mąż za Juliana Dekerta i z czasem stała się zagorzałą folksdojczką.

W cieniu podejrzeń.


   Dla niego był to cios — dwie wysiedlone wsie, Złotniki Małe Kolonia i Goliszew, przestały być bezpiecznym schronieniem. Uciekł więc do Zborowa, a potem do Kalisza. Ale i tam czuł, że każdy krok może być ostatnim. Zapuścił wąsy, założył okulary. Czasem przypinał do klapy marynarki znaczek NSDAP, by odwrócić uwagę — lecz wiedział, że to gra o wysoką stawkę. Każdy szczegół mógł go zdradzić. 
   W Kaliszu spotkał Bronisława Lisieckiego z Brudzewa, który także ukrywał się przed wywózką na roboty do Niemiec. To on zaproponował mu handel tekstyliami i nićmi — interes ryzykowny, ale przynoszący dochód. Wśród kierowników sklepów byli folksdojcze, z którymi można było się dogadać, choć każdy taki kontakt niósł ze sobą niebezpieczeństwo.
   Jesienią 1940 roku odwiedził rodziców w Długiej Wsi Pierwszej. Ojciec zabił świnię — chciał ugościć syna w rodzinnym domu. Pod wieczór zaczęło padać, a ciemność wciskała się w kąty podwórza. Nagle rozszczekały się psy. Ojciec wyszedł do bramy, a on sam ukrył się w stajni. Gdy przechodził obok, przywiązując psa do budy, ojciec szepnął: — Uciekaj.
Żandarmi wjechali na podwórze. Jeden z nich uderzył ojca w twarz i krzyknął, pytając o zabitą świnię. Ojciec nie zaprzeczał. Zaprowadził ich do schowka przy oborze — mięso było już zakopane w beczce. Dopiero wtedy syn odetchnął. Chodziło o mięso, nie o niego. Żandarmi krzyczeli, ale go nie bili. Nakazali przywieźć mięso do Stawiszyna następnego dnia. Z opresji wybawił go Niemiec Wilhelm Schmidt, dawny sąsiad i przyjaciel. Dzięki niemu ojciec otrzymał tylko grzywnę — kilka marek.
   W czasie wojny stosunki z dawnymi kolegami — Niemcami — były skomplikowane. W lutym 1941 roku, w Kaliszu, spotkał Adolfa Henke. Ten podszedł, przywitał się i zapytał, gdzie teraz mieszka. Jan odpowiedział: — Józef i brat mnie odprowadzają na dworzec. Jadę do Warszawy. Ty jesteś Niemcem, ja Polakiem — możesz mnie wydać. Adolf zaniemówił, w oczach zakręciły mu się łzy. — My, starzy sąsiedzi i koledzy... Jak możesz tak mówić? Gdybym mógł, zawsze bym ci pomógł. Ale zaszkodzić — nigdy.
Zaprosił go wraz z bratem do swojego mieszkania na Ciasnej, gdzie mieszkał z braćmi Szulcami. Gdy Jan przekroczył próg kuchni, zamarł — przy stole stała Sabina Pilarska, koleżanka ze Stawiszyna. Rzuciła mu się na szyję i wyszeptała: — Janek, uważaj. Oni mogą cię wydać. Spytał ją, co tu robi. Wyjaśniła, że nie chciała jechać na roboty do Niemiec i pracuje u nich jako kucharka. Wrócili do pokoju. Stół był już zastawiony. Adolf, śmiejąc się, powiedział: — Janek, wybacz, chciałem ci zrobić niespodziankę. Dlatego nie mówiłem, że Sabina tu jest.
   Zachowywali się przy stole tak, jakby wojna nie istniała — jakby byli tylko kolegami z dawnych lat, a nie Polakami i Niemcami. Przy pożegnaniu życzyli mu zdrowia, szczęścia, otuchy. Adolf odprowadził go aż na ulicę Stawiszyńską.
Nazajutrz Jan wyjechał do Zborowa, do Józefa Sadłowskiego — zaufanego przyjaciela jego ojca, człowieka spokojnego i dobrego Polaka. Sadłowski dał mu schronienie na strychu obory. Gdy Jan opowiedział mu o spotkaniach z folksdojczami, tylko pokręcił głową.
— Igrasz jak mysz z kotem — powiedział. — Lepiej idź na Poroże, do mojego zięcia. Tam w lesie, w chaszczach, będziesz bezpieczniejszy.

   Zanim wyruszył, chciał pożegnać się z Lisieckim. Udali się razem do znajomego kierownika sklepu przy kaliskim ratuszu. Nagle do sklepu wszedł Rudolf Roge — niebezpieczny i zatwardziały Niemiec, który jeszcze przed wojną działał w piątej kolumnie. Janowi ugięły się nogi, ale Roge go nie rozpoznał.
Pożegnał się z Lisieckim i opuścił miasto.

Modlitwa.


   08.03.941 roku, w pogodny poranek, córka Sadłowskiego — Natalia — zaprowadziła go na Poroże. Szli pieszo przez Ceków. Niósł teczkę pełną nici, szpulek i materiału. Zbliżali się do budynku żandarmerii. Niemcom spodobał się imponujący budynek pod numerem 8. Jego właściciel Roman Jędrzejak został wyrzucony ze swojego domu.

Ceków-Kolonia, budynek pod nr 8. Przed II wojną własność Romana Jędrzejaka (21.11.1897–14.04.1983), użytkowany przez Niemców jako posterunek żandarmerii.
Ceków-Kolonia, budynek pod nr 8. Przed II wojną własność
Romana Jędrzejaka (21.11.1897–14.04.1983),
użytkowany przez Niemców jako posterunek żandarmerii.

   Gdy byli już około 150 metrów od budynku żandarmerii, zobaczyli grupę około piętnastu żandarmów stojących na placu. Krew zamarła im w żyłach. Nie było dokąd uciec.
Natalia wpadła w panikę. On sam zaczął szeptać modlitwę: — Pod Twoją obronę uciekamy się, Święta Boża Rodzicielko...
Szedł jak w transie. Czapka uniosła mu się na głowie, rękę podniósł wysoko i zawołał: — Heil Hitler!
Żandarmi odpowiedzieli chóralnie: — Heil Hitler!
Mijał ich w odległości zaledwie dwóch, trzech metrów. Przeszli dalej. Po dwustu metrach, gdzie droga skręcała ku Porożu, obejrzał się jednym okiem. Wokół panował spokój. Przetrwał. Znów. Dzięki opatrzności boskiej. Prawdopodobnie wzięli go za Niemca, ponieważ był dobrze ubrany: na nogach buty oficerki, bryczesy, ładny kożuch i czapka hitlerówka na głowie.
   Dotarli na Poroże — do Stefana Grzesia, zięcia Sadłowskiego. Tam, pośród lasów i zagajników, miał przeczekać kolejne dni wojennego losu.

Wielkanoc na Porożu.


   Na Porożu — w ubogiej, położonej w gęstwinie zagajników, wśród sosen i krzewów wsi, gdzie ziemia była ledwie piątej i szóstej klasy — Niemcy zsyłali tu wysiedlonych Polaków.
   Wśród osiedlonych znaleźli się Andrzej Przybyła, Wincenty Stasiak, pani Gałązkowa z Goliszewa oraz Janicki z Dymska. Janicki, Przybyła i Stasiak mieszkali w bliskim sąsiedztwie. Wincenty Stasiak trafił tu z wnukami — dziećmi swojego starszego syna Feliksa. Jego synowie, ścigani przez Niemców za posiadanie radia, musieli się ukrywać. Urządzenie wykryto w Goliszewie — aresztowano wtedy Rogackiego i Galanta, ale Stasiakom udało się zbiec. Od tej pory żyli w ukryciu, czujni, bezpieczni tylko wśród lasów.
Tam też poznał szewca Józefa Ciołka — człowieka, który znał wszystkich i wszystko, Polaków i Niemców, ich sprawy i sekrety.
   Około trzech kilometrów za wsią, przez pole, rozciągała się kolejna osada — Przespolew. Tam rzeźnik Barski prowadził swój sklep, a jego zięć zajmował się handlem kolonialnym. 
Wielkanoc zbliżała się wielkimi krokami, trzeba więc było pomyśleć o zaopatrzeniu. Kiełbasa i — nie mniej ważny w tamtych czasach — bimber. Ten ostatni można było nabyć u sołtysa w Zimnej Wodzie, folksdojcza, który choć Niemcem, handlował z miejscowymi.
    Zamieszkał na święta u stryja Andrzeja Przybyły. W Wielką Sobotę miał odebrać kiełbasę od Barskiego, a przy okazji wstąpić do krawca po garnitur. Do teczki zapakował trzy puste butelki na bimber. Towarzyszył mu Stefan Staszak. Ledwie przeszli dwieście metrów od domu, kiedy zatrzymali ich żandarmi — jeden z Rzeszy, drugi miejscowy z Prażuch, August Just.
— Znasz tego? — zapytał Just, wskazując na Stefana.
— Spotkałem go dopiero co na drodze — odparł spokojnie.
Just nie czekał długo. Wymierzył policzek — siarczysty, upokarzający. Kazał otworzyć teczkę.
— Idę do rzeźnika — wyjaśnił — a butelki mam na naftę.
Żandarm zbliżył nos do szkła. Wąchał podejrzliwie.
— Na pewno na bimber — syknął. Rozbił szyjki butelek, wrzucił je z powrotem do teczki. Przeszukując kieszenie, natrafił na 230 marek. Skonfiskował dwieście, razem z ausweisem. Pozwolił odejść, zostawiając trzydzieści marek i kierując ich do Przespolewa.
   U Barskiego, w sklepie, opowiedział o całym zajściu. Rzeźnik szybko zważył kiełbasę i podał mu ją przez ladę. Nagle, za oknem, pojawiła się znajoma sylwetka — Just, tym razem w cywilnym płaszczu. Wszedł do środka. Udał, że go nie poznaje.
— To kiedy można przyjść po naftę? — zapytał Barskiego głośno, udając obojętność.
— Zaraz po świętach. Zięć przywiezie, nie zabraknie — odpowiedział bez mrugnięcia okiem.
Just słuchał, ale nie powiedział nic. On natomiast zabrał kiełbasę i ruszył z powrotem. Gdy był już niedaleko Poroża, dogonił go żandarm z Rzeszy.
— Chodź z nami — powiedział łagodnie. — Oddamy ci pieniądze i dokument.
   Przez chwilę przyszła mu do głowy myśl, by wyrwać mu broń, rzucić się do walki, zabić, uciec. Ale Niemiec był uprzejmy, niemal ludzki. Westchnął cicho, jakby w duchu wzywał Matkę Boską, i poszedł za nim do Zimnej Wody.
Na miejscu czekał już Just. Sypał obelgami, ale żandarm z Rzeszy nie pozwolił mu podnieść ręki. Sołtys także stanął w jego obronie. Tłumaczył, że przyjechał na święta do stryja i zaraz po nich wraca do Stawiszyna. Pieniądze zwrócili. Ausweis miał odebrać dopiero na posterunku w Cekowie.
Wieczorem udał się do Ciołka, który, znając zarówno Polaków, jak i Niemców, obiecał pomóc. Just — mówił — ma kochankę Polkę. Jej szwagier to jego znajomy, więc spróbuje coś załatwić.
I rzeczywiście. W drugie święto u sołtysa zorganizowano zabawę dla młodzieży niemieckiej — Hitlerjugend. Just miał być obecny i mieć przy sobie jego dokument.
Na zabawę poszedł z Ciołkówną, córką szewca. On został na zewnątrz, ona weszła do środka i po chwili wróciła z Justem. Ten, na jego widok, zawrzał złością. Wymierzył cios.
— Ty, polska świnio! Zasłonił się ręką, ale Just znów zamachnął się. Tym razem nie czekał. Uderzył go z powrotem — najpierw w twarz, potem w brzuch. Niemiec się tego nie spodziewał.
Nie pozostało mu nic innego jak uciekać. Wyskoczył za dom, wbiegł w zagajnik. Usłyszał strzały. Biegł, jak umiał, przez pola, aż dotarł do stryja Andrzeja. Bez słowa, z bijącym sercem, oznajmił, że musi się natychmiast wynosić.
   Uzbrojony w pistolet i sztylet, ruszył nocą, bocznymi drogami, przez pola i zagajniki, w stronę Stawiszyna. O czwartej nad ranem był już na ulicy Konińskiej — u szwagra Wacława Włodarczyka.

Justowie z Kuźnicy.

   
   W Kuźnicy od pokoleń mieszkała rodzina Justów – Niemców, lojalnych wobec III Rzeszy, członków organizacji nazistowskich, gorliwych wykonawców polityki faszystowskiej. Ich obecność w okolicy okazała się tragiczna w skutkach dla wielu Polaków – za sprawą donosów, prowokacji i represji, do których się przyczyniali, wielu z naszych rodaków zostało aresztowanych, wywiezionych, a niektórzy – zamordowani.
   Justowie byli powiązani rodzinnie z niemieckimi i polskimi rodzinami z okolicznych wsi. Te koligacje dawały im dostęp do informacji – nie tylko o współmieszkańcach niemieckiego pochodzenia, ale przede wszystkim o Polakach.
Jednym z najbardziej znanych przedstawicieli tej rodziny był August Just, żandarm z posterunku w Cekowie. Urodził się w 1872 roku w Kuźnicy, w rodzinie Daniela Justa, rolnika wyznania ewangelickiego, syna Augusta i Julianny z domu Rabe. Matką Augusta była Wanda z domu Kończak, pochodząca ze wsi Dębe.
August miał liczne rodzeństwo: siostrę Huldę (ur. 1902), Melidę (ur. 1904), która zamieszkała w Plewni Nowej, Martę (ur. 1909), oraz brata Emila (ur. 1914), który również odegrał ponurą rolę w czasie wojny.
   Emil Just, z zawodu tkacz, w 1937 roku przeprowadził się do Kalisza, gdzie przy ulicy Częstochowskiej 30 zamieszkał wraz z żoną Martą z domu Leipe. Rok później rozpoczął budowę nowego domu pod numerem 16 a. Był funkcjonariuszem policji, a także członkiem SA – paramilitarnej organizacji wspierającej nazistowski reżim. Zginął 13 września 1940 roku w Kaliszu. W akcie zgonu zapisano: „zastrzelony przez Polaka”. 
   Jego śmierć stała się pretekstem do brutalnej fali represji – w odwecie policja niemiecka w dniach 05 – 07.03.1941 przeprowadziła akcję aresztowań w Kaliszu i w okolicznych miejscowościach, również w Stawiszynie. Aresztowanych umieszczono w jako zakładników w więzieniu znajdującym się w budynku byłej szkoły powszechnej przy ulicy 3–go Maja. Zostali przewiezieni do kaliskiego więzienia, po czym weszli w skład transportu sformowanego 02.05.1941 do KL Auschwitz oraz transportu 14.05.1942 z Łodzi.
Był to klasyczny mechanizm terroru: każda okazja, każdy incydent – prawdziwy czy spreparowany – służył niemieckiemu okupantowi jako pretekst do łapanek, przesłuchań i egzekucji. Bracia Just – August i Emil – byli znani z bezwzględności. W Kaliszu, szczególnie na ulicy Częstochowskiej, ich nazwiska budziły lęk. Słynęli z brutalności i represji, które stosowali wobec miejscowej ludności. To oni stali za rozbudową siatki konfidentów i donosicieli, której działalność pogłębiała atmosferę strachu i niepewności. Demolowali i ograbiali kościoły.
Pamięć o ich zbrodniach przetrwała w opowieściach tych, którzy ocaleli. Dla mieszkańców regionu nazwisko Just długo jeszcze brzmiało złowrogo – jako symbol zdrady, przemocy i okupacyjnego terroru.
   Żandarm August Just po wojnie zmienił tożsamość i osiedlił się w Szczecinie pod nazwiskiem Antoni Piorunowski. Został rozpoznany w Kaliszu przez Franciszka Kaźmierczaka i złapany po wojnie. Wyrokiem sądu skazany na śmierć przez powieszenie w 1948.


Na fałszywych papierach.


   Miał podrobione dokumenty na nazwisko Szczepan Przybyła. Tak się składało, że jego dziadek – mieszkający na Porożu u stryja Andrzeja – również nosił to imię. Starzec, liczący sobie już osiemdziesiąt pięć lat.
Pewnego poranka u stryja zjawili się żandarmi. Weszli bez uprzedzenia, uzbrojeni w pistolety maszynowe, i od razu zapytali:
– Gdzie jest Szczepan Przybyła?
W izbie zastali jedynie zgarbionego starca leżącego na posłaniu. Na ich twarzach pojawił się wyraz zawodu.
– To nie ten – rzucił jeden z nich.
– Gdzie młody? – dopytywali.
– Innego Szczepana tu nie ma – odpowiedział spokojnie stryj Andrzej.
   Tymczasem Jan był już w drodze. W Starym Kiączynie, tuż przed Stawiszynem, mieszkał jego znajomy z czasów przedwojennych – dawny dróżnik, Józef Michalski. Jan zapukał do okna, przedstawił się, a Michalski natychmiast otworzył drzwi.
– U szwagra i siostry wszystko w porządku – uspokoił go.
Nazajutrz szwagier przekazał wieści o Janie jego bratu, Józefowi, który wówczas był skierowany na roboty do Milicza. Wieczorem jednak, mimo ryzyka, Józef przyszedł, by się z bratem zobaczyć.
– Potrzebny mi nowy ausweis – powiedział Jan, nie czekając długo.
   Przypomniał sobie o dawnym koledze, Czesławie Wypychu, który pracował jako woźny w gminie Zbiersk. Następnego dnia Wypych dostarczył mu aż trzy ausweisy z pieczęciami oraz dwa bez wpisanych nazwisk. Kolejny z nich zawierał już dane: Jan Przybyła. Idealne – pomyślał. Papier wyglądał wiarygodnie.
   W Stawiszynie grunt palił mu się pod nogami. Nie było już tam bezpiecznie. Podjął decyzję: rusza do Łodzi, gdzie miał krewnych. Zanim jednak wyruszył, zatrzymał się jeszcze za Morawinem, w dwóch pobliskich wsiach – Młyńskiej i Krzyżówkach – gdzie mieszkała jego rodzina: Kołodziejczakowie, Janczakowie i Rutkowscy.
Udał się najpierw na Młyniska, do kuzynki Kołodziejczakowej, by zdobyć adresy do Łodzi. Siedział właśnie w jej domu, gdy – jakby wywołani złym przeczuciem – pojawili się żandarmi z Kamienia. Znani byli w okolicy z bezwzględności. Jan nie spanikował. Zachował zimną krew.
Bez słowa ruszył do stajni. Tam wciągnął na siebie roboczą bluzę, chwycił zgrzebło i szczotkę, i zaczął czyścić konia, jakby był zwykłym parobkiem.
   Żandarmi weszli za nim do stajni. Spojrzeli na niego, oceniając. W końcu machnęli ręką i odeszli.
Dopiero gdy furmanka zniknęła w oddali, wrócił do domu. Wtedy okazało się, że u kuzynki przebywała Marysia Rutkowska z Łodzi. Bez słowa podała mu potrzebne adresy.
Z dokumentami w kieszeni i nadzieją w sercu, ruszył do Łodzi.

Pieszo.